W najbliższych dniach zostaną opublikowane kolejne prace z konkursu:
- Dead Cells (julien126) – KLIK
- Portal 2 (AUK) –
- Amaterasu (Furi) – środa, godz. 14:00
Rozejrzałam się po korytarzu. W takich momentach jak ten, moim jedynym zajęciem było słuchanie własnych kroków, które – uderzając o nienagannie czyste, czarne kafelki – odbijały się echem po całym pomieszczeniu.
Z ogromną ulgą upuściłam błyszczący sześcian. Jego ciężar upadł na znajdujący się pode mną przycisk. Usłyszałam znajomy brzęczyk, a stalowe drzwi nieopodal mnie błyskawicznie się rozsunęły.
Jak zwykle przywitała mnie niewielka kamera umieszczona na zaraz nad samym wejściem. Zdążyłam już przyzwyczaić się do ich obecności. Posłałam w jej stronę niezwykle chłodne spojrzenie. Ta natomiast, zupełnie niezrażona, wciąż za mną podążała. Nigdy się nie obrażają. Można by powiedzieć, że tylko one dotrzymują mi tu towarzystwa.
Do czasu. W najdalszym zakątku wąskiego przejścia zobaczyłam spadającą, różową kostkę. Z lekkością odbiła się kilka razy od podłoża, aby w końcu bezsilnie się na nim położyć.
Niechętnie na nią spojrzałam. Wizja dalszego dźwigania ze sobą niepotrzebnego ciężaru nie była dla mnie niczym przyjemnym.
Gdy ją już chwyciłam, poczułam, jak delikatnie zabrzęczała. Widocznie brakowało jej czułości. Gotowa na przygodę, maleńka?
Pewnie wkroczyłam z nią na następny poziom. Oślepiająca biel uderzyła mnie z niemal każdej strony. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się już do tak jaskrawego światła, zaczęłam się rozglądać. Pokój był gigantyczny, a na jego środku górował olbrzymich rozmiarów słup. Otoczony jasnymi lampami i śnieżnobiałymi ścianami.
Błyskawicznie zorientowałam się, że muszę dostać się na jego szczyt. Chociaż każdy test ma zupełnie inny szereg sposobów na zamordowanie cię, procedury zawsze pozostają takie same.
Upuściłam towarzyszącą mi kostkę, aby chwycić za lekko ubrudzone działko, które od samego początku kołysało się na moim wyćwiczonym ramieniu. Targanie tego cholerstwa widocznie przynosi efekty.
Z precyzją chirurga wycelowałam w niesamowicie odległą mi ścianę. Oddałam strzał i powtórzyłam tę czynność na murze zaraz na przeciw mnie. Ostrożnie wyjrzałam zza niebieskich ram, które utworzyły się przede mną. Do celu dzieliło mnie kilka metrów. Nigdy wcześniej nie wykonywałam tak długich skoków. Z drugiej strony, nigdy też nie dźwiagałam ważących kilkanaście dobrych kilogramów sześcianów i nie korzystałam z jednego z najdroższych wynalazków naukowych.
Cofnęłam się, po czym wzięłam ogromny rozbieg i rzuciłam się w stronę wytworzonego portalu.
Poczułam, jak zamiast pewnego gruntu, pod moimi nogami znalazło się kilkadziesiąt metrów… niczego. To chyba właśnie ta rzecz sprawiła, że moje ciało chciało automatycznie wycofać się z tej sytuacji i nie pozwoliło sobie na tak długi lot. Starając się zachować zimną krew, chwyciłam się krawędzi słupa, w którą z całym impetem uderzyło przed chwilą moje ciało. Wystarczy… tylko… się podciągnąć…
Dodatkowe obciążenie pod ręką i tępy ból w klatce piersiowej, która przed chwilą zderzyła się z twardą ścianą, nie pozwalały mi na wykrzesanie z siebie dodatkowej porcji energii. Tracąc już oddech i wszelkie siły, zaczęłam spadać w dół.
Mając tak szybko zbliżającą się do ciebie podłogę i tylko kilka sekund, aby nie rozplaskać się na niej niczym melon, nie masz za dużo czasu na myślenie. Nie mam więc pojęcia, czy to prawdziwa umiejętnosć radzenia sobie w stresujących sytuacjach, czy też paniczna próba uratowania swojego żywota, tak jak robią to wszystkie laboratoryjne szczury, ale intuicyjnie chwyciłam za swoje działko i wystrzeliłam niebieskim portalem w miejsce, w którym w innym wypadku leżałyby moje szczątki. Z niesamowitą prędkością wpadłam do niego, wypadając pomarańczową stroną prosto na sam szczyt słupa.
Próbując się zatrzymać, aby nie prześlizgnąć się na drugą stronę przepaści, zaparłam się mocno przedramionami. I chociaż bardzo skutecznie udało mi się to zrobić, poczułam, jak moja skóra wręcz pali się żywcem. Gdy byłam już zupełnie bezpieczna, obejrzałam swoje ciało. Te otarcia, o ile jeszcze nie klasyfikują się do naprawdę porządnych oparzeń, z pewnością nie znikną zbyt szybko. Szkoda. Zdążyłam już polubić starą siebie.
Kiedy już pozbierałam się do kupy i uspokoiłam swoje emocje, uświadomiłam sobie jedną rzecz. Kostka. Zapomniałam o niej. Stęknęłam błagalnie, po czym z trudem dźwignęłam się i zbliżyłam do krawędzi. Mimo że dzielił nas naprawde spory kawałek, z łatwością ją zauważyłam. Po tylu tygodniach spędzonych w biało-czarnych pokojach testowych, różowe serce migające na jej środku nie znika z pola widzenia tak łatwo.
Zrobiłam z nią dokładnie to samo, co jeszcze chwilę temu przyniosło mi tak bolesne rany. Po chwili obserwowałam, jak moja najnowsza przyjaciółka błyskawicznie wylatuje przez pomarańczowe ramy, aby wkrótce wylądować pod moimi nogami. Znów radośnie zabrzęczała. Mimo sporego zmęczenia, zdałam się na lekki uśmiech.
Mając już wszystko pod kontrolą, znów się rozejrzałam. Tu światła były jeszcze bardziej nasilone. Na platformie nie było praktycznie niczego poza kilkoma oknami, z których zapewne obserwowano moje postępy. Gdybym tylko nie była aż tak wyczerpana, najchętniej cisnęłabym tą kupą stali prosto w jedno z nich.
Ponownie spojrzałam na jej jarzące się różem serce. Nie bierz tego do siebie.
Podniosłam ją i ruszyłam w stronę jedynego dostępnego korytarza. Panowała niespokojna cisza. Muszę przyznać, że czuję się znacznie pewniej, kiedy coś jawnie chce mnie zabić. Teraz w zupełności nie wiem, czego się spodziewać.
W moich oczach mignęło czerwone światełko. Spodziewałam się kolejnej kamery, która tylko na mnie czekała. Byłam już w pełni gotowa, aby zgromić ją wzrokiem. Zamiast tego, robotyczny głos rozniósł się po pomieszczeniu:
-Tu jesteś.
Nie minął ułamek sekundy, a usłyszałam świst kuli, gdy przecinała powietrze zaraz nad moim prawym uchem. Niemal natychmiastowo się schyliłam i wyciągnęłam do przodu kostkę, aby zablokować część nadchodzących pocisków.
Jakimś cudem udało przedostać mi się do pobliskiej wnęki. Wieżyczka oddała jeszcze kilkanaście strzałów, aż w końcu jej celownik zaczął błądzić po pokoju.
-Pokaż się – powiedziała swoim cieńkim, zmechanizowanym głosikiem.
Mówisz, to masz, pomyślałam, po czym sięgnęłam po działko, i wychylając się na ułamek sekundy uderzyłam portalem prosto w ścianę za nią. Następne przejście umieściłam tuż obok mnie.
“Kto tu teraz jest w tarapatach, co?”, pomyślałam, gdy oglądałam jej połyskujące, po czym zdecydowanym ruchem ją kopnęłam. Robot z impetem uderzył w ziemię i, całkowicie opróżniając swój magazynek, wyłączył się.
Delikatnie wychyliłam się zza portalu, aby sprawdzić, czy jest bezpiecznie, cały czas mając w pogotowiu swoją przyjaciółkę.
Ku mojemu zdziwieniu korytarz prowadził do prawie pustego pomieszczenia. Jedynym elementem wyróżniającym się wśród pustych ścian, sufitu i podłogi, była krwistoczerwona wiązka laseru, która na sam jej widok zdawała się wypalać moje ciało.
Poza nią mogłam dostrzec ogromną ilość wnęk i filarów. Czyżby znowu mieli sprawdzić moje umiejętności naprowadzania światła? Litości.
I chociaż litość została mi okazana, ku mojemu zdziwieniu przybrała ona zupełnie inną formę. Gdy byłam już prawie na środku pomieszczenia, z każdej możliwej strony rozsunęły się ściany, a na ich miejscu zastałam dziesiątki strzelniczych wieżyczek. Zanim każda z nich zdążyła wymówić swoją kwestię na przywitanie, rzuciłam się do ucieczki.
Portale rzucałam z prędkością niemal identyczną do wystrzeliwanych morderczych pocisków. Manewrując po każdej stronie pomieszczenia i chowając się w kolejnych wgłębieniach, ciągle szukałam sposobu na pozbycie się tej armii. W końcu zakradanie się za każdą pojedynczą sztukę tego złomu jest praktycznie niemożliwe, a nawet jeśli można tego jakkolwiek dokonać, prędzej chyba umarłabym z głodu.
Słuchając chóru robotycznych głosów moich najnowszych wrogów i głośno sapiąc, próbowałam opanować oddech po kilkudziesięciu sekudnach biegania z dodatkowym obciążeniem. No właśnie. Dodatkowe obciążenie! W końcu targanie ze sobą tego ciężaru musi mieć takiś cel, prawda?
Spojrzałam na swoją towarzyszkę. Jej świecące serduszko wciąż regularnie biło, jak gdyby chciało przekazać jakąś wiadomość. Czy to wynik zbyt długiego siedzenia pod ziemią, jeśli uznałam, że ten metalowy sześcian chce, abym poprowadziła go pod wiązke laseru? To całkiem prawdopodobne.
Rzuciłam się biegiem ku mojemu celowi, wykonując po drodze dziesiątki akrobacji i strzelając z działa niczym prawdziwie morderczej broni. Gdy znalazłam się niedaleko czerwonej linii, skierowałam serduszko kostki prosto pod rozpalony strumień.
Stało się dokładnie tak jak pomyślałam (a raczej tak, jak mi się uroiło): kostka odbiła promień, zaznaczając swoją drogę na białych kafelkach rozżarzoną do czerwoności linią.
Najszybciej jak mogłam, skierowałam sześcian na kilku moich wrogów ze ściany na przeciwko. Ich ciała objęły się ogniem, aby wkrótce wybuchnąć, powodując niemały huk. Obserwując ogień w swoim szalenie destruktywnym tańcu, zapomniałam, że nie jest on jedyną zabójczą w tym pomieszczeniu rzeczą.
Tę kulę słyszałam głośniej niż pozostałe. Usłyszałam jej wystrzał z podwójną głośnością i – chociaż leciała z tyłu mnie – dokładnie wiedziałam, gdzie trafi. Tak mi się przynajmniej wydawało. W ciągu niecałych kilku sekund, maleńki pocisk uderzył prosto w stalową powierzchnię mojego buta, powodując przeszywający ból w okolicach łydki.
Krzyknęłam głośnio i upuściłam sześcian, aby jak najszybciej ewakuować się do najbliższego bezpiecznego miejsca. Gdy już się tam znalazłam, z sykiem opadłam na podtrzymującą mnie ścianę i przyjrzałam się swojej ranie. Nie wyglądała tak paskudnie jak obdarte do mięsa łokcie, ale zdawały się boleć dziesięć razy mocniej.
Zaśmiałam się ironicznie, chociaż ogromne cierpienie powinno doprowadzić mnie do wylania rzeki łez. Gdybym straciła w tym miejscu nogę, prawdopodobnie otrzymałabym jedynie listowne kondolencje z dodatkową informacją, że nie mam już praw do dzierżenia jednego z butów.
-Niech i tak będzie – powiedziałam, sama nawet nie wiedząc do kogo, po czym zdjęłam uszkodzone obuwię i cisnęłam nim w pobliski kąt. I tak nie mogłoby mnie już skutecznie chronić. Dopiero teraz na miejscu pocisku mogłam zobaczyć sporych rozmiarów guza, który zdawał się móc pęknąć w każdym możliwym momencie. Wzdrygnęłam się na samo wyobrażenie sobie tego zjawiska.
Aby jak najszybciej zapomnieć o paskudztwie, które wytworzło mi się na łydce, oderwałam się od swojej podpory i – mocno kulejąc – minimalnie się wychyliłam, aby zlokalizować moją pozostałą w boju przyjaciółkę. Nieustannie odbijała wiązkę lasera w stronę jednej ze ścian. Nie ma mowy, abym znów do niej podbiegła. Nie z tą nogą, która teraz zdawała się ważyć całą tonę.
“Trzymaj się, mała”, pomyślałam w duchu i sięgnęłam po działko. Tym razem z jeszcze większą precyzją kierowałam palące, czerwone światło w stronę małych, równie cieniutkich i równie czerwonych celowników.
Z bezpiecznej odległości pozbywałam się kolejnych wrogów, powodując coraz to kolejne wybuchy w pokoju testowym. Teraz nasza współpraca była praktycznie idealna.
Gdy pokój był już zupełnie bezpieczny, wyłoniłam się i ruszyłam powoli w stronę kostki.
-Wi… taj… – mruknęła ostatnia maszynka, leżąca bezsilnie na ziemi pod najbliższą mi ścianą. Byłam pewna, że po takim bombardowaniu nic się już nie zachowało.
Zaśmiałam się mimo palącego i wysuszonego gardła. Celownik wieżyczki był stłuczony, a ona sama zdawała się być na skraju wyczerpania. Chwyciłam swoją kostkę i skierowałam w jej stronę ogromny laser. Robocik rozsypał sie na tysiące kawałeczków, a ja poraz ostatni poczułam gorący podmuch powietrza spowodowany niemałym wybuchem.
-Dobrze się spisałaś – pochwaliłam swoją przyjaciółkę i ruszyłam w stronę stalowych drzwi, które przez cały ten czas ukryte były za jednym z robotów.
Znów mogłam wsłuchiwać się w dźwięk swoich kroków, które teraz były o wiele bardziej ociężałe. Przywitałam się z następną kamerą i spokojnie pozwoliłam się jej odprowadzić.
To był ostatni pokój tego testu. Domyślałam się, że nadejdzie taki moment. Okrągła maszyna na środku pokoju otworzyła swoje włazy, a z jej środka buchnęło płomieniami.
Dokładnie przyjrzałam się swojej kosteczce. Jeszcze kilkanaście minut temu była nienaruszona, taka pudrowa i piękna. Teraz jest wręcz czarna, pełna wgnieceń od dziesiątek kul wbitych w jej stalowe ciałko, a jej różowe i bijące wtedy serduszko teraz prawie całkowicie wygasło. Pozostała jedna, jedyna dioda, która przerywanie migała jasnym, lecz prawie niezauważalnym światełkiem. Kiedy podniosłam ją wyżej, zabrzęczała delikatnie. Tak, zdecydowanie brakowało ci czułości.
-Potraktuj to jako poświęcenie się w imie nauki, maleńka – szepnęłam i upuściłam ją prosto do morza ognia.
Screeny

Jest to praca konkursowa autorstwa AUK. How2Win nie ingerowało w treść tego wpisu.



