📜Lore14 sierpnia 20191323 słów

Opowiadanie Pantheona: Za poległych

📜Lore

Kiedy

ląduję w ruinach Nerimazeth, nie czuję się, jakbym skoczył, a boska

magia wypaliła moją trasę na niebie, lecz jakbym upadł.

Jestem przecież tylko człowiekiem.

Wokół

mnie na wydmach, z których wzbija się wirujący piasek, walczy kohorta

Ra’Horaków, wojowników Solari oddalonych od świątyń Góry Targon. Przez

trzy tygodnie maszerowali przez pustynię z pięćdziesięcioma włóczniami —

ja pokonałbym ten dystans w parę chwil — by zbadać rosnącą moc, podczas

gdy ich własna słabła. Tutaj czczone przez nich słońce nie znika ani na

chwilę. Cienie przeszłości są tu jakby wypalone w piaskach pustyni, a

ich zarys jest jedynym, co pozostało po dawno przepadłym imperium.

Budynki przykryły wydmy. Słońce, które dawniej miało wynosić ludzi pod

niebiosa, zmatowiało i spadło na ziemię.

Shurima

narodziła się tutaj i tutaj umarła. To właśnie w Nerimazeth powstali

pierwsi Wyniesieni. Ich powinnością była obrona Shurimy przed wszelkim

zagrożeniem. Ci z nich, którzy przeżyli imperium, zostali doprowadzeni

do szaleństwa przez długie wieki konfliktów, stali się Darkinami i

pustoszyli świat, dopóki ich nie poskromiono.

Lecz wedle mojej wiedzy niektóre potworności powołane do życia przez pysznych Shuriman wciąż żyją…

Dźwięk

metalu brzęczy w moim uchu — włócznia przelatuje obok mojego hełmu.

Potem kolejna i kolejna. Brzęczenie przeradza się w zgiełk bitwy, gdy

Ra’Horakowie demonstrują swoją potęgę. Jednak gdy stal zalewa niebo,

podmuch magii przedziera się przez lecące włócznie, pozostawiając w

ruinach pas zniszczenia.

Kiedy pył opada, widzę go. Widzę powód mojego przybycia.

W moim polu widzenia majaczy stwór, płonący i wynędzniały jak imperium,

którym mógłby rządzić. Nie przypomina żadnego Wyniesionego, jakiego

kiedykolwiek widziałem. To złamany bóg, który zawłaszczył sobie to

upadłe miasto i chciał, by odrodziło się z popiołów.

Lecz nawet on… był kiedyś człowiekiem.

Przypomnę mu, co to znaczy czerpać powietrza w obliczu śmierci. Wszystkim im przypomnę.

— Boski wojownik! — krzyczy jeden z wojowników Ra’Horak. — Nie damy rady go pokonać!

— Pokażę wam, jak umiera bóg! — ryczę w odpowiedzi i szarżuję w kierunku stwora z uniesioną włócznią. To właśnie ich

potęga rozświetla moją włócznię — potęga bogów. Potęga gwiazd. Wysilam

wszystkie mięśnie, żeby udźwignąć przedziwny ciężar magii, a stwór

wyzwala kolejny wybuch ze swojego zniszczonego ciała. Moja włócznia nie

zostaje spopielona jak włócznie Ra’Horaków, lecz płonie własnym

blaskiem. Niczym kometa szybuje w kierunku Wyniesionego, przybija go do

ziemi i przekierowuje jego wybuch w niebo.

Przede

mną, stopę dalej od wyrwy stworzonej przez wybuch stwora, wojowniczka

Ra’Horak obejmuje ciało poległego towarzysza. Magia oparzyła jej rękę,

gdy chciała osłonić go przed atakiem.

— Je…

jesteś Aspektem — mówi, choć w jej oczach dostrzegam rozpacz. Zaklina,

błaga, żebym naprawdę był Aspektem i mógł ją uratować. Żebym mógł uratować jej przyjaciela. Gdziekolwiek spojrzę, widzę przełamane szyki Ra’Horaków pozbawionych woli walki.

Nie

odpowiadam. Za pomocą magii, której istnienia tak bardzo pragnie

wojowniczka, wzywam włócznię z powrotem do ręki. Broń wraca z siłą,

która jest echem siły mojego rzutu. Wyniesiony nie pozostawił ani śladu

krwi na jej czubku, tylko piasek. Jego ciało składa się wyłącznie z

magii i skały.

Chcę wyjawić jej moje imię. Chcę

przyznać, że jestem Atreusem, że ja też kiedyś unosiłem wzrok ku niebu,

wypatrując mocy, która by mnie uratowała… ale Atreus nie żyje. Umarł

na szczycie Targonu razem ze swoim bratem Pylasem. Zabity przez

Pantheona i własne nieudacznictwo. Nieważne, jak bardzo bym się starał,

nie mogę przywrócić do życia ani Atreusa, ani Pylasa. Nawet sam bóg

Pantheon odszedł, a jego gwiazdozbiór został zdarty z nieboskłonu.

Zamiast tego odwracam się raz jeszcze do stwora.

Musisz walczyć — mówię do wojowniczki. — Wszyscy musicie. Wokół nas

płoną ruiny miasta, natomiast magia Wyniesionego wcale nie gaśnie.

Przebiegam

po piasku zmienionym w szkło, każdy wybuch magii trzęsie światem w

posadach, aż wydaje się, że ziemia po prostu musi się rozpaść. Że

pozostaną tylko niebiosa. Ale nie zamierzam się poddawać. Dostrzegam na

ziemi porzuconą balistę. Ra’Horakowie unoszą tarcze, by chronić się

przed odłamkami odpadającymi od walących się budynków, które obracają

się w pył.

— Walczcie! Musicie walczyć!

wrzeszczę jeszcze głośniej, a w moim głosie słychać więcej boskiego

autorytetu, niż bym chciał, i wtedy go dopadam — moja włócznia wżyna się

w Wyniesionego, przecinając spękany kamień, który ma zamiast twarzy.

Wyzwolone tak blisko wybuchy wstrząsają moją tarczą i odpychają mnie do

tyłu. Tnę jeszcze raz, a za moją włócznią rozciąga się magiczny ślad.

Unoszę tarczę w ostatniej chwili, stawiając odpór gniewowi Wyniesionego.

Wbijam

stopy w ziemię. Ledwo stawiam opór bestii, gdy uderza we mnie magia

przywoływana przez jego wolę, wzmocniona jeszcze przez okrucieństwo i

szał. Przeciwstawiam się jej i warczę zajadle, a moc odbija się od

tarczy we wszystkich kierunkach — rozcina ruiny, niebo i szyki

Ra’Horaków, którzy wciąż kulą się pod nimi ze strachu. Ręce zaczynają mi

się trząść i wbrew swoim walczącym o każdy oddech płucom wołam nie do

wojowników, lecz do siebie.

— Walcz…

Oczy stwora zwężają się. On rozumie.

Ziemia pod moimi stopami dłużej już tego nie wytrzyma. Sam dłużej tego

nie wytrzymam. Gdy upadam na ziemię, magia w mojej włóczni zamiera, a

hełm zsuwa się z mojej wstrząsanej kaszlem twarzy.

Pluję

krwią na piasek i z trudem podnoszę głowę. Lecz z całego Nerimazeth

widzę tylko tę jedną wojowniczkę Ra’Horak na tle dymu i chaosu. Patrzy

na mnie, prosto w dopiero co odsłonięte oczy… i po raz pierwszy nie

widzi Aspektu, a kogoś innego. Widzi człowieka, który trzymał w

ramionach Pylasa, gdy jego ostatni oddech zmieniał się w parę.

Zastanawiam

się, czy rozpoznaje gwiazdy i moje przeznaczenie wytatuowane na piersi.

Bliznę, która je przecina. W jej oczach nie widać już błagania, a na

jej twarzy zauważam wzmagające się światło, gdy stwór zbiera siły na

wypuszczenie jeszcze jednego wybuchu. Choć jej ręka nie nadaje się do

niczego i choć jej przyjaciel wciąż leży nieruchomo, to podnosi tarczę i

chwiejnym krokiem zaczyna się do mnie zbliżać. Jest zdeterminowana i

nieubłagana jak sama śmierć.

— Jak… ci na imię?! — wykrztuszam między jednym rwanym oddechem a drugim, gdy światło wzmaga się coraz bardziej.

— Asose — mówi zdecydowanie, gdy staje obok mnie i obraca tarczę w kierunku wybuchu.

Ruiny

wypełnia niemożliwa jasność, która grozi, że spopieli wszystko, aż

naprawdę to robi i pozostaje tylko ciemność. Moc odeszła, tak samo jak

Aspekt. Gdzie niegdyś była Asose, nie ma nic. Tylko moje wspomnienie.

Mimo to czuję, jak moja blizna pulsuje od bólu. Przypomina mi o tym, że żyję, i o wszystkich chwilach, które mnie tutaj doprowadziły. *Mój

brat w boju, Pylas, mówiący, żebym nie plamił krwią jego triumfu…

Najazd barbarzyńców, bliskość śmierci nas obu… Utrata przytomności na

szczycie Targonu… Ostrze Darkina przecinające śmierć, by znowu mnie

zbudzić… Niebiańskie zboże przytulone do zbocza góry… Błoto na moich

dłoniach w momencie odłożenia motyki i złapania za włócznię…*

Wszystko

to byłoby niczym bez kobiety, która podniosła tarczę, dobrze wiedząc,

że nie przeżyje, ale że będzie walczyć. Jej moc i jej poświęcenie dalece

przewyższają moc i poświęcenie gwiazd. Dalece przewyższają moją moc,

moje poświęcenie i broń Aspektu, która zapewniła mi bezpieczeństwo.

Jej czyny nie pójdą na marne.

Gdy

wyczerpany staram się wstać na nogi, widzę cień wychodzących z ukrycia

Ra’Horaków, przesłaniający platformę Słonecznego Dysku stojącą za mną po

środku zgliszczy. Dołączam do nich nie jako bóg, lecz jako człowiek.

Mój panteon, wszyscy polegli, kupili mi jeszcze jedną chwilę. Tak samo

jak wszyscy, którzy żyli, i wszyscy, którzy umarli w chwili prawdy, gdy

musieli zdecydować, dlaczego walczą. Kogo kochają. Kim naprawdę są.

Czym są bogowie w porównaniu z taką odwagą? Niczym.

— Asose! — krzyczę w ruiny, choć żebra wbijają mi się w płuca.

Asose!

— wtórują Ra’Horakowie. Oni też stoją pośród zgliszczy, a ich cień

wydłuża się coraz bardziej, ponieważ Wyniesiony ponownie zbiera swoją

magię.

Choć nie mam siły i choć bóg jest martwy,

czuję, że pióropusz mojego hełmu ponownie goreje, a moc raz jeszcze

rozpala moją włócznię. I wzywa mnie do bitwy, gdy Ra’Horakowie raz

jeszcze ciskają swoimi włóczniami.

Gwiazda stracona wraz z Gwiazdozbiorem Wojny przez chwilę świeci jaśniej od słońca.

Nazywała się Asose.

Twoja reakcja na nasz wpis:

  • * - [* - [*Nawet*0)
  • *Słodkie!*0)
  • *AHA*0)
  • *OMG!*0)
  • *WTF*0)
  • *Słabe*0)
  • Źródła i odniesienia

    Ładowanie komentarzy...

    Powiązane historie