Meta na mobilność? Też bądź mobilny! Sprawdź mobilne How2Win

Aktualizacja historii: opowiadania Vi i Apheliosa

https://am-a.akamaihd.net/image?f=https%3A%2F%2Funiverse-meeps.leagueoflegends.com%2Fv1%2Fassets%2Fimages%2Fchild-of-zaun-splash.jpg&resize=800:

Dziecię Zaun

Autor: Ian St. Martin

Dziecię ZaunAutor: Ian St. Martin

Jaka jest różnica między prawem i porządkiem?

Czy jedno może istnieć bez drugiego? I czy mają cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością? To chyba zależy od tego, kogo zapytasz. Jeśli chodzi o mnie… A raczej młodą mnie… Sprawiedliwość wymierza się ciosem w głowę.

Cóż, dziś czuję się całkiem młoda.

Było już ciemno, gdy dotarłam do Hali Praw. Jak to często bywa, chociaż może nie tak wczesnym rankiem, przyprowadziłam gości. Parę hultai należąca do szajki demolującej witryny sklepowe i lokale przy Alei Zegarmistrzowskiej. Jeden z nich spał smacznie od delikatnego kuksańca, którym go obdarzyłam. Drugi był natomiast całkiem świadom swojej sytuacji, co okazywał dość wulgarnym językiem.

— Ochłoń trochę, zakłócasz spokój. — Zacisnęłam metalowe palce wokół jego kołnierza i kiwnęłam głową w stronę kompana tego przybłędy, który grzecznie wisiał przerzucony przez moje ramię. — Na twoim miejscu wzięłabym przykład z twojego kumpla.

— To bezprawie! — syknął łotrzyk. — Gdzie my jesteśmy? W Noxusie?

Noxus? — Powstrzymałam się od śmiechu. — Chciałabym. Gdybyśmy byli w Noxusie, zabrałabym cię na Rozliczenie, a nie do celi wstydu.

Ta myśl sprawia, że podskakuje jak porażony piorunem i pozwala mi na chwilę odpocząć od jego jęków.

— Myślisz, że nas uciszysz, ale grubo się mylisz. Ujawnimy ten wasz opresyjny system i go obalimy.

— I ma wam w tym pomóc wybijanie kawiarnianych szyb? Jesteś tylko kolejnym znudzonym podrostkiem, który szuka powodu do wandalizmu. Nikomu w ten sposób nie pomożesz.

— Jesteśmy głosem tych, którzy go nie mają! — krzyknął. — Biednych i poniżanych!

Spojrzałam na jego ubrania. Nowe, eleganckie ubrania. W życiu nie spotkało go nic przykrego. — Cóż, ja należę do tych biednych, umęczonych Zaunitów i jak widzisz, mój głos ma się dobrze.

— A teraz stałaś się częścią systemu. — Młodzieniec splunął na bruk. — Jak widać każdy ma swoją cenę. Każdy może stać się trybikiem w maszynie. Jak ty w ogóle śpisz w nocy?

Noszenie tych rękawic sprawia, że czasem świerzbią mnie ręce. Jedynym rozwiązaniem zdaje się wtedy rozłupanie kilku żeber. Ta chęć bywa naprawdę trudna do opanowania. Chociaż próbowałam się opanować, jego słowa dosłownie gotowały mi krew w żyłach, a moje hextechowe pięści prosiły się o akcję. Mimo wszystko wzięłam głęboki wdech.

— Kiedy akurat nie zgarniam z ulicy idiotów rozwalających sklepy, to śpię jak dziecko.

Nareszcie dotarliśmy do drzwi.

— No, pomóż biednej Zaunitce w potrzebie. — Użyłam głowy tego rozgadanego do zastukania w drzwi. Muszę przyznać, że ostatnie uderzenie zdradziło moje zirytowanie. Było wystarczająco głośne, aby ktoś zaczął szamotać się z zamkiem po drugiej stronie.

— Strażnik Kepple! — Uśmiechnęłam się szeroko do mrugającej niemrawo twarzy, która przywitała mnie zza drzwi.

— Wcześnie dziś zaczynasz, co, Vi? — wymamrotał, przecierając zaspane oczy.

— Przestępczość nigdy nie śpi, przyjacielu. Przeciągnęłam aresztowanych przez drzwi, przekazując skrótową wersję wydarzeń Kepple’owi.

— Złapałam dwóch z nich — dokończyłam sprawozdanie. — Obaj są… — Zerknęłam na każdego z nich. Obaj spali w najlepsze. — Unieszkodliwieni!

Kepple uniósł brwi. — W rzeczy samej. Szeryf Caitlyn czeka już na ciebie na górze.

— Mogę ci więc powierzyć tych dwóch niedzielnych rewolucjonistów?

— Spiszę ich dane — powiedział niemrawo Kepple, a ja przekazałam w jego ramiona jednego z nich. Ten bardziej gadatliwy wylądował na podłodze.

Wychodząc z pokoju, uśmiechnęłam się szeroko do strażnika. — Świetnie się spisujesz.

Biuro Caitlyn wyglądało, jakby przeszedł przez nie huragan. Skrzypiące biurko było pokryte całą stertą blaszanych kapsuł po przewodnikach pneumatycznych, dokumentów, listów i edyktów. W całym tym gąszczu gdzieś majaczyła sylwetka pani szeryf, która przekopywała się przez kolejne skargi, mandaty i rozporządzenia przełożonych oraz członków klanów kupieckich. Wyglądało na to, że nie opuściła tego pomieszczenia od wielu dni. Pozostało mi zgadywać, jak wielkie pokłady cierpliwości zostawiła dla mnie. Mimo wszystko zamknęłam za sobą drzwi.

— Usiądź — powiedziała, nie unosząc nawet wzroku. Wciąż szukała czegoś w wielkim skupieniu.

Chyba miałyśmy od razu przejść do rzeczy.

— Chodzi o tych dwóch podrostków? Robię sobie miejsce na krześle i siadam, uginając mechaniczne palce prawej ręki oraz wyciągając zmęczone nogi na krawędzi biurka. — Za kilka dni wyjdą na ulice. I tak potraktowałam ich delikatnie.

— Nie o to chodzi — odpowiedziała. Przez jej słowa przebijało się coraz większe zmęczenie. — Jest coś, co przykuło naszą uwagę… To skomplikowana sprawa, której trzeba się przyjrzeć. Chodzi o Zaun.

A więc to nie tylko brak snu zdawał się trapić Cait. Coś nie dawało jej spokoju, a to rzadkość dla kobiety, która potrafiłaby przestrzelić koło zębate z odległości trzech ulic.

— Chodzi o nią? — zapytałam. Nie jestem w stanie powstrzymać obrzydzenia.

Cait wreszcie przestaje krążyć wokół biurka. Szafirowe oczy nagle spoglądają w moją stronę. — Nie, to coś innego. Coś nowego.

— Nowego… — powtarzam, chociaż niewiele z tego rozumiem.

Cait wzięła głęboki wdech. — Coś dzieje się w Slumsach.

Przechyliłam głowę. — To trochę wykracza poza nasz rewir.

— Od czasu podziału nasze miasta istnieją w symbiozie — zaczęła Cait. Nieważne, jak to wygląda, jedna strona nie przetrwa bez drugiej. Balans musi pozostać zachowany.

Nazywa się to podziałem. Zazwyczaj podział jest równy i przebiega bez komplikacji. W tym wypadku bogaci kupcy rozochocili się myślą o kopaniu głębokiego kanału. Za bardzo, by upewnić się, że grunt jest stabilny. Połowa Zaun trafiła pod wodę. Sposób, w jaki zatopiono ludzi w imię handlu, i to, jak ten handel został później podzielony, trudno nazwać równym i pozbawionym komplikacji.

— Najprostszym sposobem na zachwianie równowagi byłoby zejście do niższego Zaunu i zrobienie tam zamieszania — zauważyłam. — Nie mówimy tu o Promenadzie. W Slumsach nie mamy wystarczająco wpływu na załagodzenie spraw po fakcie, by uszły nam płazem.

Cait westchnęła. — To wszystko zostało już omówione.

— Przez kogo? — zapytałam. — Oświecisz mnie?

— Mogę powiedzieć tyle, ile teraz potrzebujesz wiedzieć. Czyli na ten moment nic.

— Co to ma więc wspólnego z nami? — Zapytałam, bawiąc się pustą kapsułą po przewodniku pneumatycznym. — Interesy podziemnego miasta to nie nasza sprawa.

— Nie tym razem. — Cait wyciągnęła z mojej dłoni kapsułę i odłożyła ją, siadając tyłem do biurka. Zmarszczyłam brwi. Normalnie nie jest taka spięta.

— Co więc się zmieniło?

— Nie wiemy — odpowiedziała. — Aby się dowiedzieć, potrzebujemy kogoś, kto zna Zaun. I tu właśnie wkraczasz ty.

— Pani szeryf, sytuacja wciąż jest dla mnie nieco niejasna. — Potrząsnęłam głową. — A co z baronami? Będą grzecznie siedzieć i patrzeć, jak Piltover wysyła strażników na ich teren i zaczyna prowadzić śledztwo?

Cait uśmiechnęła się kwaśno. — Czyżby wielka, zła Vi bała się kilku chemicznych baronów?

Skrzyżowałam ramiona. — Po prostu lubię wiedzieć, kto będzie chciał mnie sprzątnąć.

— Baronowie nie będą stanowić problemu.

— Czyżby? — Uniosłam brew. — Jakim sposobem?

— To oni proszą o pomoc.

Po usłyszeniu tych słów wyprostowałam się na krześle.

— No to masz rację. Tego jeszcze nie grali. — Potrząsnęłam głową. Coś tu śmierdziało, a ja nie miałam pełnego oglądu sytuacji. — Baronowie nie mają najlepszych relacji ze strażnikami. Jestem w stanie wyobrazić sobie tysiąc rzeczy, które mogą wszystko popsuć.

— Nie martwiłabym się na twoim miejscu. Nie idziesz tam jako strażniczka — odrzekła. Te dzieciaki, które schwytałaś, należą do klanu Medarda. Ich rodzice chcą twojej głowy.

Cait uniosła skrawek pergaminu. Przez promienie słońca wpadające przez okno dostrzegłam kaligrafię. Z tego samego okna dotarły do mnie dźwięki tłumu. Stawał się coraz większy i bardziej wściekły.

— Masz szczęście, przegadałam to z nimi. — Uśmiechnęła się Cait. — Zachowasz głowę, jeśli będziesz się trzymać z dala od strażników. Opuścisz miasto, pójdziesz do domu i spróbujesz odszukać swoje prawdziwe ja.

— Urocza historyjka. — Słowo dom wybrzmiało szczególnie dobitnie, czy tego chciała czy nie. Po tych wszystkich latach wciąż byłam tu tylko gościem. Kimś, komu można dać kopa za wykonaną robotę, bo ważna szycha uznała, że jest ponad prawem. — I jaka praktyczna.

— Będziesz tam zupełnie sama. — Beztroska zniknęła z jej głosu. — Żadnego wsparcia. Musisz pozostać incognito. Musisz oddać odznakę i rękawice.

— Zejść do Zaun… — wymamrotałam, poluźniając zaciski na rękawicach i zdejmując je. — Nie wiem, po co tam idę, a sprawa przerasta nawet baronów. — Upuściłam ciężkie hextechowe pięści na biurku Cait z głośnym łupnięciem. Na podłogę poleciały papiery i porozbijane kapsuły. — I nie mogę nawet zabrać rąk. Robi się coraz ciekawiej.

— Nikomu innemu bym tej roboty nie powierzyła — powiedziała Cait.

— Więc naprawdę mi nie powiesz, kto pociąga za sznurki? — zapytałam, próbując powstrzymać emocje. — Nie proszą mnie codziennie o wywołanie międzynarodowego skandalu.

— Powiedziałam, co mogłam, Vi. Uwierz mi.

— Zawsze mogłabyś iść ze mną — mówię z uśmiechem. — Podróż po malowniczych ulicach Valoranu!

Cait nie odpowiedziała. Nie musiała. Wiem, że nie mogłaby iść, ale zawsze lubiłam ją drażnić. Pomaga mi to w nierobieniu dziur pięściami w ścianach.

Zaczyna już świtać, gdy docieram do Latającego Wyjca. Tłumy na zewnątrz Hali Praw gwizdały i pokrzykiwały za mną. Niektórzy nawet rzucali kamieniami. Wiedzieli jednak, żeby się nie zbliżać. Trzymali się tam, gdzie byli najbardziej widoczni, i pewni, że zachowają wszystkie zęby.

Dziwnie było przemierzać ulice miasta bez rękawic. Ręce miałam nadal owinięte po poprzednim dniu. Zostawiłam wszystko, co łączyło mnie ze strażnikami, w Hali. Właściwie wszystko, co łączyło mnie z Piltover. Nie mogę się wychylać. W Zaun na pewno o mnie nie zapomnieli. Wolę nie odświeżać im pamięci. Zejdę tam, zobaczę, czym się tak martwią baronowie, i wrócę za maksymalnie kilka dni.

System windy niemal się przegrzewa, gdy mechaniczny zamek drzwi wreszcie się zamyka. Hexdrauliczne korby puszczają swój chwyt na wielkim łańcuchu i wreszcie możemy rozpocząć wędrówkę w dół. Znalazłam miejsce na samym dole kapsuły, z którego mogłam spoglądać na zewnątrz przez zielonkawe okno.

Światło poranka rozproszyło się po Piltover, tworząc iskierki na wieżach z żelaza i szkła, jedynie muskając rozciągającą się niżej otchłań. Światło dotrze aż do Promenady — najwyższego piętra Zaun. Objawi się jednak tylko w postaci skromnej poświaty w niższych częściach miasta.

Przesuwam nogę i dostrzegam symbol wydrapany na podłodze. Coś jakby pająk.

Powietrze zaczęło gęstnieć, gdy winda przejeżdżała przez Promenadę. W płucach poczułam chemiczne wyziewy, które nieprzyjemnie podrażniły nozdrza. W zasięgu widzenia pojawia się nowa wieża. Ogromna konstrukcja z bladego kamienia i migoczącego szkła, ciągnąca się aż do Antresoli. Mechanicy, pracownicy fizyczni i służący kłębili się na dolnych poziomach, pracując przy hex-kryształach przed przewiezieniem ich do miasta powyżej. Z tego procesu w Zaun zostaje tylko skoncentrowana resztka, dziesięciokrotnie groźniejsza od Szarości. A przynajmniej tak pachniała.

Nie jestem pewna, kto jest właścicielem wieży. Ferros to nie jedyny gracz w świecie hex-kryształów, chociaż na pewno najpoważniejszy. Podobno nawet chemiczni baronowie, tacy jak Poingdestres, próbują wytwarzać marne podróbki bez pomocy klanów kupieckich. Co jednak najbardziej prawdopodobne, wieża jest po prostu kolejnym przejawem kolaboracji baronów i klanów.

Coś przykuło moją uwagę w czasie zjazdu do Antresoli. Windy zawsze były pełne graffiti, jednak pewien element zdawał się odznaczać swoją barwą i świeżością na tle starych, obdrapanych malunków.

Pająk.

Spojrzałam na podłogę. Znak był identyczny. Moje oczy znów zwróciły się w stronę okna. Wszędzie ten sam znak.

Wstałam i oparłam plecy o ścianę, gdy wreszcie Wyjec zatrzymał się przy Antresoli. Z windy zaczęli wysiadać ludzie. Przynajmniej jedna para oczu spojrzała na mnie z obawą, gdy nie wysiadłam.

Rozbrzmiał dzwonek. To sygnał, że Wyjec zaraz ponownie ruszy. Konduktorka zeszła po schodach, rozglądając się po wnętrzu.

— Winda niedługo ruszy dalej — powiedziała, a w jej głosie słychać było niepewność. — Jedziesz do Slumsów?

Rozejrzałam się, widząc pusty peron. — Chyba zostałam sama.

— To raczej nie cnota w tych stronach, moja droga. — Podeszła krok bliżej, odsuwając gogle na czoło. Dostrzegłam strach w jej oczach. — Slumsy to nie jest dobre miejsce. Lepiej zostać wyżej.

— Wiesz coś o nich? — spytałam.

Konduktorka spojrzała w dół, szamocząc się z sonofonem. — Wiem, że lepiej tam teraz nie schodzić.

Przez moment jej się przyglądałam. — Mimo wszystko zaryzykuję.

Zawahała się. Liczyła, że zmienię zdanie, ale koniec końców skinęła głową i wspięła się na schody. Wkrótce Wyjec kontynuuje podróż w dół w kierunku Slumsów, gdzie przyjdzie mi dowiedzieć się, czego wszyscy się tak boją.

Światło zaczęło niknąć, im dalej winda odjeżdżała od Antresoli. Liczba chemicznych lamp spadała z każdym metrem, jakby stado świetlików oddalało się ku niebu. Światło Wyjca wystarczyło, aby dostrzec bezpośrednie otoczenie windy, chociaż może byłoby lepiej, gdyby panowała tam całkowita ciemność.

Slumsy nigdy nie były urodziwym miejscem. Może zanim Powódź zamieniła jedną połowę jego terytorium w cmentarzysko, a drugą w wysypisko śmieci, było inaczej. Te czasy jednak bezpowrotnie minęły. Z tego co widziałam, zrobiło się tam jeszcze gorzej.

Jeśli zadrzesz z niewłaściwymi ludźmi, złamiesz o jedną obietnicę za dużo i przepuścisz ostatnie zębatki na hazard, wylądujesz właśnie tutaj. Desperaci ledwo wiążą koniec z końcem chronieni przed spojrzeniami tych, którzy nie uznają ich wartymi nawet splunięcia. Slumsy dla takich są niemal jak oaza spokoju, jednak niestety między sobą również lubią wchodzić w konflikt.

Światła zaczęły gasnąć. Wstałam i podeszłam do okna. Oparłam ręce o poręcz, aby ponownie wyjrzeć przez zieloną szybę. Po paru chwilach światła ponownie się zapaliły, zapewniając dość widoczności w szybie windy, abym mogła dostrzec, co go pokrywało.

Pająki. Cała masa pająków.

Ten sam prymitywny znak, który widziałam wcześniej. Tyle, że tutaj pokrywał niemal każdą powierzchnię. Niekończąca się chmara zdawała się maszerować do góry z mrocznej otchłani, która stanowiła już ich królestwo.

Poczułam coś zimnego w brzuchu. Nagły przypływ adrenaliny. Sprawa, do której przydzieliła mnie Cait musiała mieć coś z tym wspólnego.

Dalej nie pojadę. — Rozbrzmiał głos konduktorki z sonofonu. Latający Wyjec zatrzymał się z żelazistym zgrzytem. Drzwi otworzyły się, a ja wyjrzałam niepewnie na opuszczony peron. Jedynym źródłem światła była niemrawo pulsująca chemiczna lampa na jego skraju. Wkroczyłam na peron, a drzwi zamknęły się za moimi plecami. Nim się obejrzałam, winda już wjeżdżała do góry. Wkrótce zamieniła się w kolejnego świetlika wznoszącego się ku niebu.

Zaun to miejsce, w którym nigdy nie jest cicho. Nawet w Slumsach. Słychać zgrzyt korodujących rur wypuszczających parę, niskie pomruki fabryk i wysypisk docierające z oddali… i trzy głosy mamroczące coś w ciemnościach.

Symbol pająka był widoczny także na skromnej odzieży miejscowych. Wciąż lśnił na czerwono na ich twarzach i karkach w postaci świeżych tatuaży. Byli uzbrojeni i nie starali się tego w żaden sposób zamaskować. Jeden dzierżył łańcuch, drugi długą rurkę. W ręce ostatniego błysnęło ostrze.

Byli na tyle młodzi, że mogli mnie nie rozpoznać. Bez względu na to, jaki charakter miał ten gang, to były jeszcze dzieciaki. Takie, które na pewno zrobiłyby coś głupiego, żeby tylko zaimponować reszcie.

— Zgubiłaś się? — odezwał się ten z nożem.

— Nie sądzę — odpowiedziałam ze znudzeniem, przyglądając się wyrostkom. Postura, temperament, ogólny stan zdrowia. W kilka sekund wiedziałam, kto tu wydaje rozkazy, a kto je wykonuje. Kto będzie wolał uciekać, a kto spróbuje przelać krew.

Postanowiłam spróbować ich wyminąć. Ostrze świsnęło mi przed twarzą, odbijając żółtawe światło chemicznej lampy.

— Chyba jednak tak. — Zerknął w moją stronę. — Powiedz no, siostro, czy przyszłaś tu wysłuchać Głosu?

Robię mały krok, tak, żeby widzieć wszystkich trzech. — A czyj miałby to być głos?

Zmarszczył czoło. — Wierni i pielgrzymi by to wiedzieli. I tylko oni są tu mile widziani.

— Lepiej odejdź i nie wracaj, nasłoneczniona gnido. — Inny z nich splunął. Reszta zgrai przytaknęła mu zgodnie.

Mogłabym wycisnąć z nich nieco więcej. Nazwę gangu, właściciela Głosu i powód, dla którego całe Slumsy drżą ze strachu. Mimo wszystko przeważyła chęć spuszczenia im manta.

— Chłopaki… — Potrząsnęłam głową z uśmiechem. Zacisnęłam pięść, a knykcie strzeliły na tyle głośno, że je usłyszeli. — Ja jestem w domu.

Spojrzeli po sobie i w ułamku sekundy ruszyli w moją stronę. Omiotłam oczami ich broń, próbując podjąć decyzję, czy najpierw pozbyć się tego z nożem, z rurką czy z łańcuchem. Powietrze przeszywa odór amoniaku i smaru, a napięcie sięga zenitu.

Odrobina krwi nie zaszkodzi.

Wyprowadziłam pierwszy cios, zapominając o tym, że rękawice zostały na górze. Można się przyzwyczaić do pary potężnych hextechowych pięści Atlas. Gdy moja pięść spotkała się z czaszką tego z nożem, poczułam, jak coś wygina się w bok między moimi palcami. Ból jest ostry i szybki, daje wystarczająco czasu jednemu ze zbirów do przyłożenia mi rurą po żebrach.

Trzeci smagnął mnie łańcuchem po nogach, jednak moja uwaga wciąż była skupiona na nożu. Pięść posłała go na klęczki. Jeszcze tylko kolano w szczękę i pada na ziemię.

Złapałam łańcuch i przyciągnęłam atakującego tak, aby uderzyć go głową. Jego nos zupełnie się spłaszczył w starciu z moją czaszką. Przewraca się, łapiąc się za twarz. Świst rurki zmusza mnie do kucnięcia. Jej właściciel traci równowagę, więc z łatwością posyłam go na ścianę.

Napastnik po uderzeniu w ścianę otrząsnął się i znieruchomiał. Jego oczy kierowały się to na mnie, to na gościa z nożem, to na powalonego kompana z łańcuchem. Brzęk upadającej rurki niemal zagłuszył odgłos jego butów, gdy rzucił się do ucieczki. Ruszyłam za nim, ale powstrzymał mnie przeszywający ból żeber, zdający się wbijać aż w płuca. Odpuściłam mu.

Ten z nożem i z łańcuchem i tak nie powinni stanowić już problemu. Złamałam ostrze butem i zrzuciłam broń z peronu. Ignorując ból żeber, zaczęłam schodzić w dół Slumsów.

Mówi się, że gdy zranione zwierzę ucieka, zaczyna zmierzać w kierunku znajomych miejsc. To może być nora albo gniazdo, w każdym razie schronienie, którego ściany pozwolą przeczekać zagrożenie.

Takie azyle są w Slumsach rzadkością. Przynajmniej dla mnie. Było co prawda kilka miejsc, do których mogłam się udać, ale wszędzie pełno było pajęczych symboli, które dosłownie pochłaniały ulice. Musiałam zebrać myśli. Było tylko jedno miejsce, w którym mogłam liczyć na względny spokój.

Nie pamiętam dokładnie, w jaki sposób pierwszy raz wylądowałam w Domu Nadziei dla Sierot. Od dawna nie myślałam o sierocińcu. Mimo wszystko drogę znałam na pamięć. Zawsze pamięta się drogę do domu. Nawet gdy się z niego uciekło.

Trzymałam się z dala od otwartych przestrzeni, korzystając z cieni bocznych uliczek, by ominąć kolejnych podejrzanych typów. W okolicy aż roiło się od oprychów. Każdy z nich nosił broń i każdy był bardzo uważny. Niczego nie niszczyli, zachowywali całkowity spokój.

Po co burzyć coś, co już ma się pod panowaniem?

Ból ręki zaczął mnie irytować, podobnie jak pulsujące pieczenie klatki piersiowej narastające z każdym uderzeniem serca. Czułam, jak dłoń puchnie pod materiałem. Kości nie zostały naruszone, ale niewiele brakowało. Zacieśniłam splot.

Tuż za rogiem stał Dom Nadziei w całej swej odrapanej okazałości. Nie był w najlepszym stanie, gdy odchodziłam, a czas dodatkowo okazał się wyjątkowo niełaskawy dla tego budynku. To cud, że nadal stał. Przez chwilę znów stałam się dzieckiem wracającym ze spuszczoną głową, posiniaczonym po kolejnej akcji. Nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu.

Dzieciaki ganiały się przed gmachem. Te szybsze i zdrowsze znacznie wyprzedzały rówieśników z brakującymi kończynami lub dyszących ciężko przez kiepskiej jakości ezofiltry. Na mój widok szybko się rozproszyły. W tych stronach ciężko o zaufanie. To pierwsza lekcja, której muszą nauczyć się porzuceni.

Jeden z nich ruszył w stronę frontowych drzwi. Zaczął pospiesznie wspinać się po wysłużonych stopniach, niemal upadając na twarz u samych drzwi. Walił w nie pięścią, aż nie wyłoniła się zza nich młoda kobieta. Za młoda, by być jego matką, ale dość dojrzała, by się nim opiekować.

— Co ja ci mówiłam o bawieniu się na schodach? — skarciła młodzieńca i zmazała brud z jego policzka. — Już ci mówiłam, że są śliskie. Któregoś razu…

— Któregoś razu rozbijesz sobie głowę — przerwałam, stawiając nogę na stopniu.

Otworzyła szeroko oczy. Od razu rozpoznałam jej głos. Sprawił nawet, że do oczu napłynęło mi nieco łez. Mój umysł próbował połączyć twarz kobiety z tożsamością małej dziewczynki, którą niegdyś znałam.

— Była taka dziewczynka, którą musiałam przed tym ostrzegać każdego dnia. — Uśmiechnęłam się. — Kiedy akurat nie siedziała z nosem w książce, bawiła się w akrobatkę.

— Tym drugim już się nie zajmuję — odpowiedziała, po czym delikatnie popchnęła chłopca za drzwi i zamknęła je za sobą. — Ale ciągle lubię czytać. Przynajmniej kiedy mam na to czas.

— Roe? — Pierwszy ze stopni zaskrzypiał pod moją stopą. — Czy to ty? To niemożliwe.

— To ja.

Wspięłam się na kolejny stopień. — Nie możesz być Roe. Przecież Roe to dziecko. Ledwie sięga mi do bioder. Aleś wyrosła.

— Nikt nie zostaje tu dzieckiem na długo — powiedziała. — Powinnaś o tym wiedzieć najlepiej.

Kolejny stopień. — Dobrze cię widzieć. Kopę lat.

— No cóż… — Spuściła wzrok. — To nie ja nagle zniknęłam.

Zatrzymałam się, po czym cofnęłam o krok. W jej głosie wyraźnie było słychać żal. Gdy odeszłam, była jeszcze mała. Zajmowałam się nią od dnia, gdy po raz pierwszy zawitała w sierocińcu. Nigdy nie pozwoliłam jej wyruszać ze mną na akcje. Trzymałam ją z dala od świata kradzieży i gangów. Chciałam ją chronić.

A potem odeszłam.

— Podobno zostałaś stróżem prawa — powiedziała Roe, opierając się o drzwi.

— A widzisz gdzieś odznakę? — Rozłożyłam szeroko ramiona. — Byłam przez jakiś czas strażniczką, ale ostatnio poszłam własną drogą.

— To chyba często się zdarza.

Opuściłam głowę. — Jeśli chcesz walczyć, możemy walczyć. Jesteś już wystarczająco duża.

Mimo usilnych prób w końcu się uśmiechnęła.

— Może. Poczekasz, aż wrócę? — zapytała Roe. — Pójdę tylko na chwilę.

— Dokąd?

Roe spojrzała na drzwi i znowu na mnie. Przez chwilę przypatrywała mi się w ciszy. W końcu dostrzegłam na jej kołnierzu niewielką przypinkę, będącą zaledwie żłobieniem na skrawku metalu. Przedstawiała pająka.

— Czy słyszałaś kiedyś Głos?

Wyruszyłam z Roe przez walące się osiedla w kierunku zbiorowiska ludzi. Słuchałam o tym, jaką osobą udało jej się stać. Wciąż była nieśmiała, ale noce spędzone nad książkami opłaciły się. Była bardzo bystra. Tylko że było też coś jeszcze. Miała w sobie jakieś silne przekonanie, a w oczach prawdziwy ogień.

Skupiłam się na zadawaniu pytań i nie wspominałam o celu mojej wyprawy. Od tego gadania zaczęłam kaszleć tak mocno, że zgięłam się w pół.

— No co? — Roe się zaśmiała. — Za dużo czasu spędziłaś z daleka od Szarości, co?

— Nie, dostałam rurką po żebrach. — Syknęłam, przyciskając rękę do boku. — Komitet powitalny twoich znajomych, gdy wychodziłam z Wyjca.

Jej uśmiech nagle zniknął. — Wszyscy chcemy tego samego. Końca wyzysku. Wolności od baronów i klanów. Czystego powietrza. Nie każdy zgadza się z metodami osiągnięcia tych celów. Większość to członkowie gangów, którzy żyją w stałym stresie. Ale są tu dobrzy ludzie, którzy chcą dla nas lepszej przyszłości.

Spędziłam całe lata w Piltover. Większość uważała tam Zaun za więzienie, pustkowie i ogólnie beznadziejne miejsce. Piltover zawsze patrzyło z pogardą na Zaun. Gdy Zaun odwzajemniało spojrzenie, traktowali je z pobłażaniem lub nienawiścią. Niektórzy próbowali wstawiać się za Zaun, jak ten wandal, którego aresztowałam.

— Cóż, na pewno są milsi od tych, których spotkałam — powiedziałam.

Roe skinęła głową. — Pokażę ci.

Im byłyśmy bliżej, tym więcej dookoła było mieszkańców. Byli tam starsi i młodsi. Członkowie wrogich sobie gangów, którzy parę tygodni temu skakali sobie do gardeł, szli teraz ramię w ramię. Każdy miał na sobie znak pająka w postaci tatuażu, naszywki lub przypinki podobnej do tej noszonej przez Roe. Zmierzali do starej fabryki, w której stały już tylko trzy ściany i brakowało sufitu. Cierpliwie czekali w kolejce, aby wejść.

Dotarłyśmy do drzwi obstawionych przez dwóch osiłków. Byli uzbrojeni, jeden nosił nawet wzmacniany pazur z oksydowanego żelaza. Wszyscy jednak znali się z imienia i ciepłym przywitaniom nie było końca.

— Roe, siostro, witaj ponownie — powiedział jeden z nich spokojnym głosem, który zupełnie nie pasował do jego aparycji. Potem spojrzał na mnie. — Ona nie wejdzie.

— Wpuść ją — powiedziała Roe. — Jest ze mną.

— To nasłoneczniona — powiedział drugi, unosząc głowę z nieufnością. — Nie możemy jej zaufać.

Chcieli mnie odesłać z kwitkiem za godną pożałowania opaleniznę nabytą w Piltover, a nie za członkostwo w strażnikach. Musieli być nowi.

— Chciałaby usłyszeć Głos. Togg, ręczę za nią. — Roe pozostawała nieugięta i spoglądała głęboko w oczy strażnika. — Zejdź z drogi.

Dwójka strażników przepuściła nas posłusznie, mamrocząc coś pod nosem. — Głos jest dla wszystkich, więc możesz wejść. Ale będziemy cię obserwować.

Czułam na sobie ich spojrzenie, gdy wkraczałam do środka. Wokół było wystarczająco gwarno, abym mogła spokojnie rozejrzeć się za ewentualną drogą ucieczki. Miejsce okazało się całkowitą ruderą. Wszędzie było pełno dziur i zawalonych konstrukcji. Jeśli zrobiłoby się gorąco, mogłam bez problemu uciec. Pozostawało tylko pytanie, czy Roe uciekłaby razem ze mną, czy goniła by mnie u boku swych nowych przyjaciół.

Nie było nic, co wskazywałoby na podniosły ceremoniał. Żadnej muzyki, świec ani nawet talerzyka, na który można by przekazać ofiarę. Było jedynie zbiorowisko ludzi, którzy otoczyli stertę śmieci na środku budynku. Na stercie zasiadał mężczyzna. Najwyraźniej cierpliwie na coś czekał.

— Czy to on? — wyszeptałam do Roe. — Głos?

Skinęła głową. Spojrzałam na niego. Na człowieka, który owinął sobie całe Slumsy wokół palca. Nie mogłam tego pojąć.

Był młody, niewiele starszy od Roe. Ciężko było go nazwać mężczyzną. Był chudy i mizerny, miał w oczach coś z opryszka. Z pewnością widział niejedną tragedię. Było w nim też dziwne ciepło. Jakby chciał każdemu z osobna opowiedzieć jakiś sekret. Wszedł ostatni członek zgromadzenia i Głos rozpoczął spotkanie.

— Widzę wiele nowych twarzy. — Jego głos był łagodny. Mówił niemal półszeptem, a mimo wszystko było go słychać głośno i wyraźnie. — Wszyscy jesteście tu mile widziani. Każdy sam znalazł drogę do tego miejsca. I każda ścieżka w końcu dołączyła do wspólnego traktu. Wiedzcie, że nie grozi wam już samotność.

Zaczęłam przyglądać się tłumowi. Chłonęli jego słowa jak gąbka. Ciekawe, ilu z nich nigdy nie usłyszało w swoim życiu czegoś takiego. Porzuceni, zmordowani i zapomniani. Po raz pierwszy traktowani jak ludzie.

— Wszyscy mamy jakieś blizny — kontynuował Głos. — To ślady naszych przeszłych żyć. Ślady trudu i cierpienia. Świat robił, co mógł, aby nas stłamsić. Przekonać, że powinniśmy czuć wdzięczność za ochłapy, które otrzymywaliśmy. Przez zbyt długi czas tak wyglądała nasza codzienność. Przyszła pora, by to zmienić.

W całym pomieszczeniu słychać było przytakujący pomruk. Nie trzeba było mieć doświadczenia strażniczki, żeby wiedzieć, że w ludziach rosło napięcie. Głos rozdrapywał rany, które dopiero co się zabliźniły. Oczywiście nie kłamał. Ci ludzie przeżyli wiele bolesnych chwil, jednak od razu widziałam, w co pogrywał. Prawda tkwiła między jego słowami.

— Jak długo jeszcze ich buty będą dociskać nas do bruku? — Jego głos zaczął nabierać emocji i pojawiła się w nim lekka chrypa. — Chemiczni baronowie. Wykorzystują nasz dom, aby budować swoje bogactwo, a co my z tego mamy? Trujące powietrze i skażoną wodę. Choroby, ból, śmierć — czy na to właśnie zasługujemy?

Nie! — Tłum był rozwścieczony. Zgromadzeni grali tak, jak im zagrał. Zerknęłam na Roe i dostrzegłam ten sam gniew. Może jestem cyniczna, ale to całe przedstawienie wyglądałoby lepiej w teatrze.

— Dość tego! — zaryczał Głos. — Nie będziemy opłakiwać naszych braci i sióstr. Nie będziemy patrzeć, jak nasze dzieci marnują najlepsze lata swego życia. Baronowie zapłacą za to, co zrobili, a sprawiedliwość spotka przede wszystkim tych, którzy naprawdę są wszystkiemu winni.

Teraz się zacznie.

Głos wystawił oskarżycielski palec ku niebu. — Mówię o skorumpowanych handlarzach w mieście ponad naszymi głowami. W mieście, w którym słońce świeci tak mocno, że nie widzą przestępstw, których się dopuścili. Nie chcą dostrzec cierpienia, jakie zgotowali wam i waszym bliskim. Zaślepienie jest im na rękę, bo myślą, że ich uchroni. Tak jednak nie będzie. Nie, gdy zjawi się on.

Dało się słyszeć podekscytowane szepty, jakby mowa była przynajmniej o potężnym bogu. Roe otarła łzę z policzka. Wszyscy byli zahipnotyzowani, ale coś tu się nie zgadzało. Nie ufałam żadnemu ze słów wypowiedzianych przez Głos.

— O kim on mówi? — zapytałam, ale Roe tylko kiwała dalej głową, wsłuchując się w jego słowa.

— Ja jestem jego Głosem, a my wszyscy jesteśmy jego dziećmi. Widziałem jego twarz. Słyszałem jego słowa i przetrwałem jego próby. Wyznaczył mnie na swojego wybrańca, abym zjednoczył lud i przygotował go na jego powrót. Ten dzień się zbliża, bracia i siostry. To nie czas zemsty, a sprawiedliwości.

— A czyja krew zostanie za nią przelana?

Nastała cisza. Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę.

— Co ty wyprawiasz? — syknęła Roe, szarpiąc mnie za rękę.

Niech szlag trafi mój temperament. Vi, kiepski z ciebie szpieg. Teraz nie było odwrotu.

— Już coś takiego słyszałam — powiedziałam w stronę tłumu i Głosu. — Tacy jak ty bez zająknięcia żerują na strachu pokrzywdzonych. Podburzają tłum w imię sprawiedliwości, aby tańczył, jak mu się zagra. A to wszystko, by poczuć się jak jakiś bóg.

Głos wysłuchał mnie i nawet jeden mięsień nie drgnął na jego spokojnej twarzy. — Nie widziałem cię tu wcześniej, siostro. Jesteś tu nowa. Nikt nie może cię winić za to, że droga nie jest dla ciebie jeszcze widoczna.

— Z moim wzrokiem wszystko gra. — Rzuciłam mu spojrzenie. — Jedyne, co widzę, to sekta gotowa przelewać krew. Widzę kłamcę, który mami ludzi wolnością i dobrobytem, a jednocześnie przy każdym wejściu na swój teren ustawia patrol uzbrojonych oprychów.

— Oni pomogą nam odzyskać wolność — odpowiedział bez namysłu. Zerknął w moją stronę. — Jeśli nasi bracia cię zaatakowali, to przyjmij, proszę, moje przeprosiny. Musisz zrozumieć, że gdy pies zostanie kopnięty o jeden raz za dużo, zacznie kąsać. Czekaliśmy zbyt długo, lecz wreszcie pojawiła się inna droga.

Zszedł ze swojego ołtarzyka i podszedł z rozłożonymi ramionami.

— Widzę w tobie wiele bólu, który skrywasz za gniewnymi oczami. Widzę dziecię Zaun, które zgubiło drogę do domu. Piltover splamiło cię swym zepsuciem. Myślisz, że siła leży w pomaganiu ciemiężcom w poprawie ich postępowania. Ale oni się nie zmienią. Masz siłę, która mogłaby pomóc w wyzwoleniu tych ludzi.

Cóż, z pewnością umiał ładnie się wysławiać. Zauważyłam, że zacisnęłam pięści. Powoli wypuściłam powietrze i rozluźniłam ręce. Zrobienie mu z głowy krateru byłoby dobrą zabawą, jednak potem nie przetrwałabym nawet pięciu sekund.

— Mój ból to moja sprawa. — Uderzyłam się w pierś. — Noszę brzemię podjętych przez siebie decyzji. Nie obarczam nimi innych. Nie szukam kozłów ofiarnych. Nie wierzę, że nieszczęścia, które mnie spotkały, upoważniają mnie do zadawaniu bólu innym.

Głos opuścił wzrok i zaśmiał się cicho, zanim ponownie spojrzał mi w oczy. — Spodobałabyś mu się. Jeśli to nie twoja ścieżka, to odejdź teraz. Nie spotka cię krzywda. Jeśli jednak wrócisz, nie będę mógł tego obiecać.

Spojrzałam na Roe i każdą inną twarz zwróconą w moją stronę. — Odchodzę. Wy też powinniście. Nikt nie nadejdzie. Żaden magiczny byt was nie zbawi. Widzę tylko człowieka, który szuka owiec gotowych spełnić jego żądania.

Znowu zobaczyłam ten uśmiech. Nie było w nim drwiny, odniosłam wręcz wrażenie, że zauważyłam żal. — Nie, moje dziecko. On istnieje. Wkrótce przekonasz się, że mówię prawdę.

Zgodnie z danym słowem nikt mnie nie tknął, gdy wychodziłam. Nikt nawet nie zagroził. Nie usłyszałam przykrych słów, dopóki nie dogoniła mnie Roe.

Zagrodziła mi drogę. — Za kogo ty się masz?

— Ja…

— Odeszłaś — syknęła Roe. — Minęło tyle lat, a ty po prostu pojawiasz się i uważasz, że wiesz, co jest dla mnie najlepsze?

— Dość usłyszałam. Nie powiesz, że naprawdę w to wierzysz?

— A co w tym takiego nieprawdopodobnego? Że jest ktoś, kogo obchodzi, co się stanie ze Slumsami?

Wzięłam głęboki wdech. — Roe, umiem rozpoznać demagoga. Będzie gadać tak długo, aż nie podburzy tłumu. To nie jego ręce będą splamione krwią. Manipuluje wami.

— Próbuje nam pomóc. — Pokręciła głową z goryczą. — Czy ty w ogóle pamiętasz, jak wygląda tu życie? Wydostałaś się stąd. Inni nie mieli tyle szczęścia. Nic się nie zmieni. Jesteśmy zostawieni sami sobie. On nas wyzwoli!

— Jak? — Starałam się nie brzmieć jak strażniczka. — Ilu pozostanie przy życiu, gdy dokonacie swego dzieła? Wiesz, na czym polega jego plan? Jeśli coś wiesz, to mi to powiedz, Roe. To ważne.

Coś zmieniło się w jej oczach. — Dlaczego? Komu o tym opowiesz? Czemu tu w ogóle jesteś?

— Chcę zrozumieć, co się stało. — Uniosłam ręce, próbując odgonić podejrzenie, jakie na mnie padło. — Chcę wiedzieć, co dzieje się teraz. Nie chcę pozwolić, aby oba miasta się rozpadły.

Roe zaśmiała się, jednak zabrzmiało to bardziej jak szloch. — Za długo przebywałaś na słońcu. Żyłaś tam tyle lat. Mówisz, że ci zależy, ale co w ogóle dla nas zrobiłaś?

— Roe.

— Wymień chociaż jedną rzecz — nalegała. — Jedną rzecz, która pomogła tym ludziom i mnie. Która sprawiła, że nie tkwilibyśmy w martwym punkcie.

— To nie takie proste.

— A niby dlaczego?

To pytanie ugodziło mnie jak nóż. Mogłoby zadać je dziecko próbujące ogarnąć swoim bystrym umysłem niemający sensu świat.

— Zapomnij. Wracaj na górę. Nie jesteś jedną z nas. On nadciąga, Vi. Wtedy się przekonasz. Wszyscy się przekonacie.

— Kto? — Złapałam ją za ramię. — Roe, kim on jest?

Jej twarz przybiera zimny wyraz. — Wszyscy wiedzą, o kim mówi Głos. Wszyscy, tylko nie ty. To Motor Agonii.

— Motor Agonii?

Na Promenadzie nastała noc. Cait zostawiła w biurze wszystko, co mogłoby ją wyróżnić jako szeryf Piltover. W końcu stałyśmy w miejscu, gdzie miasta się spotykały.

— Coś ci to mówi? — zapytałam.

Cait pokręciła głową. — Poszperam, zobaczę, co uda mi się znaleźć. Możesz podzielić się czymś jeszcze?

Wytłumaczyłam sytuację, której byłam świadkiem. Opisałam pajęcze znaki. Wyjaśniłam, kto sprawuje kontrolę nad Slumsami. Przekazałam, o czym mówił Głos.

— Są zorganizowani. I wkurzeni — powiedziałam. — To nie jest kwestia tego, czy dojdzie do tragedii, tylko kiedy.

— Rozumiem. — Wzięła głęboki wdech i zaczęła się zastanawiać. — Będziemy wiedzieć, kiedy i jak to nastąpi?

— Nie mam pojęcia.

Głos Cait zmienił się z kolejnym pytaniem. Teraz był cichszy i spokojniejszy. — Czy ktoś wspominał coś o hextechu?

— Hextechu? — Zmarszczyłam brwi. — Co to ma wspólnego z…

— Hextech — odpowiedziała, znów patrząc mi w oczy. — Jak ktoś zacznie gadać o kamieniach, kryształach, magii, to masz mi o tym natychmiast powiedzieć.

W mojej głowie pojawiło się pytanie, którego naprawdę nie chciałam zadawać, jednak wiedziałam, że będzie tam tkwiło, dopóki tego nie zrobię. — Wiesz już, czego szukasz, Cait?

Spojrzała na mnie. — Jesteśmy po tej samej stronie, Vi.

— I która to strona? — Sam fakt, że coś takiego powiedziała, jeszcze bardziej mnie zdenerwował. — Tu nie chodzi tylko o baronów, prawda? Przez lata widzieliśmy, jak walczą z gangami, i nie kiwnęliśmy palcem. Nagle pojawia się nowy gracz, którego baronowie nie mogą trzymać na smyczy, i poruszasz temat hextechu. Klany zaczęły martwić się o swój interes, więc posłały nas do Zaun, żeby zrobić tam porządek?

Cait nie odpowiadała. Krew się we mnie zagotowała. Głęboko westchnęłam. — Chyba muszę przekonać się sama.

— Powiedziałam tyle, ile musiałaś wiedzieć. — Jej wzrok skierował się na mą dłoń. — Jesteś ranna.

— Dam sobie radę. — Zaczęłam iść.

Światło poranka nie sięga tak głęboko. Migoczące chemiczne lampy stanowiły kiepski substytut. Zaczęłam wspinać się na stopnie Domu Nadziei, na których siedział samotnie mały chłopiec.

— Hej — zwróciłam się do niego cicho. — Pamiętasz mnie? Jestem przyjaciółką Roe. Mam na imię Vi. A ty?

Oboje zachowaliśmy ostrożność, gdy nieco się zbliżyłam. Jego buzię wykrzywiał grymas, policzki miał zarumienione, a ramiona skrzyżowane. — Yulie.

— Yulie — powtórzyłam, zatrzymując się na odległość kilku stopni. — Wiesz może, gdzie jest Roe, Yulie?

Pokiwał głową. — Odeszła.

W moim brzuchu pojawiło się zimno. — Dokąd, Yulie?

Chłopiec spojrzał na mnie, a smutne oczy rozświetlały jego brudną twarz. — Przyszła rozwścieczona. A potem odeszła z jakimiś przyjaciółmi.

— Yulie, to bardzo ważne. — Wyciągnęłam powoli w jego stronę rękę i położyłam ją na stopniu, na którym siedział. Bacznie mi się przyglądał, ale nawet nie drgnął. — Wiesz może, gdzie poszli?

— Powiedziała, że mają dość czekania. — Yulie pociągnął nosem. — Chciałem iść, ale powiedziała, żebym został.

Dokąd poszli? — Starałam się utrzymać łagodny ton, aby go nie wystraszyć, chociaż robiłam się niecierpliwa.

— Do nowej wieży. — Yulie skinął głową w stronę Antresoli. — Powiedziała, że robią tam magiczne kamienie. Zapytałem, czy mi jakiś przyniesie. Obiecała, że jak wróci, wystarczy dla wszystkich.

Ruszyłam pędem.

Dotarcie do Antresoli zajęło mi trochę czasu, ale gdy już tam byłam, wiedziałam, gdzie zmierzać.

Do wieży. Symbolu i dosłownego obrazu oprawców Zaunitów. Przebija się przez oba miasta, ale chociaż cały pot i łzy zostają przelane w Zaunie, większość pieniędzy trafia do Piltover. Na samym czubku znajduje się kopuła, skąd przedstawiciele klanów kupieckich tyranizują pracowników.

Na pewno zdziwią się, jeśli tego dnia zdecydują się spojrzeć w dół. Ujrzeliby wieżę skąpaną we krwi.

Ziemia była usłana trupami, gdy dotarłam na miejsce. Piltover może i było kolebką hex-kryształów, ale chemiczni baronowie dostawali dolę za użyczanie terenu pod wieżę. Zawsze mieli na podorędziu kilku osiłków, którzy pilnowali bezpieczeństwa w fabryce.

Członkowie kultu musieli zmieść ich niczym morska fala. Droga była usiana ciałami obu stron konfliktu. Strażnicy mieli chemtechową broń i byli dobrze wyszkoleni, jednak nie byli w stanie zatrzymać tak wielkiej masy ludzkiej, nawet jeśli fanatycy byli uzbrojeni jedynie w tępe przedmioty i nikłą szansę na zemstę.

Wrota zostały wyważone. Dookoła widziałam wiele kobiet i mężczyzn znanych mi ze spotkania. Napełniali skrzynie i przeglądali zawartość metalowych zbiorników. Zachowałam dystans i wtopiłam się w tłum. Przeszłam do miejsca, w którym zgromadziła się najliczniejsza grupa. Ludzie stali stłoczeni wokół sterty skrzyń zagarniętych z wieży. Nigdzie nie mogłam znaleźć Roe.

Na skrzyni stanął Głos. Jego twarz była pokryta krwią, a ubrania podarte. Wyglądał, jakby stoczył większość walk w pojedynkę. Otworzył łomem najbliższą skrzynię, ujawniając stos migoczących niebieskich kamieni.

Syntetyczne hex-kryształy.

— To dla nas wielki dzień! — Głos uniósł triumfalnie jeden z kryształów. — Oto klucz do naszej wolności. Póki oddawaliśmy owoce swej pracy, odchodziliśmy z niczym. Dziś przechylimy szalę na naszą korzyść i odbierzemy to, co nasze!

Jego moment chwały został przerwany przez okropny dźwięk metalu ocierającego się o kamień.

Wszystkie oczy skierowały się na ścianę wieży, po której zsuwał się mroczny kształt otoczony kaskadą iskier. Nawet z daleka wydawał się wielki. Masywne działo zastępowało całe jego ramię, ciało okraszały rzędy mechanicznych nóg zakończonych zaostrzonymi szponami, wbijającymi się głęboko w konstrukcję wieży. Gdy zaczął się zbliżać, dostrzegłam, że jego górna połowa przypominała człowieka. Sine mięśnie łączyły się z metalem zielonkawymi kablami, jednak nogi zdecydowanie należały do potwora.

Lub pająka.

Motor Agonii. Jego imię dało się słyszeć w tłumie szeptane niczym modlitwę.

Sądziłam, że Głos był obłąkany albo był szarlatanem. Byłam pewna, że wymyślił potwora na potrzeby stworzenia własnej armii. Tymczasem potwór istniał. Zrobiło się znacznie bardziej niebezpiecznie.

Motor Agonii opadł z hukiem na ziemię, wywołując falę uderzeniową, która rozniosła tumany kurzu i drzazg. Zapadło milczenie, a tłum zaczął rozstępować się przed przybyszem. Jego mechaniczne, pajęcze nogi w końcu zaprowadziły go przed oblicze proroka.

— Jesteś wreszcie — powiedział ekstatycznym szeptem Głos. — Nareszcie jesteś.

— W rzeczy samej, proroku. — Jego głos brzmiał niczym piorun rozbrzmiewający w żelaznej kopule. — Jestem tu.

Przepchnęłam się tam, gdzie było najwięcej gapiów. Rozpaczliwie szukałam Roe, próbując jednocześnie obserwować sytuację. Głos zeskoczył ze skrzyń, a w jego dłoni pojawiła się garść hex-kryształów.

— O wielki Motorze Agonii! Ofiaruję ci dary zdobyte dzięki krwi twych dzieci — rzekł Głos. — To klucz do naszego wyzwolenia.

Przesypał kryształy na dłoń swego pana i zrobił krok do tyłu, jakby oczekiwał pochwały.

— Dlaczego mi je dajesz? — Motor Agonii przechylił rękę, a kryształy posypały się na ziemię.

Cisza. Po chwili odzywa się Głos. — Nie rozumiem — duka, patrząc, jak bezcenne klejnoty roztrzaskują się na pył.

— To jest jasne.

— Zdobyliśmy dla ciebie fortunę. Dzięki niej moglibyśmy zyskać broń i armię.

— Myślisz jak oni. — Motor Agonii wypowiada to jak oskarżenie. Spogląda na tłum. — Możecie nienawidzić mieszkańców Piltover za to, jacy się stali, ale powinniście wielbić ich przodków. Pracowitych i zaangażowanych ludzi, którzy zdołali ujarzmić magię tego świata i nagiąć ją do swej woli. Byli naprawdę potężni.

W tłumie daje się wyczuć zmieszanie, sama też je czuję. Podejrzewam, że była to ostatnia rzecz, jaką spodziewali się usłyszeć od swojego zbawcy.

— Jednakże z upływem czasu stworzone przez nich narzędzia zaczęły ciążyć im coraz bardziej. Stały się kulą u nogi, a potem przejęły nad nimi kontrolę. Zostali niewolnikami. Przebudzili się tak uzależnieni od tych klejnotów, że gdyby zniknęły, odziedziczona przez nich cywilizacja przestałaby istnieć

Zwrócił się do Głosu. — Bogactwo to wada, a nie zaleta. Chłopiec, którego znalazłem tamtego dnia, wydawał się godny. Czyżbym się mylił?

Niepewność zagościła w tłumie. Kiedy Motor Agonii chwycił Głos za gardło, wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że niemal w każdym aspekcie był on śmiertelnie niebezpieczną maszyną do zabijania.

— Zostałem wybrany — wyjęczał Głos. — Tamtego dnia. Oszczędziłeś mnie.

— Owszem — Przytaknął potwór, kiwając powoli głową. — Lecz nie jestem nieomylny. Jedyne, co mogę zrobić, to naprawić swoje błędy.

Głos krzyczy, wydając z siebie krótki, ostry dźwięk. Skowyt agonii, po którym nastaje cisza. Motor Agonii odrzuca ciało i natychmiast przestaje się nim interesować.

— Jestem Urgot — mówi istota, zwracając się do tłumu. — I usłyszałem was, mieszkańcy Zaun. Usłyszałem szepty waszych serc, wasze nadzieje co do tego, kim jestem. Nazwy, tytuły. Wyzwoliciel. Bóg. Stoję tu przed wami i mówię, że nie jestem żadną z tych rzeczy. Jestem czymś więcej. Jestem ideą.

Wszyscy zgromadzeni zaczęli iść w jego stronę, otaczając jego potworną postać niczym kongregacja. Sięgnął po jeden z metalowych zbiorników, a ja zauważyłam, że identyczne stoją przy bramach. — Jestem odbiciem tego świata, echem wielkich zmagań siły ze słabością, do których dochodzi w duszy każdego z nas, przy każdym oddechu. Nie mogę być waszym bogiem, nie posiadam takiej mocy. Jedyne, co mogę wam ofiarować, to test, dzięki któremu sprawdzicie, czy macie dość siły, by być swoimi własnymi bogami.

Paskudny dreszcz przebiegł mi po plecach. Urgot wskazuje na tuby łączące jego mechaniczne ciało z maską zasłaniającą jego usta i nos, a następnie unosi zbiornik. Był pokryty ostrzegawczymi symbolami: toksyny, trucizna.

— W tym metalowym zbiorniku znajduje się powietrze, którym oddycham. Przyjąłem je i zwyciężyłem walkę, ponieważ prawdziwe wyzwolenie znajduje się wewnątrz. Taką wiadomość zaniesiemy naszym wrogom oraz niedoszłym ciemiężcom.

Urgot rozejrzał się po tłumie. — Kto pośród was ma siłę, by pójść za mną? By przyjąć na siebie to cierpienie i znosić je?

Wszyscy padają na kolana i czekają, aż ich ochrzci.

Urgot! — krzyczą. — Urgot! Urgot!

— Dobrze więc. — Urgot zaciska dłoń na zaworze bezpieczeństwa zbiornika niczym szpon. — Zobaczmy.

Gaz wydostaje się spomiędzy palców Urgota, gdy ten miażdży zawór. Potwór rozrywa zbiornik, a zielona chmura błyskawicznie otacza jego wyznawców. Stoję z tyłu, z dala od największego zagęszczenia gazu, a ludzie zaczynają umierać prawie natychmiast.

— Roe — szepczę, przeciskając się przez tłum, w którym wybucha panika. Mężczyźni i kobiety padają na ziemię z różową pianą wydobywającą się z ust i nosów. Znajduję maskę przeciwgazową w zniszczonym składzie na narzędzia i zakładam ją w momencie, gdy czuję drapanie w gardle.

Widzę tylko zielony obłok. Sylwetki miotają się dookoła, drżąc i upadając na ziemię. Muszę znaleźć Roe. Muszę ją stąd zabrać. Muszę ją znaleźć.

I udaje mi się to.

Klęczy wraz z grupą innych, a macki gazu zaczynają dosięgać ich klatek piersiowych.

— Roe!

Patrzy w górę. Widzi mnie. Mała, nieśmiała dziewczynka, którą kiedyś znałam. Roe patrzy mi prosto w oczy wzrokiem pełnym wiary, a następnie bierze głęboki oddech.

— Nie! — Podbiegam do niej. Jej skóra ciemnieje, a żyły wypełniają się czarną trucizną. Zaczyna się krztusić. Krwawa piana pojawia się przy ustach. Zrywam maskę z własnej twarzy i próbuję przycisnąć do jej. Roe używa resztki sił na walkę ze mną, nawet gdy pada na ziemię. Jej przekonanie i silna wiara nie opuszczają jej oczu aż do chwili śmierci.

Gdy chmura się rozwiewa, przy życiu pozostała mniej niż połowa. Wielu z ocalałych to ludzie w połowie zmodyfikowani, wyposażeni w liche ezofiltry i protetyczne tchawice. W ustach czuję smak krwi i spalonego cukru. Łzy żłobią bruzdy na mojej brudnej twarzy.

— Powstańcie. — Urgot unosi dłoń i jego armia staje na nogi. — Ci, którzy zaliczyli próbę, mają prawo oraz obowiązek poddania próbie reszty świata.

Spogląda ku szczytowi wieży. — Zbyt długo byli oddzieleni od owoców swojej pracy. Pora im je zwrócić.

Urgot zamknął wieżę, a jego poplecznicy wpuścili zawartość wszystkich kanistrów do systemu filtracji powietrza. Toksyczna mgła oplata wieżę niczym zielony wąż, wypełniając kolejne piętra dławiącą, paraliżującą śmiercią.

Udało mi się zakraść do środka, zanim zamknęli bramy. Moje serce wali mocno, gdy wspinam się po schodach ku szczytowi, przyciskając maskę do twarzy. Nie wiem, ilu martwych mijam po drodze, ale zaczynam mieć podejrzenia, że dołączę do nich, nim dzień dobiegnie końca.

Jeżeli taka ma być cena rozliczenia, to chętnie ją zapłacę.

Toczy się wyścig. Kult wraz ze swoim potwornym przywódcą pnie się do góry. Mężczyźni i kobiety na górze należą do klanów, jeśli zginą, to śmierć poniesie też wielu ludzi z obu miast. Ta symbioza, ten kruchy pokój, zakończy się, a ci, którzy potrzebowali wymówki do stosowania przemocy, w końcu ją dostaną. Walka nie zakończy się zwycięsko dla Zaun.

Jestem gotowa oddać życie, by jej zapobiec i ochronić tych ludzi, żeby prawdziwie niewinni mogli przeżyć. Jednak gdy otwieram drzwi do sanktuarium klanu, wszystko, co tam widzę, sprawia, że pragnę ich nienawidzić.

Szczyt wieży to lśniąca, szklana kopuła, pomalowana z dbałością o najmniejsze szczegóły tak, by przypominać czyste niebo. Przepych widać wszędzie, począwszy od drogich mebli, na srebrnych tacach pełnych owoców skończywszy. Tutejsi przedstawiciele klanu nie przesiadują w laboratoriach czy warsztatach, tylko w pałacach.

Pędzę ku grupie przestraszonych Piltoverczyków, próbując stłamsić mój gniew, gdy znajoma twarz wyłania się spośród nich.

— Cait?

Szeryf uchyla kapelusza. — Tu, na Promenadzie, czasami ciężko jest stwierdzić, gdzie kończy się Zaun, a zaczyna Piltover. Nie wiadomo, gdzie sięga twoja jurysdykcja.

Opowiadam jej o tym, co się wydarzyło i co nadciąga.

— No cóż. — Wyciąga wielką walizkę i podaje ją mnie. — W takim razie przyda ci się to.

Rękawice budzą się do życia z głośnym pomrukiem. Zaciskam pięść w oczekiwaniu na nadchodzącą walkę. Toksyczna mgła wpada do środka, od razu kłując w oczy i płuca. Kilku członków klanu zaczyna wymiotować.

Twarz Cait przybiera kamienny wyraz, a jej broń wyskakuje z kabury szybciej, niż udaje mi się zauważyć. Słyszę strzał, w uszach zaczyna mi dzwonić. Czuję pęd powietrza, gdy pocisk uderza o wzmocnione szkło, z którego zrobiona jest kopuła.

Pęknięcia rozchodzą się po powierzchni od powstałej dziury niczym błyskawice. Kopuła pęka. Kolorowe szkło sypie się wokół nas, wirując i tnąc. Zmiana ciśnienia powoduje, że gaz zostaje wyssany z wieży.

Daje nam to sekundę na złapanie oddechu, ale nie więcej. Mgła wypełnia ciemniejące przejście, gdy przemykają przez nie czciciele. Chodzą w tę i z powrotem, wymachując bronią, ale nie atakują.

Drzwi ciemnieją ponownie, tym razem całe. Ze względu na swoje rozmiary Urgot musi się schylić, by wkroczyć do idyllicznego wnętrza wieży pośród rozchodzących się na boki popleczników.

Spogląda na rozpraszający się gaz i zanosi się śmiechem przypominającym zgrzyt gruzu i zardzewiałych zębatek. — Myślicie, że uniemożliwiłyście tym ludziom przejście próby? Że uniemożliwiłyście to sobie? Nie. Najpierw czeka to was, a gdy zostaniecie zniszczone, nadejdzie ich kolej.

Cait zaciska dłonie na broni, której hextechowy kryształ zaczyna pulsować na różowo. Spogląda przez ramię na zgromadzonych z tyłu Piltoverczyków. — Zabierajcie się stąd, natychmiast. Idźcie mostem na Promenadę. Zajmiemy się tym.

Energia przepływa przez moje rękawice, gdy uderzam nimi o siebie. — Spójrzcie! — krzyczy Urgot, patrząc na mnie. — Taka wspaniała broń. Twoi panowie dali ci siłę, ale wewnątrz jesteś zepsuta. Słaba.

— Nie potrzebuję tych rękawic, by być silną. — Śmieję się gorzko i krótko. — Nie potrzebuję ich, by spuścić ci łomot. Dzięki nim będzie lepsza zabawa.

— Widziałem cię wtedy z tamtą dziewczyną. — Urgot powoli kiwa głową. — Trzymasz się dwóch światów, dziecię Zaun. Nadejdzie dzień, w którym będziesz musiała dokonać wyboru.

— Męczy mnie twoja gadanina. — Mój gniew wreszcie daje o sobie znać. — Męczy mnie wszystko z wyjątkiem zatłuczenia cię na śmierć za to, co zrobiłeś.

Nie jestem w stanie stwierdzić, czy walka trwała sekundy, czy godziny. Pamiętam tylko przebłyski. Miażdżony metal. Żebra owijające się wokół moich pięści. Ostrzał z działa Urgota, serie wybuchów. Skwierczenie krwi gotującej się na moich rękawicach.

Razem z Cait przerzedzamy szeregi wyznawców Urgota, aż w końcu zostaje tylko on, metalowy potwór ziejący ogniem, strzelający, tnący łańcuchami. Nie jest jasne, kto wyjdzie z tej walki zwycięsko, dopóki Cait nie zauważa odpowiedniej okazji do skorzystania ze swej sieci.

Urgot ryczy, gdy ta go oplata, przygważdżając jego ramiona po bokach i odwracając uwagę na tyle, bym mogła wyprowadzić swój atak. Wkładam w to uderzenie całą siłę, zrzucając go z krawędzi wieży. Jednakże nie pozwalam mu spaść. Jeszcze nie teraz.

Chwytam kraniec sieci, siłując się z jego olbrzymią wagą, nawet gdy moje buty tracą przyczepność i przesuwają się w stronę krawędzi. Chcę, by jeszcze raz spojrzał mi w oczy, zanim go puszczę.

— Zobaczmy, jak szybko spada pająk.

— Czekaj! — Słyszę dobiegający z tyłu krzyk Cait.

— To zakończy się tu i teraz, Cait — syczę.

Cait zatrzymuje się przy mnie, trzymając w ręku metalowy dźwigar. — Prawdziwa siła polega na rozumieniu, kiedy ją należy zastosować. Jeśli go zabijesz, nie będziesz się niczym od niego różnić.

Przekłada dźwigar przez dziury w sieci, by przyszpilić Urgota do wieży. Nie chcę jej słuchać. Chcę sprawiedliwości. Ale wiem, że nie zdołam zastąpić tego, co zostało mi odebrane.

Spluwam i wbijam dźwigar w ziemię.

Nazwanie skupisk skał w pobliżu przesmyku wyspami byłoby zdecydowaną przesadą. Puste i pokryte morską solą są ostatnim miejscem, które ktoś chciałby nazwać domem. Wygląda na to, że kilka lat temu ktoś cieszący się autorytetem w Piltover stwierdził to samo i rozkazał wybudować tam więzienie.

Gdy ponownie wstąpiłam w szeregi strażników, powiedziałam Cait, że w jej rękach zostawiam przetransportowanie i uwięzienie tam Urgota. Chciałam ruszyć do Slumsów, by odwiedzić Dom Nadziei i wykorzystać swe silne ręce, by pomóc w odbudowie, zamiast w niszczeniu. Jednak wydaje mi się, że widziała, ile to dla mnie znaczy, i chciała, żebym na własne oczy zobaczyła, jak dosięga go sprawiedliwość.

— Wiem, że było to dla ciebie trudne — powiedziała Cait. — Ale chciałam, żebyś zobaczyła, co zdziałałaś. Żebyś wiedziała, że zmieniłaś coś na lepsze.

Lepsze. Słowo grzęźnie mi w gardle, a głowę wypełniają wizerunki tych wszystkich ludzi duszących się trucizną, która powstała w wyniku postępu.

— Wsadzając go do więzienia, uratowałyśmy Piltover oraz Zaun przed chaosem.

— Czy czasami nie uważasz, że z tego chaosu mogłoby powstać coś lepszego?

Spogląda na mnie łagodnym wzrokiem. — Być może, a być może byłoby to coś gorszego. Wielu ludzi musiałoby zginąć, by można było się o tym przekonać, a ja nie mogę do tego dopuścić. Więc walczymy i robimy to, co musimy, by panował pokój. Tym właśnie zajmuje się prawo, tym właśnie zajmujemy się my. Pilnujemy porządku.

Prawo. Porządek. Czy jedno może istnieć bez drugiego? I czy mają cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością? Gdyby zapytać młodszą mnie, to z pewnością miałaby na to odpowiedź. Gdyby zapytać mnie teraz, to już nie byłabym taka pewna.

— Kult Urgota się rozproszy — mówi Cait. — Co ambitniejsi doprowadzą do rozłamu, pragnąc zyskać moc. Będą zbyt zajęci walką między sobą, by sprawiać nam kłopoty.

— Nie było cię tam, Cait. — Potrząsam głową. — Ja byłam, ale ty nie. Nie widziałaś, ilu ich jest i jak bardzo są oddani. To jeszcze nie koniec, na pewno nie.

Stoimy na kładce nad blokiem więziennym. Cele biegną po obu stronach, klatki zostały opróżnione. Strażnicy prowadzą Urgota głównym przejściem do jego nowego domu, olbrzymiej tuby ze wzmocnionego żelaza biegnącej od podłogi do sufitu jak jakiś gigantyczny tłok.

Urgot jest spętany łańcuchami. Nie próbuje się opierać, gdy dociera do swojej celi.

— Jak myślisz, ile możemy z niego usunąć, zanim umrze? — pyta mnie Cait, dostatecznie głośno, by Motor Agonii ją usłyszał. — Założę się, że większość.

— Skoro jesteś taka pewna, to podejdź tu i przetestuj swoją teorię. — Oczy Urgota błyszczą. — Chyba że jedyne, na co cię stać, to czcze pogróżki.

— Pomówmy otwarcie. — Cait zarzuca karabin na ramię. — Żyjesz tylko dlatego, że ci na to pozwalamy. Będziesz jadł, kiedy ci mówimy, spał, kiedy ci mówimy, i oddychał, kiedy ci mówimy. Nic dodać, nic ująć. Jeżeli nie będziesz stosował się do tych zasad, rozkażę cię zniszczyć. Wszystko jasne?

Urgot wybucha śmiechem. — Uważasz, że dysponujesz mocą, by mnie zniszczyć? Otóż nie. Nigdy jej nie posiadałaś. To drzwi, których nigdy nie zdołasz otworzyć.

— Cóż, wygląda na to, że będę musiała zadowolić się zamknięciem tych. — Cait kiwa głową do technika. Mężczyzna przestawia przełącznik i tuba zjeżdża w dół, zamykając Urgota z głośnym trzaśnięciem.

Odchodząc, wciąż słyszę jego śmiech przebijający się przez żelazo. Zatrzymuję się w drzwiach do bloku więziennego i spoglądam przez ramię. Czuję dreszcz przebiegający mi po plecach.

Urgot nie wyglądał jak więzień.

Wyglądał jak pająk cierpliwie czekający w swej sieci.

https://am-a.akamaihd.net/image?f=https%3A%2F%2Funiverse-meeps.leagueoflegends.com%2Fv1%2Fassets%2Fimages%2Fmttargon-pathways-and-caverns.jpg&resize=1800:

To ty jesteś bronią

Autor: David Slagle

Trening rozpoczął od wzięcia oddechu. Wdech, wydech.

Słyszał wodę kapiącą ze szczeliny w sklepieniu jaskini. Słyszał, jak uderza o skałę, zwilżając ją, aż zacznie lśnić w ciemności. Znał tylko święte wzory wyryte w kamieniu, przepowiadające przeznaczenie i orbity. Nawet kiedy zamykał oczy, widział każdą fazę księżyca.

Wykonał kilka lekkich zamachów swoim ostrzem. Kamień księżycowy w jego dłoni wydawał się solidny, a jednocześnie nieziemski, wręcz nieobecny. Była to magiczna pozostałość po pierwszej konwergencji, kiedy księżyc i jego odbicie w świecie duchowym na krótko dotknęły astralnej zasłony. Powstały w ten sposób kamień księżycowy spadł na świat niczym łzy.

Dwa podążające swoimi orbitami księżyce zostały rozłączone.

Aphelios przyjął własną orbitę i kontynuował trening.

Ostrze było teraz niczym jego stale przyspieszający oddech. Jego cięcia podążały łukami ćwiczonymi latami i nawet on zaczął w końcu krwawić, docierając do granicy, za którą groziła mu autodestrukcja. Podążał za bronią, zwijając się w powietrzu. Ciął, parował, płynnie przechodząc od jednego ataku do drugiego. Zamknął oczy, żeby nie widzieć… nie pamiętać o wszystkim, co poświęcił, aby dzierżyć tę broń.


„Apheliosie…” Widzisz moją twarz. Moje usta drżą, ale głos jest zdecydowany.

„Apheliosie”. W moich oczach widzisz odbicie…


Aphelios potknął się, kiedy jego ostrze błysnęło czerwienią i przed oczami mignął mu obraz cudzoziemca. Wizja? Wspomnienie? Jak wiele razy zabijał, że nie ma pewności? Ostrze wysunęło się z jego ręki, a Aphelios wkrótce podążył za nim. Uderzył w podłoże, pozbawiony broni, która go prowadziła, a jego dyscyplina wymknęła się spod kontroli.

Wszystko do niego wróciło. Wszystko, co odsuwał na bok. Każde cięcie jego ostrza wymierzone w przeciwnika jego samego raniło jeszcze bardziej.

Alune… jego siostra. Sięgnęłaby przez zasłonę. Pokazałaby mu… Ale została od niego oderwana.

Aphelios przełknął trudne słowa, których nigdy nie wypowie. Jego palce na chwilę zacisnęły się w pięść. Był gotów uderzyć w orbity i przeznaczenia zaklęte w kamieniu. A jednak… odpuścił, chociaż ręka mu drżała.

Kiedy przeczesał włosy dłonią, zauważył, że ukazał się księżyc, a jego światło padło na kapliczkę w głębi świątyni. Wzywała go, jak zawsze, kiedy był potrzebny.

Nadszedł czas. Jego wiara zostanie wynagrodzona.

Moc Lunari wzmagała się, przebijając astralną zasłonę. Magia ducha i jego tajemnic… Mimo całego treningu Aphelios nie był w stanie ukierunkować mocy księżyca samodzielnie. Ale nie musiał.

Ostrożnie przygotował noktumy, które hodował w sadzawce kapliczki, i wtłoczył ich esencję w żrący eliksir – roztwór delikatnie świecił w misce moździerza.

Odłożył ostrze treningowe i uniósł misę do światła księżyca.

Następnie bez wahania przycisnął roślinną truciznę do ust.


Tej agonii nie da się opisać słowami. Ból chwyta za gardło. Nie możesz wykrztusić ani słowa…

Wszystko płonie. Wijesz się w cierpieniu, czujesz mdłości i kaszlesz, kiedy trucizna przepływa przez ciebie i otwiera cię na moc księżyca…

Na mnie.

„Apheliosie”. Szepczę z mojej fortecy, a moja dusza ociera się o twoją. Wyczuwasz moją obecność przez zasłonę. Unosisz rękę, bo wiesz, że jestem za daleko. Musisz trzymać się tego bólu.

Zamykasz go w dłoni. Staje się bronią.

Wysyłam go do ciebie…

Gravitum.

„Apheliosie”, szepczę, czując, jak trzymasz się trucizny, która cię wypala. Wiem, dlaczego to zrobiłeś. To, o co proszę, byś poświęcił…


Z ostatnim niszczącym płuca tchnieniem Aphelios wynurzył się z jaskini prosto w noc. Jego twarz stężała. Walczył z potwornym bólem, godząc się z nim i zostawiając wszystko inne za sobą.

Góra Targon rozciągała się nad nim i pod nim.

Wyjący wiatr smagał zamarznięte kosmyki włosów, które migotały coraz słabiej, tańcząc na szaliku Apheliosa i uderzając o jego płaszcz. Światło księżyca wznosiło się coraz wyżej. Prowadziło go.

To było jej światło, przebijające się przez światło księżyca.

Dała mu to, czego potrzebował.

Gravitum było czymś więcej, niż ostrzem z kamienia księżycowego. Podczas treningu ciął, kłuł i wirował. Aby używać tej broni, robił to samo — sięgał jednak znacznie dalej. Do uwolnienia mocy wystarczało proste pchnięcie, które łączyło jego umiejętności i jej magię.

Strzelał czarnymi kulami w kierunku latających skał, zawieszonych dzięki świętej magii Targonu, a moc Gravitum powoli ściągała wyspę w dół. Aphelios zaczął biec po wyspie, a jego buty zsypywały śnieg prosto w otchłań. Każda wystrzeliwana kula przybliżała kolejną skałę, a latające monolity zderzały się za nim, kiedy przeskakiwał z jednego na drugi, szybko przemierzając górę, na którą większość ludzi wspinałaby się całymi dniami… gdyby ktoś w ogóle się odważył.

Jedynie Solari i poszukujący mocy trzymali tu wartę.

Zostawił ich ciche i nieświadome nocy osady w dole. Przez całe lata zastanawiał się, jak zeloci Solari mogą ignorować istnienie jego wiary, krocząc słonecznymi ścieżkami, lękając się ciemności, której jedynie Lunari mają odwagę stawić czoła. Znał jednak swoje przeznaczenie.

Światło księżyca odkryje zelotów.

Aphelios przeskoczył na ostatni latający kamień i zatrzymał się przed zaśnieżoną polaną, gdzie stał oddział dzierżących płomienną broń Solari. Płonący, jak nazywali ich Lunari. Nocą zamieniali księżycowych heretyków w popiół. Za dnia ich kapłani zaprzeczali istnieniu czegokolwiek poza słońcem. Ich twarze, skryte pod kapturami, zasłaniały płomienie równie bezosobowe, jak ich wyroki. Otoczyli barbarzyńcę odzianego w szkarłat i stal.

Był to cudzoziemiec z jego wizji.

Światło księżyca zatrzymało się na tej polanie. Zatrzymało się u stóp barbarzyńcy.


„Apheliosie”, powtarzam. Szepczę do twojej duszy i przyzywam swoją magię. Znam jedyne słowa, które chcesz usłyszeć.

„Jestem przy tobie…”


Aphelios zanurkował z kamiennej wyspy prosto do bitwy, a blask Płonących jaśniał jeszcze bardziej, kiedy przecinała go ciemność Gravitum. Solari zakrzyknęli na alarm i rzucili się do walki, ale czarna kula przygniotła ich do ziemi. Aphelios opuścił działo, a w jego dłoni pojawiła się nowa broń.


„Severum”, szepczę.


Aphelios wylądował na ziemi, nie spuszczając wzroku z płonących twarzy wrogów, i ciął Severum za sobą, a wiązka z pistoletu w kształcie półksiężyca przebiła się przez kamienną wyspę. Przerażeni Płonący mogli tylko patrzeć, jak wielkie płyty rozbijały się wokół nich, uwalniane przez energię słabnącego księżyca.

Ci, którzy przeżyli, szybko rozproszyli się po całej polanie, wymachując rozżarzonymi włóczniami w kierunku Apheliosa. Tańcząc pomiędzy ciosami, Aphelios przebijał się swoim Severum, a wolną ręką sięgał przez zasłonę po kolejną broń. Wiedział, że tam będzie.


„Crescendum”, mówię, prosto w mrok nocy.


Crescendum wielkimi łukami podrzynało gardła pozostałych na polanie Solari. Aphelios łapał świszczące w powietrzu ostrze z kamienia księżycowego, kiedy wracało do jego dłoni.

Po kilku sekundach było po wszystkim.


Barbarzyńca stoi przed tobą. Spogląda do góry z wdzięcznością. Obok niego leży to, czego szukali Płonący: bułat w kształcie półksiężyca.

Otwiera usta, żeby ci podziękować, ale widzi, jak zmienia się twój wyraz twarzy, mimo że próbujesz go ukryć. Walczysz ze strachem, uderzając się w ramię w miejscu, w którym włócznie Płonących przebiły twój płaszcz. Próbujesz przypomnieć sobie ból. Sięgasz po niego.

Nie chcesz go zabijać. Ale musisz to zrobić.

Twoja twarz jest zbyt odrętwiała, byś poczuł łzy… Czujesz jednak moje.

„Apheliosie”, mówię po raz ostatni, przekazując swój głos przez zasłonę. Kiedy nasze orbity się łączą, następuje moment oszałamiającego rozgorączkowania.

Twoimi oczyma widzę, co światło księżyca ukazuje wokół bułatu. Dlaczego został porzucony.

Ona ucieka…

Musimy ją odnaleźć.


Barbarzyńca w szkarłacie leżał w śniegu pomiędzy Solari.

Aphelios padł na kolana z ciężkim westchnieniem.

Spojrzał na księżyc, nasłuchując szeptu, który tylko on mógł usłyszeć.

Jego twarz znowu nabrała obojętnego wyrazu. Bez słowa podniósł bułat i odszedł w noc.

Jeśli zauważyłeś literówkę/błąd we wpisie - prosimy o zgłoszenie tego poprzez specjalny formularz kontaktowy - dzięki automatycznemu systemowi powiadomień będziemy mogli błyskawicznie usunąć błąd.