Valoran po kilku tysiącleciach został ponownie zaatakowany przez Przedwiecznych.
Przedwieczni są Bogami, którzy chcą rządzić krainą według własnych zasad. Nie przejmują się oni, jak to określają, “koniecznym rozlewem krwi”, bowiem wizja ich świata znacznie różni się od panujących tu norm. Losy całego Valoranu spoczywają w rękach jednego z najpotężniejszych magów. Najpierw jednak musi on odkryć w sobie siłę, która pomoże mu na wybranej ścieżce.
Spis treści:
Dziewięciu Przedwiecznych #1 – Prolog – “Przebudzenie”
Dziewięciu Przedwiecznych #2 – Rozdział I – “Zapomniana Wyspa”
Dziewięciu Przedwiecznych #3 – Rozdział II – “Miasto spod gór”
Dziewięciu Przedwiecznych #4 – Rozdział III – “Dziedzic Miriadonów”
Dziewięciu Przedwiecznych #5 – Rozdział IV – “Ogień i czas”
Dziewięciu Przedwiecznych #6 – Rozdział V – “Wizja”
Dziewięciu Przedwiecznych #7 – Rozdział VI – “Pojedynek”
Dziewięciu Przedwiecznych #8 – Rozdział VII – “Świat Snów”
Dziewięciu Przedwiecznych #9 – Podrozdział I – “Król pod królem”
Dziewięciu Przedwiecznych #10 – Rozdział VIII (Część 1) – “Podwójna tożsamość”
Dziewięciu Przedwiecznych #11 – Rozdział VIII (Część 2) – “Podwójna tożsamość”
Ralion szedł przed siebie przez niesamowitą polanę. Była tak piękna, że nie mógł nacieszyć wzroku. Porastały ją tęczowe trawy, które miały najróżniejsze kolory. Od jasno
zielonych do krwisto-czerwonych. Nie pamiętał właściwie, jak się tu znalazł. Przypominał sobie jedynie, że ostatnio był ze swoim mistrzem w jakimś budynku, gdzie starali się dowiedzieć, nad czym panuje młody mag. Właśnie! Nie pamiętał, czy się dowiedzieli, czy nie. Spojrzał na rękę, na której powinien być napis, lecz nie dostrzegł go. Coś innego jednak przykuło jego wzrok. Przystanął na chwilę i zaczął liczyć palce u rąk.
– Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Jeden, dwa… Sześć?! – W rzeczy samej! W jego prawej ręce było sześć palców, a w prawej za to – cztery?
Młody mężczyzna zaczął intensywnie myśleć, ale przychodziło mu to z trudem. Wreszcie pogodził się ze swoim defektem i poszedł dalej. Przemieszczał się przez ubitą ścieżkę pośród traw, zmierzając do lasu, który widział z oddali. W pewnym momencie jednak postanowił skręcić, gdyż z oddali usłyszał jakby szum morza. Dobiegał ze wschodu. Skręcił w prawo i powoli maszerował przed siebie. Po drodze mijał najróżniejsze dziwactwa, takie jak lisa s głową słonia, dom bez drzwi i okien, czy dziury w ziemi, przez które było widać niebo. Ciekawe…
Nagle ni stąd, ni zowąd wyrosła przed nim góra. Zdawało się, że morze było coraz bliżej, tak więc bez wahania zaczął się na nią wdrapywać. Po krótkiej wspinaczce dotarł na sam szczyt, gdzie przystanął zadowolony i spojrzał w dal, przed siebie. Zauważył morze, które rozlewało się po całym horyzoncie. Jedyną rzeczą, która przeszkadzała we wsłuchiwaniu się w szum, były stęki jakiegoś starszego mężczyzny. Ralion spojrzał w prawo i ujrzał ogromne, fioletowe drzewo, zdaje się, był to dąb, pod którym wił się jakiś starzec. Zaczął jak najszybciej biec w jego kierunku, gdyż myślał, że potrzebuje pomocy, ale gdy do niego dotarł, człowiek już spał. To było bardzo dziwne. Wyglądał, jakby był pogrążony we śnie przez co najmniej kilka dni. Ralion zaczął się rozglądać.

– Witaj, młodzieńcze – usłyszał w tym samym momencie. – Kim jesteś?
– Ale… Przecież przed chwilą spałeś! – wykrzyknął zdezorientowany.
– Ja? Nie mógłbym zmrużyć oczu w takim stanie. Ten ból jest nie do zniesienia!
– Nie rozumiem… Najpierw wijesz się pod drzewem jak jakiś wąż, potem nagle zasypiasz, a teraz nie śpisz. O co tu chodzi? – spuścił głowę.
– Ach! Jest bardzo proste wyjaśnienie tego, co się tu dzieje – zawiesił głos dla lepszego efektu. Spojrzał na chłopca, uśmiechnął się od ucha do ucha i kontynuował. – Nie zdarzyło się nic dziwnego podczas twojej wędrówki tutaj? Wszystko było, jakby to ująć, normalne? Patrząc na twoje dłonie, wydaje mi się, że jednak nie – mrugnął do Raliona, który po raz kolejny zaczął liczyć swoje palce. – Jeżeli to jest jeszcze mało spójrz w stronę z której przyszedłeś.
Początkujący czarodziej rozejrzał się i zauważył, że góry, po której wspinał się, by tu dotrzeć, nie było. Zniknęła, jakby była zaczarowana. Teraz była tam tylko ogromna polana, która wyglądała zupełnie tak samo, jak ta, po której maszerował na samym początku.
– Jak to możliwe? – zapytał starca.
– Otóż jak już mówiłem, to proste! Znajdujemy się w Regnum Somno, czyli mówiąc po ludzku Królestwie Snu. Równoległej krainie, w której dzieją się bardzo dziwne rzeczy, ale nigdy przypadkiem.
– Nigdy o czymś takim nie słyszałem – wtrącił młody mężczyzna, cały czas wypatrując zmian w krajobrazie. – Jak się tu znalazłem?
– Do Krainy Snów trafiają ludzie, oczywiście nie wszyscy, to zależy od losu, którzy śpią minimum dwa dni. Wydaje mi się, że świat chciał, byśmy się ponownie spotkali. Może jesteś jedynym, kto potrafi mi pomóc – ruchem głowy wskazał swoje połamane ciało. – Jestem w okropnym stanie i nie mogę wstać. Ledwo się ruszam, a jedyną osobą, która może mi pomóc, jesteś ty. Skoro spotkaliśmy się tutaj, musi to oznaczać, że znajduję się niedaleko twojego realnego miejsca położenia. Nadążasz? – spojrzał w kierunku chłopca, ale nie doczekał się odpowiedzi. – Miejsce, w którym mnie znajdziesz, wygląda identycznie jak te. Przy brzegu morza, koło wielkiego, fioletowego drzewa. Wierzę, że Ci się uda. A teraz odejdź, zbudź się i szukaj. Szukaj, dopóki mnie nie znajdziesz – wyciągnął przed siebie rękę. – Bor’na vilterii!
Ralion poczuł ukłucie w czaszce i stracił przytomność. O ile można to tak nazwać, bo w rzeczywistości cały czas spał.




