👤Historie Championów7 stycznia 20201146 słów

“Pycha źle wróży” – opowiadanie Setta

📜Lore

Pycha źle wróżyAutor: John O’Bryan

— Kto pilnuje kasy? — pytam.

Sherap — chudzielec konfiskujący przy progu broń — spogląda na mnie wielkimi oczami, bojąc się, że zrobił coś źle.

— Ryo. Dzisiaj Ryo pilnuje — mówi.

— Wyślij jeszcze dwóch — odpowiadam.

— Dzisiaj duża walka, będzie kupa ludzi. Tylko tego mi brakuje, żeby jakiś łachudra zwinęła szmal.

Sherap

odchodzi. Parę sekund później wraca w asyście dwóch największych

mięśniaków. Stają obok Ryo przy kasie, a ja zaglądam, co się dzieje na

arenie. Trybuny pękają w szwach. Wśród widzów jest cały wachlarz gości,

od nieważnych do bardzo ważnych. Wszystkich łączy jeden wspólny

mianownik: pałają żądzą krwi. I zaraz ją zaspokoją.

Mój

gwiazdor, Prahn Łupieżca, właśnie powolnym krokiem wychodzi na arenę.

Jego idealnie rzeźbione ciało jest od stóp do głów pomalowane na

zielono, a lewe przedramię ochrania niewielki puklerz. Jego noszący złą

sławę mieczobicz ubarwiono tak, by przypominał żmiję. Broń czeka

zwinięta na pasie, a jej właściciel staje naprzeciw swojego rywala.

Pretendent — jakiś Shurimianin… Faran chyba? Farrel? Zapamiętam, jeśli

wygra — świdruje go wzrokiem, trzymając dłonie przy barkach, czekając

tylko, by sięgnąć po sztylety na plecach. Przebył pół świata, by się tu

znaleźć, i prędzej go szlag trafi, niż pozwoli, żeby jakiś miejscowy

chłoptaś pozbawił go chwały.

Kierownik areny macha

chustą na znak, że czas zacząć przedstawienie. Wojownicy krążą wokół

środka areny. Łupieżca to efekciarz, więc wyciąga mieczobicz i owija go

sobie wokół ciała. (Tylko z osiem osób na świecie potrafi to zrobić bez

haratania sobie twarzy, a on uwielbia się tą sztuczką popisywać.)

Na

tę zniewagę Shurimianin wyciąga sztylety. Spluwa przez arenę i rzuca

się do ataku w nawałnicy ostrzy, tnąc powietrze pod nienaturalnymi

kątami. Łupieżca jest zaskoczony, ale gotowy. Paruje klingę sztyletu

puklerzem, na ułamek sekundy wytrącając Shurimianina z równowagi.

Ta

chwila rozciąga się w wieczność. Ciało Shurimianina traci balans, jego

dłonie spoczywają przy biodrze, a tors stanowi soczysty cel.

Jednym

płynnym ruchem Łupieżca smaga swoim mieczobiczem gardło przeciwnika.

Shurimianin pada na ziemię w rosnącej kałuży własnej posoki. Wśród

publiki wybucha wrzawa.

— Jak kasa?! — krzyczę do chłopaków na zapleczu.

— Pod kontrolą, szefie! — odpowiada Sherap, a podekscytowany tłum otacza westybul, żeby zainkasować wygraną z zakładów.

Tymczasem

na arenie obsługa ładuje zwłoki Shurimianina na wóz. Kilka kroków dalej

Łupieżca świętuje zwycięstwo ze swoimi fanami. Ma szczególny wyraz

twarzy. Dobrze go znam. To nie ulga. Ani zadowolenie. Zaczyna być

pyszny, a to źle wróży.

Jakąś godzinę później

widzowie się już rozeszli, kasa została opróżniona, a pieniądze

podliczone. Żegnam się już z całą obsługą i kto puka do moich drzwi?

Łupieżca. W dłoni ściska pękatą sakiewkę, ale nie wygląda na zadowolonego. Mówi, że ma problem. Zaczyna się.

Pytam

go, co to za problem. Wygrał dużą walkę na oczach rekordowej publiki.

Mówi, że to jego zasługa. On przyciągnął tę rekordową publikę. Należy mu

się działka z kasy. Mojej kasy.

Doskonale pojmuję

jego tok myślenia. Miałem tak samo, jak przejąłem tę cholerną budę. Ale

to, że go rozumiem, nie znaczy, że pójdę mu na rękę. Odmawiam Łupieżcy.

Wtedy gość wybucha. Wrzeszczy, jakie to mam szczęście, że walczy na mojej arenie.

— Czy ty masz pojęcie, ilu potrafi zrobić to, co ja? — pyta. — Dziewięciu!

— Dziewięciu. Hm. To chyba jednego dodali — mówię.

Dalej

mi ujada i twierdzi, że roztyłem się i nie pamiętam już, jak to jest

nadstawiać karku na arenie. Teraz rozmowie przysłuchuje się już część

mojej ekipy. Nie mogę sobie pozwolić, żeby ktokolwiek myślał, że

zmiękłem, więc to dobry moment, by przypomnieć Łupieżcy, kto tu rządzi, a

kto tylko pracuje. Ale on nie daje za wygraną.

Jesteś tylko starym, przebrzmiałym mistrzem w futrze, który mówi

prawdziwym wojownikom, co mają robić — rzuca. — Każdy mógłby cię

zastąpić.

W tym momencie przegiął. Mówię Łupieżcy,

że możemy się sprawdzić na arenie i zobaczy, jaki jeszcze jest ze mnie

wojownik. Teraz chyba już czuje, że nie może się wycofać, bo przyjmuje

moją ofertę.

— Jak wygram, przejmuję interes. Biorę wszystko — mówi.

Potwierdzam skinięciem głowy. Czeka, oczekując, że dodam jakieś własne warunki. Jakbym mógł od niego coś chcieć.

Mówię tylko, że chcę to rozstrzygnąć na oczach ludzi.

— Zaróbmy na tym.

W wieczór walki jest tyle ludzi, że tłum aż wylewa się poza wrota areny. Na kasie robi dzisiaj pięciu karków.

Wychodzę

na arenę przy akompaniamencie bębnów oraz ryku trybun i widzę przed

sobą Łupieżcę. Zielony i nabuzowany jak nigdy wcześniej. Włącza się moja

vastajańska przyzwoitość. Mówię mu, że wystarczy, iż ogłosi przed

pełnymi trybunami, że popełnił błąd, okazując mi brak szacunku, a

odwołamy walkę.

Spluwa tylko na ziemię i wściekle strzela nad głową swym mieczobiczem. Nie zamierza się wycofać.

Kierownik

areny jeszcze nie zdążył machnąć chustą, a Łupieżca już na mnie leci.

Podstępna kanalia smaga mnie mieczobiczem i chlasta po policzku, zanim

mogę zareagować. Uderza jeszcze parę razy, a ostrze wędruje

niebezpiecznie blisko mojego gardła. Gdy ja próbuję przeczytać ruchy

jego dziwnej, giętkiej klingi, ten wali mnie w twarz puklerzem. Ląduję

na plecach i dwoi mi się w oczach.

On bierze szeroki zamach swoim mieczobiczem. Walka nie trwa nawet minuty, a Łupieżca już mnie chce wykończyć.

Nie ma szans.

Ostrze

po raz kolejny mknie ku mej szyi, ale tym razem je chwytam. Gołą ręką.

Łupieżca wybałusza oczy ze swojej durnej zielonej gęby.

Krew

dudni w uszach. Włosy stają dęba. Z kącika ust wyrywa mi się krótki

warkot. Niemal nie czuję ostrza wrzynającego mi się w dłoń ani krwi

spływającej po przedramieniu, gdy wstaję, szarpię za mieczobicz i

przyciągam Łupieżcę prosto na moją drugą pięść.

Powtarzam to kilka razy, a mój mosiężny kastet przerabia jego facjatę na krwawą miazgę.

Gdy wreszcie przestaję, wypluwa ząb i mówi, że popełniam największy błąd swojego życia.

— Co robisz? Jestem twoją największą atrakcją — duka.

— Łupieżco, właśnie dostajesz cięgi od starego, przebrzmiałego mistrza. Kto teraz zapłaci, żeby cię oglądać?

Ostatnim wysiłkiem obficie spluwa mi krwią w twarz. Na oczach widzów i samych bogów.

Nie mogę pozwolić, by pełne trybuny zwątpiły, kto tu rządzi.

Więc

podnoszę gościa za kark i walę nim z całej siły o ziemię, wgniatając tę

jego tłustą, chciwą łepetynę głęboko w arenę. Jego ciałem na sekundę

wstrząsa konwulsja, a potem nieruchomieje.

Tłum jest wniebowzięty.

Potem

wieczorem odwiedzam jeszcze dom matuli, jak zawsze. Śpi już, więc po

cichu zostawiam na kredensie sakwę z pieniędzmi i całuję ją w czoło.

Budzi

się i uśmiecha na widok syna stojącego u boku łóżka. Gdy głaszczę ją po

policzku, zauważa bandaż na dłoni, którą chwyciłem ostrze Łupieżcy.

— Oj, Settrigh, co się stało? — pyta zatroskana.

— Nic wielkiego. Skaleczyłem się na budowie — odpowiadam.

— Co dziś budowałeś, synku? — pyta.

— Sierociniec. Dla sierot, mamo — dodaję i całuję ją jeszcze na dobranoc.

— Dobry z ciebie chłopak — mówi.

Gdy zasypia, jej oczy wzbierają łzami dumy na myśl, że jej syn tak godziwie zarabia.

Twoja reakcja na nasz wpis:

  • * - [* - [*Nawet*0)
  • *Słodkie!*0)
  • *AHA*0)
  • *OMG!*0)
  • *WTF*0)
  • *Słabe*0)
  • Źródła i odniesienia

    Ładowanie komentarzy...

    Powiązane historie