📜Lore22 stycznia 20202606 słów

“Złodziejka Snów” – opowiadanie Lissandry

📜Lore

#

Autor: Matt Dunn

Wiedźma Lodu nie sypia w swojej cytadeli. Śpi byle gdzie, wszędzie i nigdzie. Czasami naraz.

Przeogromne

miejsce, w którym tym razem zdecydowała się położyć na kilka godzin,

pomieściłoby tysiąc twierdz. Było to istne morze Prawdziwego Lodu,

rozciągające się od podziemnego horyzontu do podziemnego horyzontu. Nie

są one horyzontami burzliwego świata na powierzchni ziemi, ale czegoś

bliższego. O wiele bliższego. Są horyzontami całkowicie innego obłędu.

Lissandra często odwiedza to miejsce i zawsze przychodzi w pojedynkę, ale nigdy nie jest sama.

Niektórzy

zwali ich potworami. Inni — bogami. Niemniej jednak kolosalne cienie,

które śpią pod lodową powłoką, potrafią jedynie śnić. Lissandra

sumiennie do nich zagląda. Dopilnowuje, żeby ich łoże było wygodne.

Obserwatorzy nie mogą się obudzić.

Lissandra

straciła wzrok dawno temu, więc to umysł podpowiada jej kontury ich

śpiących sylwetek. To, co widzi, zawsze mroziło ją tak bardzo, że ciało i

kości przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie, więc nie drży już na

dotyk lodu.

Kiedy jest tu na dole, jej ślepota jest

błogosławieństwem. Wyczuwanie ich obecności jest wystarczająco okropne.

Tak samo jak wędrowanie w ich snach. I świadomość tego, co zaplanowali

dla tego świata.

Dlatego musi dbać o ich sen.

Jeden

z nich zaczął się przebudzać. Lissandra wyczuła to, gdy księżyc

ostatnio był w nowiu, i miała złudną nadzieję, że Obserwator uspokoi się

raz jeszcze — ale teraz jego bezdenny intelekt wije się pod innymi,

stając się coraz bardziej niespokojny.

Lissandra ściąga hełm. Jej uroczyste szaty opadają na kostki. Kładzie się na zamarzniętej nicości.

Rozkłada

palce na powierzchni lodu. Włosy opadają jej na twarz, ukrywając

zmarszczki i pobliźnione gałki jej pustych oczu. Dawno temu zgłębiła

tajemnice wędrowania w snach, pokonywania niemożliwych odległości tej

surowej krainy w mgnieniu oka, i potrafi robić to setki razy, tam i z

powrotem, przed nastaniem nowego dnia. Czasami zapomina, gdzie znajduje

się jej ciało.

Jej umysł zaczyna kierować się w

dół, przez barierę. Lissandra przez chwilę rozmyśla nad grubością

Prawdziwego Lodu. Ślepe pokładanie wiary w czymś, co przypomina szkło,

to szaleństwo, a jednak nie ma innego wyboru.

Po drugiej stronie znajduje się Obserwator, zbitka zębów, ciemności i cierpliwości na skraju wyczerpania.

Jest

większy niż góra. Czy mimo to jest jednym z mniejszych? Lissandra ma

taką nadzieję. Nigdy nie ośmieliła się sprawdzić, jak odporni są

najwięksi Obserwatorzy, sprawiający wrażenie zdolnych do pochłonięcia

grawitacji i czasu, pożeracze nie tylko światów, ale całych wymiarów.

Przez nich Lissandra czuje się mała i nic niewarta, jak pojedynczy

płatek śniegu w śnieżycy.

Skupia się na ogromnym, potwornym bycie przed sobą.

Jego sen staje się jej snem.

*Tam,

w sennym marzeniu, czeka na nią kolejna Lissandra. Ta górująca za

czarnym słońcem wieczna istota z kosmykami włosów unoszącymi się pod

niebiosa i zdrowymi, jasnoniebieskimi oczami lśni boską energią

ostatniego poranka świata.*

Jest piękna. Jest boginią. Stara się zepchnąć słońce poniżej linii horyzontu.

Czarna, ognista kula stawia jednak opór, próbując wzejść jeszcze raz. Pali boginię w palce.

*Lissandra

widzi niecienie kładące się na górach przykrytych zamarzniętym

popiołem. Ta kraina to parodia Freljordu, pozbawiona wszelkiego życia i

magii…*

Życia. Kluczem jest życie. Są nim żywe

dusze Freljordu, tej mroźnej krainy, którą Lissandra kiedyś złożyła w

ofierze potworom pod powierzchnią ziemi. Tak delikatnie, jak tylko

potrafi, odwodzi przebudzającego się Obserwatora od jego własnych,

mrocznych myśli i próbuje go ukoić snami innych.

*Plemię

rozdzielono na trzy obozy. Stało się tak z rozkazu Zrodzonej z Lodu

wojmatki. Mówi, że to ochrona przed ostrzem zabójcy — w ten sposób nikt

nie będzie wiedział, w którym namiocie zażywa snu.*

*Mając

pod stopami lodowiec, a nad głową gwiazdy, kapłan zapisuje swoje

spostrzeżenia na płacie garbowanej skóry elnuka przy świetle świecy. Ma

pewną i stabilną rękę. Co noc musi wysyłać swoje zapiski do Cytadeli

Mroźnej Straży.*

Zastanawia się, czy potęga maskuje paranoję. Czy…

*Widzi

swój oddech i uświadamia sobie, że nie jest sam. Wstyd chwyta go za

gardło. Sumiennie sięga po kawałek tkaniny, by oddać cześć Lissandrze,

najwspanialszej z Trójki. Po wszystkich przysięgach, które złożył, tylko

jej wzrok jest w stanie tak mocno zmrozić jego serce.*

— Nie przewiązuj oczu — mówi Lissandra, wychodząc z nocnego cienia. Ma zimny i zdecydowany głos.

— Wybacz — odpowiada kapłan. — Jestem spóźniony. Moje raporty…

— Nie trzeba mi twych słów. Śnisz. Musisz się wsłuchać. Wsłuchać się w lód.

Oczy Kapłana Mrozu rozszerzają się na dźwięk słyszanych słów. Lód czuje głód.

Nie. Nie lód. Coś… pod nim?

— Co to oznacza? — pyta, ale Lissandry już nie ma.

Kapłan

się budzi. Kontempluje swój sen. Przysiągł ślepo służyć, zamrażać i

krwawić. Sięga po kawałek tkaniny i przewiązuje sobie oczy.

Zanim nastanie nowy dzień, będzie daleko od wojmatki i jej trzech obozów.

Lissandra zaczyna śnić sen kogoś innego.

*Siedem

lodowych sokołów przelatuje przez błękitne niebo, strzepując szron ze

swoich piór. Przedziwny kieł góry pochyla się nad plażą pełną okrągłych,

szarych kamieni, która opada do morskiej płycizny.*

Mała dziewczynka — nikt poza nią samą nie pamięta jej imienia — przechadza się w osamotnieniu.

*Podnosi

kraba. Jest czarny, a na głowie ma parę świdrujących, kanciastych oczu.

Dziewczynka trzyma go ostrożnie, jego odnóża łaskoczą ją w dłonie.*

*Podnosi

głowę i dostrzega kawał lodu dryfujący w ciemnej wodzie, niesiony ku

lądowi przez niemalże zamrożone fale. Kra wpływa na kamienisty brzeg i

zaczyna się roztapiać. Kurczy się kawałek po kawałku, ukazując sylwetkę

kobiety skulonej w lodowej kołysce. To istota zrodzona z zimy.*

Dziewczynka upuszcza kraba.

Lissandra wynurza się z uderzających o plażę fal niczym…

— WIEDŹMA — piszczy dziewczynka. Nawałnica lodu i śniegu i siarczysty mróz wydobywają się z jej ust.

Wiedźma znika. Dziewczynka, która krzykiem wywołała śnieżycę, zostaje sama.

Gwałtownie

zrywa się ze snu obok dogorywającego ognia, otoczona innymi śpiącymi

dziećmi. To sieroty porzucone na czerwieniejącym śniegu Freljordu.

Pilnuje ich kobieta o surowym wyrazie twarzy, z toporem przytroczonym do

pleców. Sieroty wiedzą, że oddałaby za nie życie.

Z ogniska wystrzeliwuje iskra i ląduje w ciepłych futrach leżących u stóp dziewczynki.

Ta dotyka ją palcem. Iskra natychmiast zamarza.

Będąca

już w kolejnym śnie Lissandra wie, że powinna uważać na tę dziewczynkę.

Jest Zrodzoną z Lodu. Być może stanie się nową bronią w nadchodzącej

wojnie.

Albo nowym wrogiem.

To nie przenikliwy mróz wysoko w górach spowodował, że ten biedny podróżnik nie może się ruszyć.

Doprowadziła do tego jego własna ignorancja.

Mężczyzna

leży skulony w płytkiej jaskini. Mruczy, ponieważ nie jest już w stanie

śpiewać pieśni ze swojej młodości, by się pocieszyć. Nie może znieść

oddychania lodowatym powietrzem. Jego broda, biała od szronu i

zamarzniętych smarków, sprawia, że czuje ból przy otwieraniu ust, teraz

zsiniałych i popękanych. Nie czuje ani rąk, ani nóg. Już nawet nie drży.

Nic go już nie uratuje.

Poddał się. Mróz zagarnie jego serce i nastąpi koniec.

To nie jest śmierć, jakiej sobie życzył. Ale czuje ciepło. Wolność.

*„Ku

pięknym krainom! Ku słońcu!” — tekst piosenki leniwie krąży w jego

umyśle. Zamiast śniegu i lodu podróżnik widzi zielone pastwiska. We

włosach czuje letnią bryzę.*

*Lissandra

podchodzi do niego z głębi płytkiej jaskini. Widzi, jak śmierć powoli

rozprzestrzenia się z jego dłoni i stóp i zajmuje resztę ciała.

Podróżnik już się nie zbudzi. To będzie jego ostatni sen.*

Lissandra kładzie rękę na jego ramieniu. Nikt nie powinien być sam w ostatnich chwilach swojego życia.

— Twoi rodacy na ciebie czekają, przyjacielu — szepcze. — Połóż się w wysokiej trawie. Odpocznij sobie, a ja cię popilnuję.

Podróżnik podnosi głowę i spogląda na nią, uśmiechając się i kiwając głową. Wygląda młodziej.

Po chwili zamyka oczy i odpływa.

Lissandra pozostaje w ostatkach jego snu do czasu, aż ten pryska.

*Wojenne

okrzyki i agonalne jęki kierują Lissandrę na południe. Na wietrze

niesie się zapach krwi i ognia oraz kwaśny smród stali. W miejscach,

gdzie rozpoczęła się odwilż, rośnie trawa. Nie jest to słoneczne

pastwisko, ale większość plemion z Freljordu nigdy nie zobaczy lepszego.*

*Sen

wiruje i zniekształca się. Lissandra czuje, że kolana mogą się pod nią

ugiąć, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Odzyskuje równowagę przed

płonącą chatą z bali.*

Płomienie nic nie robią. Nie są prawdziwe.

Na Lissandrę pada cień.

— Długo czekałem na ten dzień, wiedźmo!

*Co

zaskakujące, to jeden z Avarosan, rudowłosy osiłek, na którego szyi

pulsują napięte żyły. Nad głową trzyma wyszczerbiony miecz. W jego

oczach widać żądzę krwi, gdy wyobraża sobie zwycięstwa, których za życia

nigdy nie zobaczy.*

Niemniej jednak jest gotów zadać ostatni, masakrujący cios swojemu największemu wrogowi.

Lissandra

przestała liczyć, ile razy umarła w śnie kogoś innego. Za każdym razem,

gdy tak się dzieje, traci cząstkę siebie i nigdy już jej nie odzyskuje.

Nie. Nie dopuści do tego ponownie. Nie tym razem.

*Ogromne,

lodowe szpony zaciskają się wokół niej i tworzą swego rodzaju

grobowiec. Ostrze nawet nie zarysowuje jego powierzchni. Wojownik leci

do tyłu, grzmiąc wyzywająco, gdy…*

Pozwól mu

się obudzić i uwierzyć, że jest bohaterem, który przegonił Wiedźmę Lodu.

To był tylko sen. Avarosańskie plemiona upadną… tak jak zdradziecka

jędza, od której wzięły swoją nazwę.

A Lissandra ma bardziej naglące problemy.

Oko cyklonu jest najgroźniejsze we Freljordzie.

Wichura huczy. Pioruny błyskają. Nawet płatki śniegu mogą pociąć do krwi.

*Lissandra

odnajduje duchownego wędrowca, który przywołuje ten gniew żywiołów.

Jego trans do bólu przypomina sen — też jest pomostem między światami.

Burza jest modlitwą, bezpośrednim zwrotem do półboskiego pana

Niedźwiedzi.*

*Lissandra ma ochotę splunąć. To

nienawistne stworzenie jest jednym ze wspomnień, których nie potrafiła

wykorzenić z Freljordu, nieważne, jak bardzo by się nie starała.*

*Błyskawica

wielokrotnie trafia szamana. Najeżona zębami paszcza rozpycha jego

szczękę. Paznokcie czarnieją i zamieniają się w szpony. Szaman nie jest

ani człowiekiem, ani niedźwiedziem, lecz czymś zupełnie innym. Całe jego

życie będzie przypominać sen. Zero spania. Zero radości. Tylko burza.

Lissandra zbliża się do niego, szukając czegokolwiek, co przydałoby się

jej w tym chaotycznym szaleństwie.*

Nagle pełen strachu wzrok szamana przeskakuje na nią. Lissandra stoi twarzą w twarz z awatarem samego Volibeara.

*Bez

zastanowienia atakuje przebijającymi kolcami z Prawdziwego Lodu,

wyciągniętymi z otaczającej ich ziemi. Próbuje unieruchomić kończyny

stworzenia, żeby spowolnić je chociaż na…*

*Ciemna

krew plami śnieg. Piorun uderza w odległe szczyty. Spaczony szaman pada

na kolana — jego ciało jest rozdarte między kształtem tego, czym był, a

tego, czym mógłby się stać. Lissandra oddała mu prawdziwą przysługę,

albowiem jego umysł wciąż w większości należy do niego.*

*W

burzy daje się dostrzec błysk kolejnych par oczu. Ci zmiennokształtni

nie są już zagrożeniem, jakie stanowili dawniej. Bitwę z nimi można

stoczyć kiedy indziej.*

Na razie ich delirium w zupełności wystarczy.

Lissandra

ostrożnie obchodzi Obserwatora pod lodem. Dostrzega swoje własne,

maleńkie ciało na zimnej powierzchni ponad nimi. Jej blada,

przypominająca martwą skóra jest prawie tak biała, jak świeżo spadły

śnieg.

Ogromna bestia jest ledwie świadoma jej obecności. Przypomina jakiegoś potwornego, łkającego noworodka.

W snach Obserwatorów panuje nicość.

*I

jeszcze więcej nicości. I jeszcze więcej nicości. Horyzont nicości na

tle gór nicości. Co jest ponad całą tą nicością? Niebo nicości i gęste

chmury nicości.*

W obliczu całej tej nicości Lissandra walczy o… istnienie.

*Otchłań

rozwiera swoją paszczę wokół niej. Lissandra przygląda się, jak czarne

słońce pożera jej awatar, ale nieważne, jak wiele pochłonie, wciąż ma co

jeść.*

*Krzyczy, po czym wybucha czarnymi

fraktalami dzielącymi się na miliardy Lissandr. Każda z nich wydaje z

siebie głośny krzyk. Wobec wszechogarniającej nicości ten dźwięk jest

jedynie szeptem, lecz nawet to wystarczy, by wstrząsnąć całym snem w

posadach…*

Ledwo przytomna Lissandra rysuje

glify na powierzchni bariery z Prawdziwego Lodu. To stare zaklęcie,

zrodzone z ognia, który dawno temu wygasł. Ciałem Lissandry miotają

skurcze i konwulsje. Jej ruchy są desperackie, gwałtowne, niezdarne.

W jej ciele został tylko strzępek duszy.

Wtem, nagle, powraca jej większość. Lissandra wymiotuje rozwodnioną żółcią na lód i zwija się w kulkę. gdy ta zamarza.

Poniżej

wijący się cień zasypia na nowo. Śni o pożeraniu jej jeszcze przez

chwilę dłużej — i sen ów zaprowadza jedyny rodzaj spokoju, jakiego

Obserwatorzy zdają się pragnąć.

Spokój. Czyli coś, czego Lissandra nigdy nie doświadcza. Już nie.

Ubiera

się i wraca, by wspiąć się po wydeptanych schodach. Mroźna Straż czeka

na jej przywództwo i rady. W tym życiu nie zazna spokoju.

Lecz to niewielka cena za dopilnowanie, by potwory nie wybudziły się ze snu.

Śniły.

Kłapały szczękami.

Ostre

wiatry smagają policzki Zrodzonej z Lodu sieroty prawie do krwi. Jej

nos zdrętwiał godzinę temu. A może dwie? To bez znaczenia. Nic nie ma

znaczenia, bo ilekroć zamyka oczy, widzi wiedźmę.

*Owa

kobieta na tle nigdy niezachodzącego słońca dosiada bestię z lodu,

kości i czarnej magii, nosząc lśniącą szatę ze świeżego śniegu. Hełm z

rogami, który zakrywa jej oczy, sprawia, że jej głowa zdaje się sięgać

gwiazd.*

Popękane, czarne usta otwierają się, by wypowiedzieć okropne przepowiednie.

— Reathe, widzę cię.

Wiedźma Lodu zawsze dramatycznie wpycha się do snów Reathe.

— Ciemność się wyszczerza — ciągnie dalej

— i mówi mi, że „lód i kłamstwa to narzędzia desperata”. Wzywam moją

dłoń do zaciśnięcia się w pięść! By wyłupić zawsze czujne oko! By

nadziać je na lodowy kolec! Zanim wiatr zawyje swą pieśń tylko dla

rozrastającej się otchłani…

Rzęsy Reathe

przymarzły do siebie. Oderwanie jednej powieki od drugiej sprawia ból.

Ale Reathe musi to zrobić. Im dłużej będą przymarznięte, tym trudniej

będzie je rozszczepić.

Reathe wrzeszczy i czuje,

jak ciepła krew spływa jej po policzku. Chucha na kawałek lodu, tworząc

parę, i trze go, aż zobaczy swoje odbicie. Rozdarcie w rogu jej powieki

nie wygląda najgorzej.

Ale w odbiciu widzi też, że nie jest sama w chroniącej ją jaskini.

Wychudzony

mężczyzna trzęsie się z zimna przy jej wejściu. Wczesnoporanne słońce

sprawia, że jego twarz przybiera niebieskawy odcień. Reathe uświadamia

sobie, że to nie jest żadna wyszukana iluzja. Skóra tego mężczyzny

rzeczywiście jest niebieska i przezroczysta. Rusza się wątło i drętwo,

jak gdyby próbował rozbudzić swoje zawodzące stawy.

— Zimno tu — mówi. — Uświadomiłem to sobie, gdy umierałem.

Reathe

oddala się od niego na dłoniach i piętach. — Nie mam jedzenia — rzuca,

nienawidząc strachu, jaki zdradza jej głos. — Schronienie mam marne. Nie

mam niczego, co mógłbyś sobie wziąć.

Mężczyzna przechyla głowę.

— Nie czuję głodu. Żadne schronienie mnie nie ochroni. Zobaczyłem tę jaskinie i ciebie… gdy jej mróz przesłonił mi oczy. Nasze ścieżki są niczym łączące się rzeki. Uświadomiłem to sobie, gdy umierałem.

— Często umierałeś, czyż nie?

— Raz mi wystarczyło.

— Ty… — Reathe waha się, niepewna siebie w tej chwili. — Ty też widziałeś wiedźmę?

— Nie, ale słyszę wiedźmę w moich żyłach… W każdej chwili, z każdym uderzeniem mojego spokojnego niegdyś serca.

Mężczyzna wyciąga swą sczerniałą dłoń do Reathe.

Oprócz nas są inni, mała Zrodzona z Lodu. Inni, których musimy spotkać.

I jest jeszcze mnóstwo kilometrów, które musimy przejść w swoim

towarzystwie.

— I to wszystko uświadomiłeś sobie, gdy umierałeś?

— Śmierć wiele odsłania przed człowiekiem, mała Zrodzona z Lodu.

Reathe powoli wstaje. Ostrożnie. — Kim jesteś? — pyta.

Teraz? Nikim. Jestem jedynie pasażerem we własnym ciele. Moje imię

zamarzło. Ale możesz zwać mnie… Shamble. A ciebie jak powinienem

nazywać…?

— Reathe z klanu Wąskiej Stopy.

— Dobrze, chodźmy zatem, Zrodzona z Lodu Reathe z klanu Wąskiej Stopy. Inni są blisko.

Reathe wcale się nie rusza. — A kim są ci „inni”?

Iglice

Cytadeli Mroźnej Straży wybijają się ponad zamarznięty krajobraz. Fale

magicznych zórz polarnych, zielenie, róże i błękity tańczą na prawie

zawsze nocnym niebie. Gwiazdy migocą tutaj nieprzerwanie w

najzimniejszym i najczystszym powietrzu.

Tylko

nieliczni wiedzą, jak odnaleźć tę ukrytą twierdzę. Na świecie jest sporo

osób, które zebrałyby armię, by zrównać ją z ziemią. Ci, którym udaje się odnaleźć cytadelę, rzadko opuszczają ją na swoich własnych warunkach.

Mimo to pięć zmęczonych postaci maszeruje w dół ze skalistego, górskiego przesmyku, przez ukrytą ranę w tkance Freljordu.

Szukają

Wiedźmy Lodu. Tak jak wielu innych na przestrzeni stuleci, oni również

spotkali Lissandrę w swoich snach… Lecz teraz czują coś innego, coś

czającego się głęboko.

Coś pod lodem. Coś mrocznego i pustego.

Głodnego.

Kłapiącego szczękami.

Twoja reakcja na nasz wpis:

  • * - [* - [*Nawet*0)
  • *Słodkie!*0)
  • *AHA*0)
  • *OMG!*0)
  • *WTF*0)
  • *Słabe*0)
  • Źródła i odniesienia

    Ładowanie komentarzy...

    Powiązane historie