📜Lore12 października 20196193 słów

Opowiadanie Luciana: Powrót do domu

📜Lore

Powrót do domu Autor: Phillip Vargas

Lucian

siedział na szczycie wzgórza w cieniu drzewa banian i przyglądał się

leżącej przed nim dolinie. Jego dłonie spoczywały na reliktowych

pistoletach. Palce pocierały tłoczenia w brązie. Czarna Mgła sunęła po

zielonych nizinach, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Harrowing

zawitało na wyspę kilka godzin temu.

Światła

niezliczonych pochodni przemieszczały się w ciemności. Opary dryfującej

mgły spowijały cały obszar. Jeden po drugim ognie zmniejszały się i

gasły, ale odległość była zbyt duża, by słyszeć krzyki umierających.

Jedno

światło pozostawało silne. Jego blada, zielona poświata zdawała się

przepływać przez Czarną Mgłę bez żadnych kłopotów. Spaczony płomień

złowieszczych duchów. Na jego widok serce Luciana zabiło szybciej, a on

sam zaczął gotować się ze złości.

Popędził w dół

wzgórza, zmagając się z usuwającym się spod stóp żwirem, dopóki nie

dotarł do dorzecza. W wysokiej trawie leżało ciało. Jego ręce były

zaciśnięte na ramionach, a oczy szeroko otwarte — małe, czarne kamienie

wpatrujące się w bezksiężycowe niebo. Ominął je i kontynuował pościg.

Przy

piątym ciele zatrzymał się. Twarz starszego mężczyzny zastygła w

wyrazie bólu. Szaty rozerwane. Ciało oderwane od kości. Wytrenowane oczy

z łatwością rozpoznały, że było to dzieło kosy.

Lucian

zmienił kierunek i ruszył śladem ciał aż ku podstawie stromego zbocza.

Zaczął się wspinać, przedzierając się przez gęste zarośla. Krzyki

dobiegły jego uszu jeszcze zanim dotarł na szczyt wzgórza.

Czarna

Mgła otaczała polanę. Przewijała się i wirowała, gdy zniekształcone

sylwetki przemykały w gęstym oparze. Tłum przerażonych mieszkańców wyspy

popędził w stronę stromego klifu, mieszczącego się poniżej oceanu i

ponurej możliwości ucieczki. Mgła pochłonęła ich wszystkich. Rozszalałe

cienie opadły na biedaków, dodając krzyki umierających do bluźnierczego

chóru ryczącego wewnątrz.

Wycelował pistolety w

pędzącą masę. Horda wyjących upiorów wyłoniła się z mgły, szarżując na

niego z widmowymi ostrzami i ostrymi kłami.

Wystrzelił

salwę oczyszczającego światła, które spopieliło przeklęte duchy. Odrzut

sprawił, że cofnął się o krok, a jego stopy znalazły się na krawędzi

klifu. Zaryzykował spojrzenie w tył. Wzburzone morze rozbijało się o

postrzępione skały poniżej.

Głośny śmiech przebił

się przez wycie niezliczonych dusz. Lucian obrócił się, celując z broni w

nadciągającą mgłę. Światło lśniło w szalejącym obłoku.

Lucian

schował jeden z pistoletów i sięgnął do wnętrza skórzanego płaszcza.

Znalazł gliniany granat i wyciągnął go. Na skorupie wielkości pięści był

wyryty symbol — nadeszła pora przekonać się, czy stary kowal z

Bilgewater miał rację.

Rzucił granat szerokim

łukiem, a gdy bryła znalazła się w najwyższym punkcie, wystrzelił z

pistoletu. Granat eksplodował chmurą srebrnego pyłu. Pył zawirował i

pozostał w powietrzu, tworząc lśniącą przestrzeń wewnątrz Czarnej Mgły,

odpychając ją na boki.

Thresh stał na środku,

górując nad młodą kobietą. Wiła się z bólu, gdy haki na łańcuchach

wbijały się w jej ciało i wyrywały z niego duszę. Strażnik Łańcuchów

uniósł antyczną latarnię, która zaczęła świecić. Bezwładne ciało kobiety

upadło na ziemię, a relikt przyjął nowego więźnia.

Upiór

spojrzał na Luciana i uśmiechnął się. — Brakowało nam cię w Helii i

obawialiśmy się, że nie będziesz chciał zasmakować kolejnej porażki,

łowco cieni.

Thresh postukał w latarnię. Rozbłysła, jakby odpowiadając na wezwanie.

Ależ jej dusza cieszy się na twoje przybycie — powiedział Thresh. — Ta

obietnica, którą ze sobą przynosisz. Oferuje jej chwilę odpoczynku od

ciągłego cierpienia.

Wzrok Luciana padł na

latarnię. Srebrny pył rozproszył się pod wpływem światła chroniącego

żelazne więzienie. Zacisnął dłonie na pistoletach i czekał.

Jednak każda porażka ma swoją cenę — roześmiał się Thresh. — Sprawia,

że jej cierpienie jest coraz słodsze. Cała nadzieja zmiażdżona.

Umysł Luciana przywołał ich ostatnie spotkanie, ale szybko odepchnął te myśli.

— Wiesz, jaki jest jej najgorszy koszmar? — zapytał Thresh. — Cierpienie do kresu dni z tobą u boku.

Światło latarni przygasło i zielona poświata zanikła. Czuł jej ciepły i niematerialny dotyk, zarezerwowany wyłącznie dla duchów oraz wspomnień.

Lucianie…

Na

dźwięk jej głosu serce wypełniło mu ciepło. Thresh miał rację. Senna

wyczuwała go za każdym razem, gdy się zbliżył. Jej dotyk stawał się

silniejszy z każdym spotkaniem, jakby próbowała się sprzeciwić

Strażnikowi Łańcuchów i zadawanemu przez niego cierpieniu. Wyczuwali się

od momentu, w którym wylądował na wyspie.

Latarnia

zadrżała w ręce Thresha. Jasne błyski światła zawirowały wewnątrz

reliktu, uderzając w ścianki pojemnika. Thresh przyjrzał się tym

zaburzeniom i uśmiechnął z pogardą. Lucian wycelował broń w burzę, która

tworzyła się w środku. Blask chroniący latarnię zaczął przygasać.

Teraz, ukochany…

Lucian wystrzelił.

Pociski

przeszywającego światła przebiły się przez słabnącą ochronę i uderzyły w

żelazny relikt. Latarnia zabujała się gwałtownie na łańcuchu. Po raz

pierwszy jego oczyszczający ogień uderzył w starożytne więzienie.

Thresh zawył z wściekłości i szarpnął latarnią.

Złowrogie

macki Czarnej Mgły wystrzeliły wewnątrz latarni, tłumiąc rozbłyskujące

światło. Kłębiące się cienie pochłonęły wszelkie ślady po ukochanej

Luciana i innych duszach pragnących wolności. Została pochłonięta,

krzycząc, gdy ciemność rozprzestrzeniła się we wnętrzu latarni.

— Nie! — krzyknął jednocześnie Lucian. — Wypuść ją!

Thresh się roześmiał. Był to okrutny i prowokujący dźwięk, gdy Senna wyła z bólu.

Lucian wycelował broń w Thresha. Cały gniew przelał w broń i wypuścił z niej salwę ognia.

Strzały

pochłonęły Strażnika Łańcuchów i rozświetliły jego duchową postać

oczyszczającym blaskiem. Lucian rzucił się do przodu i wystrzelił drugą

salwę, ale strzały zostały wchłonięte przez ciemność wydobywającą się z

latarni.

Płomienie spowijające Thresha zgasły,

stłumione przez mroczną energię. Uśmiechnął się i uniósł latarnię do

góry niczym nagrodę do zdobycia.

Lucian poczuł

ucisk w klatce piersiowej. Strzały, które przebiły się przez obronę

latarni, zostały zmarnowane. Dookoła srebro dryfowało ku ziemi. Macki

Czarnej Mgły wystrzeliły w kierunku bezpiecznej przestrzeni stworzonej

przez granat i szansa zaczęła zanikać. Właściwa chwila minęła i jego

ukochana wciąż pozostawała uwięziona.

Zrezygnowany uniósł pistolety i ruszył do walki.

Rozmazany

kształt wystrzelił do przodu i uderzył w Luciana. Hak na łańcuchu

posłał go na drugą stronę polany. Uderzył o ziemię i przetaczał po niej,

dopóki nie zamieniła się w przepaść. Zaczął spadać w dół, prosto w

objęcia oceanu.2

*Wszystko

zaczyna się od śmiechu… łańcuchy szurają po kamieniu… rozbrzmiewając

echem w gęstej mgle… zawsze obraca się zbyt powoli… broń zmierza na

spotkanie blaskowi… ogień nie rozbłyska… nie może strzelić… ona tam

stoi… pomiędzy nim i hakiem…*

*Zaskoczenie

rozbłyska w jej oczach… atramentowa czerń… zaczyna krzyczeć… jej ciało

się wykręca… upada na ziemię… te wszystkie dni, które miała przed sobą…

jej krzyk przeszywa mu uszy… błaga, by uciekał.*3

Lucian

poderwał się i chwycił za bok. Ból przeszył żebra. Opadł z powrotem na

łóżko i z trudem nabierał powietrza. Wpatrywał się w drewniane belki i

szpachlowany sufit, zastanawiając się, gdzie jest.

Krzyki Senny wciąż rozbrzmiewały w jego umyśle. Zawiódł ją po raz kolejny. I będzie musiał zaczynać od nowa.

Obejrzał ciasno owinięte wokół żeber bandaże i zauważył pod nimi siniaki. To miejsce było wrażliwe na dotyk.

Na

klatce piersiowej miał rozłożone posmarowane maścią liście. Zdjął je z

siebie, odsłaniając ciemne rany w miejscach, gdzie hak dosięgnął ciała.

Przekręcił

się na bok, podparł na łokciu i usiadł. Światło słoneczne przebijało

się przez szpary w okiennicach, oświetlając dużą, drewnianą skrzynię w

zaciemnionym rogu pokoju. Mieścił się na niej niewielki ołtarz, przy

którym ułożono świeże kwiaty oraz wyrzeźbionego, alabastrowego żółwia.

Jego skórzany płaszcz i kamizelka leżały na niewielkim stoliku przy

łóżku. Reliktowe pistolety spoczywały na ubraniu.

Lucian

drżącą dłonią sięgnął po broń. Jej broń sprawdził jako pierwszą —

delikatnie zbadał ciosany kamień i rzeźbiony brąz, tak jak nauczyła go

wiele lat temu. Palce natrafiły na głębokie pęknięcie w kamieniu.

Pamiątka ze wspólnego pobytu w Ionii. Uśmiechnął się i sięgnął po własny

pistolet. Metalowa obudowa lekko poruszyła się pod wpływem dotyku.

Uszkodzenia były nowe i niedługo będzie trzeba je naprawić.

Wstał,

wydając z siebie stęknięcie, i schował broń. Następnie położył dłonie

na rękojeściach, chcąc wyczuć wysokość i nachylenie. Broń leżała trochę

krzywo. Poprawił ją i sprawdził ponownie. Zadowolony sięgnął po

kamizelkę i przełożył ręce przez rękawy, a następnie to samo zrobił z

długim płaszczem.

Podszedł do okna i otworzył

okiennice. Światło słoneczne wpadło do środka wraz z cichymi odgłosami

płaczu. Z okna mógł dojrzeć tylko wijący się strumień oraz gęste

zarośla. Był ranek i po Harrowing nie było śladu.

Thresh był wiele kilometrów stąd.

Lucian musiał dotrzeć do swej łodzi i rozpocząć łowy na nowo. Po raz ostatni rozejrzał się po pokoju i ruszył w stronę drzwi.

Tuzin ciał leżał na ziemi przed domem.

Młoda

kobieta siedziała przy zwłokach, delikatnie czyszcząc szmatką ciało

starego mężczyzny. Spojrzała na Luciana, jej oczy w kształcie migdałów

były łagodne i opuchnięte.

— Powinieneś leżeć — powiedziała.

— Nic mi nie jest. To ty mnie opatrzyłaś?

Przytaknęła. — Jestem Mira — powiedziała. — Znaleźliśmy cię w pobliżu zatoki.

— Jak dawno temu?

— Tuż po świcie, gdy szukałam ojca.

Spojrzał na starego mężczyznę leżącego u jej stóp.

Potrząsnęła głową, a w jej oczach rozbłysła frustracja.

— To nie on — rzekła. — Powinnam być tam i szukać go, ale nie mamy dość ludzi.

Podniosła czystą szmatkę. — Jeśli czujesz się lepiej, przydałaby się nam twoja pomoc.

Lucian

spojrzał na zmarłych. Spoczywali na świeżo ściętych liściach, niektórzy

wciąż mieli otwarte oczy — małe, czarne kamienie wpatrujące się w

pustkę.

Odwrócił się. — Powinna zająć się tym rodzina.

Wyglądała,

jakby chciała coś dodać, ale po drugiej stronie wioski wybuchło jakieś

zamieszanie. Tłum zebrał się wokół ciągniętego przez woły wozu pełnego

kolejnych ciał. Mira przyglądała się temu przez chwilę, a potem ruszyła w

tamtą stronę.

Lucian podążał za nią w pewnej

odległości, podczas gdy mieszkańcy wioski zmierzali tam z różnych stron.

Po kamiennej ścieżce szli różnym tempem, niektórzy szybciej od innych.

Grupa

ocalałych zebrała się wokół młodego mężczyzny. W ręku trzymał ciężki

kostur i przemawiał, wściekle przy tym gestykulując. — Nie mogą tego

robić! Nie mają prawa! — krzyczał, uderzając kosturem o ziemię.

— Co się stało? — zapytała Mira.

— Naktu palą ciała!

Wielu zgromadzonych wybuchło gniewem, dołączając do młodzieńca. Jednak inni mieszkańcy wioski pogrążyli się w smutku.

— Kim oni są? — zapytał Lucian.

— Wyznawcy ognia — odparła Mira — z zachodniej części wyspy.

— Spalą jej duszę — załkał starszy mężczyzna. — Nie zostanie nic dla przodków.

Lucian dostrzegł przerażenie narastające w oczach Miry.

Rzuciła

się w kierunku wozu, rozpaczliwie przeszukując stos ciał. Pośród

zmarłych było kilka starszych kobiet, ale większość stanowili młodzi

mężczyźni i dzieci. Jej ojca nie było pośród nich. Cofnęła się, jej

twarz była blada.

Starszy mężczyzna wydał z siebie

pełne smutku westchnienie i złapał się za głowę. Mira objęła starca.

Szepnęła mu coś do ucha i po jej słowach zaczął się uspokajać.

Zwróciła się do mieszkańców. — Musimy odnaleźć naszych pobratymców — powiedziała. — Gdzie jeszcze możemy szukać?

Lucian

obserwował dyskusje, które wywiązały się w tłumie. Czyniono wiele

sugestii, ale spotykały się z protestami. Było zbyt wielu zaginionych i

nie dość ocalałych. Mira zamilkła, a na jej twarzy malowała się

desperacja.

Lucian wyszedł naprzód. — Wiem, gdzie możemy znaleźć ich więcej.4

Samotne

wzgórze było ciche w świetle dnia. Szalejąca burza odeszła. Jedynce, co

pozostało, to ciała rozrzucone między drzewami i zaroślami.

Mira

i jej lud rozproszyli się i zaczęli krążyć między zmarłymi. Wkrótce

zaczęli natrafiać na przyjaciół i ukochanych. Młody mężczyzna z kosturem

padł na kolana obok ciała kobiety leżącej twarzą do ziemi, a jego gniew

zamienił się w rozpacz.

Lucian spojrzał na Mirę.

Klęczała nad ciałem starszej kobiety i szeptała jej do ucha. Być może

była to modlitwa. Nie był w stanie stwierdzić.

Spojrzała na Luciana. — Nie ma go tu — powiedziała.

Spojrzał na pole pełne ciał. Poczuł ucisk w piersi. Ona by ich uratowała, a przynajmniej spróbowała. Jej dobroć sprawiała, że była uparta i nigdy nie porzuciłaby potrzebujących.

Mira wstała. — Powinnam zabrać ją do domu — powiedziała.

Lucian

schylił się i delikatnie uniósł staruszkę. W jego ramionach wydawała

się delikatna i krucha. Zaniósł ją do wozu i delikatnie ułożył na

posłaniu z liści rozłożonych na deskach. Przystanął na chwilę. A

następnie poszedł pomóc innym.

Pracowali aż do

popołudnia. Zmarłych było tak wielu, że mogli pospadać z wozu. Lucian i

Mira załadowali ostatnie ciała, a mieszkańcy wioski zabezpieczyli je

linami.

Lucian odsunął się i chwycił za bok,

pulsujący ból promieniował na plecy. Zrobił zbyt wiele. A to wciąż było

za mało. Wyczerpany, usiadł na skraju urwiska i wpatrywał się w morze. W

porannym słońcu cały się spocił.

— Jak twoje żebra?

— W porządku.

Mira usiadła obok niego i podała mu bukłak z wodą.

— Nie zostało dużo — powiedział, ważąc go w ręku.— Tobie przyda się bardziej niż mi.

Odstawił

go na ziemię, wstał i zdjął płaszcz. Bryza znad oceanu ochłodziła jego

skórę. Ponownie usiadł i dopił resztki wody z bukłaka.

Mira

spoglądała na ocean i nie odzywała się przez długi czas. W oddali grupa

żółwi przebiła powierzchnię wody, by zaczerpnąć powietrza, i

zanurkowała ponownie.

— Byłeś tego świadkiem? — zapytała.

— Gdy ich znalazłem, było już po wszystkim.

Mira spojrzała na broń Luciana. — Ale kiedyś to widziałeś?

Lucian przytaknął.

— Jak to…

— Nic, co powiem, nie pomoże ci znaleźć ojca.

Mira przytaknęła i spuściła głowę.

Lucian

obserwował fale rozbijające się o skały w dole, a ich wysokość

zwiększała się z każdym przypływem i odpływem. Poziom wody będzie

niedługo dość wysoki, by mógł wyruszyć. Oddał Mirze bukłak, wstał

ponownie i założył płaszcz.

— Jaka jest najszybsza droga do doków?

Mira

odwróciła się, by wskazać zachodnie zbocze wzgórza i zauważyła

nadciągającą grupę ludzi. Byli ubrani w czarne szaty i przewodził im

kapłan z drewnianą maczugą, do której przywiązany był kawałek obsydianu.

— Zostań tu — powiedziała Mira.

Lucian ruszył za nią, trzymając się kilka kroków z tyłu.

Młodzieniec

z kosturem wyszedł na spotkanie nadchodzącej grupie. Kilku innych

mieszkańców dołączyło do niego i zablokowało drogę.

— Jesteście po wschodniej stronie rzeki — powiedział.

— Przybyliśmy tu, by oświetlić drogę zmarłym — powiedział kapłan.

— To nie nasz zwyczaj — powiedziała Mira, podchodząc do grupy.

Kapłan się roześmiał. — Gdy martwi powstaną, kto będzie z nimi walczył? Ty?

Młody mężczyzna zacisnął ręce na kosturze. — Myślisz, że pozwolę ci spalić moją żonę, prochojadzie? — powiedział, wypluwając słowa.

Na

twarzy kapłana pojawił się wyraz gniewu. Spojrzał na swoich ludzi.

Lucian dostrzegł, że czubki palców mężczyzny delikatnie przebierają po

maczudze. Przygotowywał się do ataku.

Lucian wystąpił naprzód. — Martwi nie powstaną — powiedział. — Jeśli pogrzebiemy ich prawidłowo.

Kapłan skierował wzrok na Luciana, przyglądając mu się uważnie.

Lucian lekko skinął głową. A następnie płynnym ruchem zmienił postawę, rozchylił płaszcz i położył dłoń na rękojeści pistoletu.

Kapłan spojrzał na broń, a następnie w oczy Luciana.

Lucian nie odwrócił wzroku i czekał na pierwszą oznakę. Miał nawet nadzieję, że ją zauważy.

Mira stanęła między nimi z wyciągniętymi rękami.

— Dość — powiedziała. — Nie pogłębiamy panującego smutku.

Zwróciła się do kapłana Naktu i jego ludzi. — Jedna wyspa. Dwa ludy. Zawsze tak było. Chcemy tylko pochować naszych zmarłych zgodnie z naszymi zwyczajami.

Wszyscy spojrzeli na kapłana, którego wzrok wciąż spoczywał na Lucianie, gdy rozważał słowa Miry. Czekali na jego odpowiedź.

— Możecie zabrać swoich zmarłych — rzekł. — Po wschodniej stronie rzeki.

Tłum się uspokoił — z wyjątkiem Luciana i kapłana Naktu. Wciąż na siebie patrzyli, każdy z nich czekał na ruch drugiego.

— Ludzie powinni grzebać zmarłych tak, jak uznają to za stosowne — powiedział Lucian.

— Najpierw musimy ich znaleźć, a nie będziemy mogli tego zrobić, jeśli zaczniecie walczyć — rzekła Mira.

Lucian milczał. Czubki jego palców dotykały brązowej obudowy pistoletu.

Mira delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu. — Proszę, jesteś tu gościem.

Lucian przytaknął. — Zgoda. Wasi zmarli. Wasza decyzja — powiedział, odsuwając ręce od broni. — Na zachód do doków?

— Tak — powiedziała z ciężkim westchnieniem. Wyglądała, jakby chciała coś dodać, ale tylko spuściła głowę.

— Mam nadzieję, że odnajdziesz ojca — powiedział, a następnie odwrócił się i odszedł.5

Doki

mieściły się w osłoniętej zatoczce. Niewielka grupa statków delikatnie

poruszająca się na wodzie. Szkuner Luciana stał na samym końcu, pośród

łodzi wypełnionych nierozładowanymi dostawami oraz siatkami psujących

się ryb.

Idąc po pomoście, usłyszał żuki pożerające

rozkładające się szczątki ryb na trawlerze stojącym obok jego statku.

Była to jego trzecia łódź, wcześniejsze stracił przez brak

doświadczenia. Nauczenie się żeglowania nie było łatwe, ale zdecydowanie

łatwiejsze niż przekonywanie kapitanów statków, by gonili Czarną Mgłę.

Wszedł

na łódź i zajrzał pod pokład, by sprawdzić zapasy. Urządzenie

nawigacyjne spadło z półki, ale poza tym wszystko wydawało się być tak,

jak to zostawił. Odłożył instrument na miejsce i usiadł na koi.

Mapy każdego zakątka świata pokrywały ściany i sufit. Pozaznaczał na nich głębokości wód, pływy morskie oraz cechy dna.

Podążał

śladem Harrowing od miesięcy. Ostatnia wyprawa rozpoczęła się w Raikkon

i zaprowadziła go na południe, do Sudaro. Podążał śladem Czarnej Mgły

przez ocean, ale zgubił ją u brzegu tych przeklętych wysp. Wschodnie

wiatry zaniosły go ku Delcie Węży, gdzie wreszcie udało mu się dogonić

burzę.

Umieścił pinezkę na mapie, oznaczając jedną z

licznych wysp leżących w delcie. Następnie przyczepił do niej kawałek

dratwy i poprowadził ją do znacznika umieszczonego na Wyspach Cienia. Do

tej pinezki było przyczepionych więcej kawałków dratwy, prowadzących na

północ, w kierunku Sudaro w Ionii. Mapy były poznaczone tuzinami

znaczników, które tworzyły gobelin przedstawiający historię ostatnich

kilku lat.

Lucian przyglądał się mapom, próbując

odkryć jakiś wzór, ale jedyne, co widział, to swoje porażki rozproszone

po całym Valoranie. Myślał o wszystkich razach, gdy próbował uratować, i o tym, dlaczego mu się nie udało. Gardło ścisnęło mu się na myśl o Threshu i całym roztrwonionym gniewie.

Krzyki Senny rozbrzmiewały w jego myślach.

Zamknął

oczy i powstrzymywał przytłaczającą rozpacz do momentu, w którym

słyszał już jedynie bicie własnego serca. Zdeterminowany, sięgnął po

mapy i zaczął pracować.

W klepsydrze pozostało

tylko kilka ziarenek piasku, gdy skończył wykreślać kurs i zaczął

przygotowywać się do wypłynięcia. Zajmowało mu to coraz mniej czasu, ale

dokładne pomiary wciąż były trudne do wykonania. Czarna Mgła nie

przejmowała się wiatrem.

Wstał z łóżka i poprawił

opatrunek na żebrach. Wcześniejszy ból zmienił się w tępe ćmienie.

Zadowolony wrócił na pokład i odwiązywać fał od masztu. Kątem oka

wychwycił ruch na brzegu.

Mira przeczesywała plażę.

Zobaczył,

jak podnosi dużą tykwę, potrząsa nią kilka razy i odrzuca na piach.

Zwróciła się w jego stronę i zaczęła obserwować. Tylko skinął głową i

pracował dalej. Po chwili dziewczyna ruszyła w stronę łodzi, podnosząc

po drodze kolejny owoc w łupinie.

— To calasy — powiedziała, rzucając go Lucianowi.

Potrząsnął nim i usłyszał nektar przelewający się w środku.

— Mój ojciec zawsze przywoził je z Venaru. Mogą tu być co najwyżej od wczoraj.

— Gdzie reszta twojego ludu?

Większość udała się do domów, by zająć się zmarłymi — odparła. — Inni

byli w drodze do błotnych jaskiń albo laguny, ale mój ojciec zmierzał

tutaj, gdy nadeszła burza.

— Czy jest tu łódź twojego ojca? — zapytał, zwracając jej owoc.

Potrząsnęła

głową i spojrzała w kierunku wody. Kilka odwróconych do góry dnem łodzi

i zanurzonych masztów było niczym znaczniki w płytkich wodach zatoki.

— Może twój ojciec nigdy nie dotarł do brzegu.

Mira spoglądała na calas trzymany w dłoni. — Znaleźliśmy kapitan innego statku wyrzuconą na brzeg. Jej statku nie widzieliśmy.

Lucian

spojrzał na linię brzegową. Przypływu nie będzie przez kilka godzin.

Szybko zrobił kilka pętli i na powrót zabezpieczył fał.

— Pokaż — powiedział.

Mira

poprowadziła go wzdłuż brzegu. Podążali wzdłuż wijącej się zatoki,

omijając kamienistą mieliznę i zatrzymali się w pobliżu rafy koralowej.

— Tu ją znaleźliśmy.

Lucian

przyjrzał się piaskowi, ale znalazł tylko kawałki muszelek i koralu.

Spojrzał na wodę w poszukiwaniu wraku. Tafla wody była spokojna aż po

horyzont.

— Płynął z Venaru?

— Oboje płynęli, handlowali tam na targu.

Burza nadeszła ze wschodu. To może wyjaśniać, dlaczego trafiła tutaj —

powiedział Lucian. — Czy twój ojciec zazwyczaj zawijał do portu przed

czy po tamtej kapitan?

— Po — powiedziała, a w jej oczach rozbłysło zrozumienie.

Spojrzała na ocean, wzięła głęboki oddech i jej ciałem wstrząsnął dreszcz.

— Byłby tam całkiem sam — powiedziała.

Pochyliła głowę i stała tak przed dłuższy czas, wpatrując się w wodę obmywającą jej stopy.

— A co, jeśli wyrzuciło go na brzeg? — zapytała.

Mira

uniosła głowę i spojrzała na zachód. Linia brzegowa ciągnęła się przez

jakiś czas, po czym znikała za łukiem wyspy. Odpowiedź na jej pytanie

leży głęboko na terytorium Naktu.6

Udali

się na zachód, poza porośnięte trawami wydmy i olbrzymie skalne łuki,

wyrzeźbione przez morską wodę i czas. Wkrótce linia brzegowa stała się

kamienista i niemożliwa do pokonania, zmuszając ich do wspięcia się na

wulkaniczne zbocze i podążania krawędzią grzbietu wznoszącego się nad

oceanem. Daleko na południu z wody wyłaniał się kamienny monolit — Filar

Smutku, najwyższy punkt wyspy Venaru.

Mira

przebiegła wzrokiem wzdłuż linii brzegowej, szukając łodzi ojca.

Wskazała grupę martwych lwów morskich na skałach poniżej. Mewy

przemykały na wszystkie strony, podjadając napuchnięte zwłoki. Lucian

przytaknął i ruszył dalej bez słowa.

Para zeszła z

grzbietu i wkroczyła do jaru. Rzeka przecinała wąską dolinę i wpadała do

morza. Stanowiła naturalną granicę między dwoma ludami zamieszkującymi

wyspę.

Mira przekroczyła rzekę bez słowa.

Wspięli

się na kolejne wzgórze. Mira z łatwością pokonała zbocze, przedzierając

się przez gęste zarośla, podczas gdy Lucian coraz bardziej pozostawał w

tyle. Z każdym jego krokiem tępy ból w żebrach rozchodził się po całym

ciele. Bandaże poluzowały się, zmuszając go do zatrzymania się w połowie

drogi. Zacisnął opatrunek i skrzywił się przez narastający ból. Jego

oddech stał się głęboki i chrapliwy.

Zobaczył, jak

Mira dociera na szczyt. Osłoniła oczy przed słońcem i spojrzała wzdłuż

wybrzeża. W pewnym momencie zamarła. Przyłożyła rękę do ust i cofnęła

się o krok.

Lucian wspiął się po sypkim żwirze,

wykorzystując grube gałęzie i pnącza do pomocy. Dotarł na szczyt, stanął

obok Miry i wyjrzał za krawędź. Złamany maszt leżał pośród skał

poniżej. Resztki jego żagla łopotały na wietrze.

Spojrzał

dalej, poza szczątki łodzi, i jego wzrok podążał w ślad za pokręconą

linią brzegową ku piaszczystej łasze, potem na grupę niewielkich

wysepek, aż spoczął na odległych wysokich skałach. Grupa mew krążyła nad

brzegiem.7

Ciało

leżało rozciągnięte na wulkanicznym kamieniu. Fale z łomotem rozbijały

się o postrzępiony brzeg, grożąc, że wkrótce je pochłoną. Niebezpieczne

zejście po prawie pionowym zboczu było ich jedyną nadzieją.

— Wkrótce nadejdzie przypływ — powiedział.

Mira nie odpowiedziała. Po prostu patrzyła się na ojca.

Lucian dotknął jej ramienia. — Mira — powiedział.

Wzdrygnęła się. Mrugała, jakby dopiero co się przebudziła.

— Pnącza tola — powiedziała. — Możemy upleść z nich linę oraz nosze.

Przyglądał się, jak odchodzi, po raz pierwszy rozumiejąc głębię jej przekonania. Lucian wziął głęboki oddech i ruszył za nią.

Wśród

zarośli porastających szczyt wzgórza nazbierali odpowiednią ilość

grubych pnączy. Lucian splótł linę, a zwinne ręce Miry stworzyły nosze,

do których można było przytwierdzić ciało.

Lucian obwiązał pobliskie drzewo i sprawdził wytrzymałość liny. Trzymała mocno. Zadowolony zrzucił linę i nosze z krawędzi.

— Zejdę na dół — powiedział.

— Ja powinnam to zrobić. Wspinam się od lat.

— Wiem, jak się wspinać.

— Miałeś problemy, żeby nadążyć.

— Nic mi nie będzie.

Zdenerwowana potrząsnęła głową. Jej uszy i policzki poczerwieniały.

— Jest za ciężki — powiedziała. — Poradzę sobie z noszami. Będę je trzymać z dala od skał. Ale ty musisz go wciągnąć.

Lucian

spojrzał w dół na ciało. Szerokie ramiona i grube kończyny dzięki latom

walki z morzem. Dziewięćdziesiąt pięć kilo. Przytaknął i podał jej

linę.

Podeszła do brzegu urwiska i powoli cofnęła

się na sam skraj. Po sprawdzeniu liny po raz ostatni stanęła na

krawędzi. Spojrzała przez ramię, wzięła oddech na uspokojenie się i

zeszła w dół.

Lucian z niepokojem przyglądał się,

jak Mira szybko opuszcza się po linie, dopóki nie znalazła podparcia dla

stóp. Wzięła kilka głębokich oddechów, ponownie spojrzała przez ramię,

znalazła kolejne miejsce docelowe i powtórzyła cały proces.

Robiła

to raz po raz, aż dotarła do szerokiej półki skalnej w jednej trzeciej

drogi na dół. Zerwał się wiatr, przynoszący rześkie powietrze znad

oceanu. Mira wyciągnęła ręce i potrząsnęła nimi, by je rozluźnić.

Spojrzała w górę na Luciana i zasygnalizowała, że wszystko w porządku.

Wypoczęta

chwyciła za linę i rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnej półki. Po

chwili znów spojrzała w górę i potrząsnęła głową. W dole nie było

żadnych bezpiecznych uchwytów.

— Mogę wciągnąć cię na górę.

— Jeszcze nie.

Mira

spojrzała na skałę po prawej stronie. Wskazała wąską półkę kilka metrów

dalej. Dotarcie do niej wymagałoby ruchu na bok. Lucian przytaknął, a

następnie spojrzał na znajdującą się poniżej płyciznę i poszarpane

skały.

Jego żołądek zacisnął się, gdy owinęła linę

wokół przedramienia. Następnie, bez chwili wahania, wzięła rozpęd i

skoczyła z krawędzi.

Mira przesadziła przepaść i

spadła na kamienną półkę. Ziemia i skała skruszyły się pod jej stopami.

Przechyliła się w jedną stronę, zachwiała na krawędzi i spadła.

Lucian

patrzył, jak Mira ześlizguje się po linie, kopiąc w poszukiwaniu

chwytu. Stopa zagłębiła się w luźnej ziemi, obracając ją głową w dół.

Jej ręce zaplątały się w pnącza, gwałtownie powstrzymując upadek. Zawyła

z bólu.

Lina rozwiązała się i odbijając się od skał, dziewczyna spadła do wody.

Lucian poderwał się i złapał linę. Panicznie poszukiwał drogi na dół, gdy Mira wynurzyła się na powierzchnię.

Walczyła

z falami, kopiąc i chwytając się postrzępionego brzegu. Wyczerpana

opadła na skały. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała szybko.

— Schodzę!

Mira uniosła dygocącą rękę i machnęła, nakazując mu pozostanie na miejscu.

Po

jakimś czasie jej oddech się uspokoił i usiadła. Długo przyglądała się

ciału ojca. Sięgnęła ku niemu ręką. Delikatnie pogładziła po włosach.

Potem obróciła je, położyła głowę na piersi ojca i zapłakała.

Lucian

odwrócił wzrok, zanurzając się we własnych wspomnieniach, wiedząc, że

ona może pozostać w nich na zawsze, uwięziona przez rozpacz.

Po

jakimś czasie wstała i sięgnęła po nosze. Zobaczył, jak odpycha

przytłaczający smutek i staje się posłuszną córką. Był to jedyny sposób

na przygotowanie się na nieodwracalność śmierci. Delikatnie przekręciła

ciało na bok, wsunęła pod nie splecione z pnączy nosze i umieściła na

nich ciało. Po upewnieniu się, że jest odpowiednio zabezpieczone, dała

sygnał do podnoszenia.

Lucian złapał linę i

pociągnął, unosząc ciało, podczas gdy Mira wspinała się obok, kierując

noszami i zapobiegając uderzaniu o skały. Nie minęło wiele czasu, nim

zalał się potem, a ćmienie w boku zaczęło się nasilać.

Ból

pogarszał się z każdym pociągnięciem liny. Rozprzestrzeniał się po jego

boku, aż w końcu ręce drżały, a lina zaczęła się wyślizgiwać. Ścisnął

plecione pnącze i owinął je wokół suchego pnia.

— Wszystko w porządku?

— Tak… Daj mi chwilę — powiedział, próbując złapać oddech.

Ból

złagodniał. Wyjrzał za krawędź. Nosze wisiały w połowie wysokości

zbocza. Mira czekała w pobliżu, stojąc w rozkroku na parze drobnych

występów skalnych.

Lucian odwiązał linę i zaczął

wciągać ją niespiesznie, zbierając siły po każdym pociągnięciu.

Poprawiał chwyt na linie i ciągnął ponownie. Wpadł w rytm niczym

wioślarz i powoli zbliżał się do celu.

Poczuł ostry ból w żebrach i wypuścił linę.

Mira krzyknęła z dołu.

Lucian

z trudem wciągał powietrze, gdy lina przesuwała mu się w dłoniach.

Ścisnął chropowate pnącze, raniąc ciało głęboko, ale w końcu zacieśnił

chwyt. Wiszący na linie ciężar pociągnął go kilka metrów w stronę

krawędzi.

Zaparł się stopami, ryjąc w ziemi dwie

bruzdy, gdy jego buty zanurzyły się w miękkiej ziemi, i po chwili się

zatrzymał. Ręce zadrżały pod ciężarem. Pociągnął tak mocno, że stawy w

ramionach prawie wyskoczyły z panewek. Jednakże nosze nie chciały się

ruszyć.

Ból w żebrach ponownie się nasilił,

prowadząc do kolejnego spazmu. Zacisnął dłonie na pnączach i rozejrzał

się na boki w poszukiwaniu czegokolwiek, na czym mógłby zawiązać linę.

Nie było tam niczego poza nim.

Spojrzał na morze,

podczas gdy jego dłonie zaczął łapać skurcz. Jego ukochana była

uwięziona gdzieś za horyzontem. Gdyby tu zginął, nie dotrzymałby

obietnicy. Cena była zbyt wysoka.

Lucian potrząsnął głową i poluzował chwyt. Lina wysunęła się odrobinę.

Gdy tylko to zrobił, poczuł ucisk w klatce piersiowej. Ona

nigdy nie puściłaby liny, w swym uporze pozostałaby wierna młodej

kobiecie znajdującej się na dole. Szczególnie po tym, jak ta ryzykowała,

by odnaleźć ojca.

Zdesperowany i wyczerpany,

Lucian owinął linę wokół przedramion, i wówczas dłonie nie wytrzymały,

zwalniając chwyt. Lina zacisnęła się niczym sidła na nodze królika i

pociągnęła go do przodu. Ponownie zaparł się stopami, ale nadaremnie.

Waga zmarłego ciągnęła go w stronę krawędzi.

Zakrwawiona

dłoń wychyliła się z dołu i chwyciła skraj skały. Chwilę później Mira

podciągnęła się, przeturlała obok Luciana i chwyciła linę. Wspólnie

wciągnęli ciało na górę.8

Wkrótce

po zmroku dojrzeli ognie. Lucian i Mira ciągnęli nosze w dół grzbietu,

obserwując, jak liczne ognie rozpalały się w dolinie poniżej.

Zatrzymali

się pod drzewem banian, by odpocząć. Lucian usiadł i zbadał stłuczone

żebra, poprawiając niedawno założone bandaże. Mira wpatrywała się w

płomienie. Odetchnęła z drżeniem i wytarła kąciki oczu.

— Twoje ręce — rzekł Lucian.

Spojrzała na swoje zabandażowane dłonie. Plama szkarłatu zbroczyła opatrunek.

— Nic im nie jest.

— Znowu krwawią. Niech no spojrzę.

Wyciągnęła

ręce, a Lucian ostrożnie odwinął bandaże. Poparzenia od liny były

śliskie od krwi. Lucian naprężył się, przepełniony nienawiścią do całego

cierpienia, jakie spotkało Mirę i jej lud.

Otworzył

manierkę i przemył strzępki skóry w miejscach, w których pękały

pęcherze. Następnie odciął świeży kawałek tkaniny i ponownie

zabandażował rany.

— Palą ciało i ducha. Nie zostaje nic — powiedziała, nieruchomymi oczami przyglądając się oddalonym ogniom.

Lucian nie rozumiał ich wierzeń, ale rozumiał obietnice dane zmarłym.

— Musimy ruszać — powiedział.

Złapali

po kawałku liny i przerzucili przez ramiona. Pociągnęli razem,

wprawiając ciężkie nosze w ruch, i ruszyli w dalszą drogę. Żwir zgrzytał

im pod stopami, gdy wędrowali po wzgórzu.

Usłyszeli śpiewy, zanim dotarli do grani.

Lucian

nakazał Mirze trzymać się nisko i poprowadził ją ku zaroślom. Gęstwina

zapewniła im osłonę, gdy obserwowali dolinę. Dostrzegli grupę Naktu

zebranych w pobliżu rzeki.

Stali skryci w cieniu

drzew, ale Lucian rozpoznał kapłana. Mężczyzna uniósł ciężką maczugę i

obsydian zaczął pulsować w barwach jasnej czerwieni. Lekki blask ujawnił

ciało leżące w trawie przy brzegu. Nagle stanęło w płomieniach.

Śpiew

Naktu stawał się coraz głośniejszy, gdy ogień płonął coraz jaśniej.

Kapłan opuścił kostur i światło wydobywające się z kamienia zgasło.

Grupa ucichła.

Lucian dobył broni.

— Co ty wyprawiasz? — zapytała Mira.

— Położę temu kres.

Potrząsnęła głową. — To już się dokonało.

Spojrzał za nią i ruszył w ich stronę. Mira złapała go za ramię.

— Dlaczego? — zapytała z błaganiem w oczach. — Nawet jeśli zabijesz ich wszystkich, te zwłoki nadal będą spalone na popiół.

Naktu ruszyli wzdłuż rzeki i zgromadzili się przy następnym ciele.

— Są po wschodniej stronie rzeki — powiedział.

— Wiem, gdzie są! — powiedziała, podnosząc głos. Cofnęła się, wyrzucając ręce w górę. — Myślisz, że chcę to tak zostawić? To mój lud!

Spojrzała na nosze, na których spoczywał jej ojciec. Łzy napłynęły jej do oczu.

— Ale… nie mogę… — powiedziała drżącym głosem. — Muszę sprowadzić ojca do domu. Tylko on się liczy. Ani Naktu, ani to, co zrobili. Tylko on.

Mira

nie czekała na odpowiedź. Schyliła się, chwyciła liny przyczepione do

noszy i przerzuciła je sobie przez ramiona. Pochyliła się do przodu i

zmierzyła się z wagą ciała, próbując ruszyć nosze. W końcu poruszyły się

po żwirze i dziewczyna sama zaczęła powoli je ciągnąć.

Naktu zaczęli śpiewać na nowo.

Lucian

spojrzał na mężczyzn, gdy zbierali się przy kolejnym ciele. Kapłan

uniósł kostur i rozpalił stos. Wściekłość wypełniła ciało Luciana, ale

słowa Miry głośno rozbrzmiewały w jego myślach. Gniew powoli go opuścił.

Jedyne, co pozostało, to pełna smutku rezygnacja. Schował broń i

dołączył do Miry.9

Minęła

północ, gdy Lucian i Mira dotarli do wioski. Stłumione szepty i długie

spojrzenia towarzyszyły im, gdy dotarli do pustego domu. Wyczerpani

odrzucili liny i usiedli przed drzwiami. Światło paliło się w kilku

pobliskich domach, ale większość pozostała ciemna i cicha.

— Zabierzmy go do środka — rzekła Mira.

Oczyścili

pokój i położyli ciało na łożu z liści. Mira nalała wody do garnka,

umieściła go nad paleniskiem i rozpaliła ogień. Ciepło rozeszło się po

pokoju.

Mira usiadła na podłodze obok ojca.

— To Lucian, tato — powiedziała. — Pomógł mi sprowadzić cię do domu.

Żołądek Luciana zacisnął się na te słowa. Zawiódł na wzgórzu. Tylko determinacja Miry sprawiła, że osiągnęli cel.

Delikatnie

rozpięła guziki koszuli ojca i rozchyliła postrzępioną i znoszoną

tkaninę. Zalała się łzami. Na ramionach i klatce piersiowej miał

poczerniałe rany. Drżącą dłonią sięgnęła, by zdjąć resztę ubrań.

Jednakże w ostatniej chwili zatrzymała się, a jej załzawione oczy były

nieobecne.

— Mogę…? — zapytał Lucian.

— Proszę — wyszeptała.

Przytaknął

głową i spojrzał na ciało. Ostatnie chwile życia mężczyzny zostały

wyryte na jego ciele. Przedstawiały niewypowiedziane koszmary i pełen

agonii koniec.

Fala wspomnień powróciła i groziła

pogrążeniem go w smutku. Odsunął te myśli i skupił się na skromnym

ukojeniu, które mógł zapewnić.

Lucian ściągnął buty

mężczyzny i odwiązał rzemyki spodni. Próbował je zsunąć, ale morska

woda skurczyła skórę. Wyciągnął sztylet z wewnętrznej części płaszcza.

Mira skinęła głową. Rozciął nogawki i zdjął postrzępione ubranie.

Mira zdjęła garnek z paleniska i dodała olejek kamforowy do wody. Słodki zapach unosił się wraz z parą.

Umyli

ciało za pomocą lnianych szmatek, delikatnie zdrapując ziemię, sól i

wszystkie zanieczyszczenia typowe dla zmarłych. Mira trzymała rękę ojca,

starannie pozbywając się brudu zagnieżdżonego pod paznokciami. Gdy

skończyli, delikatnie przytuliła ojca z oczami pełnymi miłości i smutku.

Mira

wstała i udała się do drugiego pokoju. Wróciła trzymając srebrną spinkę

ozdobioną agatami i koralem. Umieściła ją w dłoniach ojca i skrzyżowała

je na jego piersi.

— Należała do mojej matki. Dała mu ją w dniu ślubu.

Lucian spojrzał na broń w lewej kaburze. Jej pistolet wykonany z brązu, bardziej elegancki i misternie zdobiony niż jego własny.

Zmarła, nim nadeszło moje pierwsze lato — powiedziała. — Bał się, że

minęło zbyt dużo czasu. Że za bardzo się zestarzał i ona go nie pozna,

gdy nadejdzie jego czas.

Mira zadrżała i

melancholijny śmiech wydobył się z jej ust. — Zawsze uważałam to za

głupie — powiedziała to z uśmiechem widocznym w oczach. — Oczywiście, że

by go poznała i sprowadziła do domu.

Lucian

pomyślał o niezliczonych duszach, uwięzionych przez Czarną Mgłę. Jej

ojciec najprawdopodobniej do nich dołączył, dręczony i cierpiący. Nie

miał serca wyznać jej prawdy.

— Ty w to wierzyłaś. To najważniejsze — powiedział.

Mira milczała przez długi czas, zanim zdecydowała się odezwać.

— Dlatego właśnie gonisz za mgłą? By dotrzymać obietnicy?

Obrócił się i odchylił do tyłu. — Odebrała mi wszystko.

— Więc pragniesz zemsty?

Lucian spoglądał w ogień. — Podchodzisz do tego inaczej, gdy to zobaczysz… — powiedział.

Mira spojrzała na ojca.

Zapadła cisza, gdy oboje pogrążyli się w myślach. Ogień strzelił w palenisku i przerwał spokój. Mira odezwała się pierwsza.

Nie było mnie tam… Nie wiem, jak wyglądało to w jego przypadku… w

przypadku ich wszystkich — powiedziała drżącym, łagodnym głosem. — Ale

zemsta nie sprowadzi ich z powrotem.

Otarła kąciki oczu i ponownie spojrzała na ojca.

Lucian przeniósł wzrok na swoje dłonie. Spoczywały na pistoletach, czubki palców pocierały kuty brąz.

Myślał o wszystkich razach, gdy próbował

uratować, i o wszystkich przyczynach porażki. Przez te wszystkie lata

uważał, że jest ponad zemstą, ale słowa ciągle gnieździły się w jego

głowie.

Śmiech Thresha rozbrzmiewał w jego myślach, zagłuszając wszystko… nawet jej głos.

Zamknął oczy i po cichu zaczął powtarzać mantry, których nauczył się dawno temu. *—

Pozbądź się tego, co niepotrzebne. Zachowaj tylko to, co niezbędne…

Pozbądź się tego, co niepotrzebne. Zachowaj tylko to, co niezbędne…*

Jednakże

rytuał nie zdołał uciszyć śmiechu ani uspokoić jego rąk. Ściskał

pistolety tak mocno, że rozbolały go palce i słyszał tylko bicie

własnego serca.

Wspomnienia powróciły. Od chwili, gdy stracił

tak wiele lat temu, aż do ostatniej nieudanej próby. Zalały jego myśli

jasnymi błyskami i ogłuszającym rykiem. Jego serce biło jak oszalałe.

Próbował złapać oddech, gdy ponownie doświadczał każdego wykręcającego

wnętrzności krzyku… każdego sadystycznego śmiechu… i każdego

przepełnionego szałem ataku. Poszukiwana przez niego odpowiedź wreszcie

zawitała do jego umysłu.

Poczuł ucisk w piersi, gdy dojrzał prawdę. Gniew był tym, co pozwalało mu o niej

pamiętać. Utrzymywał wspomnienie żywe, bez pogrążania go w bezdennej

rozpaczy. Porzucenie gniewu oznaczało niewierność. A mimo to właśnie

gniew uniemożliwiał mu pogrzebanie ukochanej. Obiecał, że zapewni jej

spokój, ale jedyne, co robił, to powiększał jej cierpienie.

Sprawiał jej zawód od dnia, w którym zginęła.10

Lucian

oglądał pogrzeb z pokładu statku. Mira i jej lud wieźli swoich bliskich

na wózkach z rzeźbionych skorup żółwi. Ciała były ciasno owinięte

białym płótnem. Pochowano ich o świcie w głębokim wspólnym grobie na

piaszczystej plaży.

— Zostaną odrodzeni i powrócą do morza, gdzie przodkowie zaprowadzą ich do domu — powiedziała Mira.

Lucian

przygotował się do wypłynięcia. Odwiązał fał i pociągnął za linę,

podnosząc grot. Materiał wciągnął się po maszcie i rozwinął na wietrze.

Zabezpieczał linę, gdy zobaczył zbliżającą się Mirę. Pomachał do niej.

— Dobra ceremonia — powiedział.

— Dziękuję — odparła. — Za wszystko.

Lucian przytaknął i spojrzał w morze. Powierzchnia wody była spokojna aż po horyzont.

— Dalej gonisz Mgłę? — zapytała.

Potrząsnął głową. — Pogrzebię swoich zmarłych.

Mira uśmiechnęła się lekko. — Może gdy skończysz, wróć tutaj. Znajdzie się dla ciebie miejsce.

— Być może — odparł, choć nie podejrzewał, by miało się to stać.

Lucian

przyglądał się, jak odchodzi w stronę brzegu. Zatrzymała się, by

podnieść dojrzałą tykwę, potrząsnęła nią kilka razy i ruszyła dalej z

owocem w ręku. Gdy dotarła do drzew i ścieżki prowadzącej do wioski,

odwróciła się i pomachała.

Lucian również pomachał, wiedząc, że nigdy nie powróci.

Wyspy

Cienia będą ostatnim przystankiem w jego podróży. Nie będzie

potrzebował już więcej pinezek i dratwy. Pozbędzie się gniewu i dotrzyma

obietnicy. Najważniejsze było, by spoczęła w pokoju. W głębi serca

wiedział, że będzie to jego ostatni czyn. Miał nadzieję, że usłyszy jej

głos po raz ostatni.

Gdyby miał wystarczająco dużo szczęścia, to czekałaby na niego, by zaprowadzić go do domu.Przeglądaj

Twoja reakcja na nasz wpis:

  • * - [* - [*Nawet*0)
  • *Słodkie!*0)
  • *AHA*0)
  • *OMG!*0)
  • *WTF*0)
  • *Słabe*0)
  • Źródła i odniesienia

    Ładowanie komentarzy...

    Powiązane historie