Meta na mobilność? Też bądź mobilny! Sprawdź mobilne How2Win

Zejdź do Zaun

Witaj w Zaun

Zaun to duże, podziemne miasto leżące w kanionach i dolinach ciągnących się pod Piltover. Światło docierające do jego głębin przenika przez opary wydobywające się ze skorodowanych rur i odbija się od brudnych witraży przemysłowej architektury. Zaun i Piltover — kiedyś stanowiące jedno miasto — teraz są rozdzielone, lecz żyją w symbiozie. Pomimo ciągle obecnego smogu, Zaun prężnie się rozwija, jego mieszkańcy żyją pełnią życia, a kultura kwitnie. Bogactwo Piltover wspomaga rozwój Zaun, mrocznego odbicia górnego miasta. Wiele z towarów przybywających do Piltover w końcu trafia na szemrane rynki Zaun, a hextechowi wynalazcy, dla których ograniczenia nałożone w mieście powyżej są zbyt restrykcyjne, często przenoszą się ze swoimi niebezpiecznymi badaniami do Zaun. Niczym nieskrępowany rozwój podejrzanych technologii oraz nieroztropnego przemysłu spowodował, że całe obszary Zaun zostały skażone i stały się niebezpieczne. Potoki toksycznych ścieków tworzą się w dolnych partiach miasta, ale nawet w takich warunkach ludzie potrafią się odnaleźć i rozwijać.

Miasto z żelaza i szkła

„Pospiesz się, Wyn!” – krzyknął Janke. „Latający Wyjec się zbliża!”

„Wiem!” – odkrzyknął. „Nie musisz mi mówić!”

Wyn słyszał pisk naoliwionego żelaza i czuł smak metalu na zębach. Wnętrze rury wentylacyjnej, którą się wspinał, wibrowało w miarę zbliżania się hexdraulicznej windy.

Oparł plecy o skośną żelazną powierzchnię i zaparł się nogami po drugiej stronie. Czuł skurcze. Spojrzał w górę. Kwadracik światła stanowiący wyjście z rury wydawał się znajdować niemożliwie daleko. Ponad nim ukazała się głowa jego starszego brata, Nico.

„Już prawie, młody” – powiedział Nico, wyciągając rękę do Wyna. „Mam po ciebie zejść?”

Wyn pokręcił głową i zaparł się mocniej, prostując plecy i wywołując palący ból w mięśniach nóg. Powolutku posuwał się w górę, aż był na tyle blisko, by złapać rękę brata.

Nico złapał go za nadgarstek i podciągnął w górę, wyciągając go z rury. Wyn potknął się i upadł na twarz. Znajdowali się w niszy nad urwiskiem znanej każdemu wyrostkowi w Zaun. Jej powierzchnia ledwo wystarczała, by się na niej pomieścili, stojąc jeden obok drugiego nad stromym urwiskiem. Niecałe dziesięć metrów dalej znajdowały się trzy kolumny podtrzymujące windę, każda z nich wykonana z ciężkiego żelaza i szeroka na dwa metry.

Feen stał na najdalej wysuniętym skrawku półki skalnej, patrząc w dół z maniakalnym uśmiechem. Wiatr owiewał go ze wszystkich stron, szarpiąc ubrania i czochrając włosy. Stojąca obok Nico Kez miała zaróżowione z wrażenia policzki. Janke wybijał nerwowy rytm ręką na udzie i mierzył Wyna posępnym wzrokiem.

„Prawie się przez ciebie spóźniliśmy”.

„Wyjca jeszcze tu nie ma” – odszczeknął Wyn. „Na nic się nie spóźniliśmy.”

Janke rzucił mu gniewne spojrzenie, ale z uwagi na obecność Nico nie odważył się na więcej. Janke był postrachem słabszych w Domu Nadziei dla Sierot, warto go jednak było mieć w pobliżu, gdy zbiry chembarona pojawiały się na horyzoncie.

Kez schyliła się, by pomóc Wynowi. Ten z uśmiechem przyjął jej wyciągniętą dłoń.

„Dzięki” – powiedział.

„Nie ma za co” – odpowiedziała przybliżając się, by usłyszał ją mimo hałasu.

Chłopak poczuł zapach mydła, którego użyła tego ranka. Pachniał jak chemiczny sok z cytryny. Przygotowując się do tej szczególnej wyprawy postarała się także w kwestii ubrań, wygrzebując starą sukienkę z pudeł ciuchów pozostawionych przez dzieciaki, które z nich wyrosły albo opuściły już przytułek. Wyn także porządnie wytrzepał swoje ubrania. Teraz jednak, przy Kez, poczuł się nagle okropnie niechlujnie.

„Nigdy nie jechałam Wyjcem” – powiedziała, nie wypuszczając jego dłoni z własnej. „A ty?”

Zgrzyty i huki stawały się coraz głośniejsze. Turkoczący łoskot mechanizmów windy odbijał się od wilgotnych, zielonkawych ścian niszy, zagłuszając wszystkie inne dźwięki. Feen patrzył na nich, a na twarzy Janke wykwitał paskudny uśmiech. Strach przed wyjściem na głupiego dzieciaka sprawił, że łatwiej mu było skłamać.

„Ja? Pewnie, mnóstwo razy!” – powiedział i natychmiast tego pożałował. Obejrzał się. Wszyscy inni zgromadzili się na krawędzi przepaści na przykurczonych nogach, opierając się podmuchom wiatru.

Wyn nachylił się do ucha Kez.

„Przepraszam, sam nie wiem, czemu to powiedziałem” – przyznał. „Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Ani razu. Nie mów tego innym, ale jestem przerażony”.

Kez odetchnęła z ulgą.

„To dobrze. Nie chciałam być jedyna.”

Przejażdżka Latającym Wyjcem była jednym z wielu rytuałów przejścia dla dzieciaków z Zaun. Innymi było wspięcie się na szczyt Starego Głodomora, zwinięcie sakiewki człowiekowi barona, czy zabawa w przewróć-i-uciekaj z oszustem na szczudłach. W Zaun istniała nieskończona liczba niebezpiecznych zadań dla wyrostków chcących udowodnić wszystkim swoją wartość i śmiałość.

Jednak zebranie odwagi do skoku z kamiennej półki wydawało się Wynowi najbardziej szaloną ze wszystkich prób. Ryk zbliżającej się windy stawał się coraz głośniejszy, wypełniając skalną półkę zgrzytem metalu o metal i łoskotem pracującej maszynerii.

Nico wychylił się i spojrzał w dół, po czym obrócił się do nich, wyszczerzył zęby w uśmiechu i wyciągnął kciuki do góry. Potem zgiął kolana i rzucił się w dół. Zamachał rękami i nogami i zniknął z pola widzenia. Nie chcąc być gorszy Janke pospieszył za nim, skacząc z urwiska z dzikim okrzykiem. Feen podążył za przyjaciółmi, wciąż uśmiechnięty jak szaleniec.

„Gotowa?” – krzyknął Wyn. Jego słowa utonęły w huku Latającego Wyjca.

Kez skinęła głową. Nie mogła go słyszeć, ale zrozumiała przekaz. Wciąż trzymała go za rękę. Wyszczerzył zęby i razem pobiegli w stronę krawędzi. Serce Wyna podeszło mu do gardła, waląc o żebra niczym młot pneumatyczny. Zawahał się, ale było już za późno, by się zatrzymać. Dotarł do krawędzi klifu i rzucił się w przepaść, wrzeszcząc wyzywająco z mieszaniną strachu i zuchwałości.

Grunt zniknął za jego plecami. Tylko powietrze wypełniało przestrzeń między nim a niższymi poziomami Zaun, setki metrów niżej. Wyna ogarnęło czyste przerażenie. Złapało go w nierozerwalne kleszcze i wycisnęło powietrze z płuc. Spadał w dół, machając rękami i nogami, jakby miał się zaraz nauczyć latać jak skalne dzierzby. Popatrzył w dół. Zobaczył pod sobą obły, pokryty szkłem i żelazem kształt Latającego Wyjca, zbliżający się w szybkim tempie.

Nico, Janke i Feen już tam byli, przyczepieni do barokowego okratowania albo zaparci o elementy konstrukcji. Wyn uderzył z impetem w grube szkło i poturlał się w bok. Szukał punktu zaczepienia, zsuwając się powoli po wypukłym oknie. Jego spocone ręce ślizgały się. Stopy na próżno szukały oparcia. Musi być coś, za co może się złapać.

Niczego nie znalazł.

„Nie, nie, nie…” – powtarzał bez tchu, ześlizgując się w stronę krawędzi konstrukcji. „Janno, zlituj się!”

W tym momencie powiew wiatru obrócił go na brzuch i zobaczył hak wystający z boku ogromnej windy. Rzucił się w jego stronę, a wiatr popchnął go o tyle, że udało mu się go dosięgnąć. Jego palce zacisnęły się na metalowej części konstrukcji.

Gdy niebezpieczeństwo długiego upadku z brutalnym końcem zostało zażegnane, Wyn nareszcie mógł oprzeć nogi i rozejrzeć się za Kez. Była powyżej niego i śmiała się histerycznie. Wyn też poczuł przemożną ochotę chichotania i nie mógł przestać się szczerzyć, gdy wspinał się w miejsce, gdzie górna powierzchnia Latającego Wyjca była mniej stroma.

Nico wydał okrzyk radości na jego widok i szturchnął Janke w ramię.

„Widzisz? Mówiłem, że mu się uda!”

Wyn zbliżył się do brata. Nogi miał jak z waty. Wciągnął duży haust świeżego powietrza. Na dole, w slumsach, powietrze miało wręcz teksturę. Im wyżej, tym stawało się ostrzejsze i uderzało mu do głowy.

„Nieźle młody, nieźle” – pochwalił go Nico, klepiąc go po plecach. Po chwili starszy brat zakaszlał i wypluł szarą flegmę na szkło. Nico wytarł usta wierzchem dłoni, na której została ciemna smuga.

„E tam, to proste” – powiedział Wyn.

Nico zaśmiał się. „Warto było, co?”

„Pięknie tutaj” – powiedziała Kez.

Wyn musiał się z nią zgodzić. Daleko w dole Zaun rozpościerało się na skalnym podłożu kanionu niczym migoczące, butelkowozielone morze świateł i kolorów. Para nad Fabryką Drewna połyskiwała tęczą, a lśniący dym tworzył spiralne kształty nad chemicznymi kuźniami. Z tak wysoka błotne stawy lśniły jak szmaragdy, a mrugające światła palenisk wyglądały w ciemności jak gwiazdy, które tak rzadko można było dostrzec z Domu Nadziei.

Łzy wezbrały w oczach Wyna. Próbował sam siebie przekonać, że to przez pęd i wiatr. Daleko w górze widniało Piltover i jego wieże z kości słoniowej i brązu, miedzi i złota. Ten widok także urzekał, jednak piękno Zaun było bliższe jego sercu. Ulice Zaun przepełniało życie i witalność, każda z nich wypełniona falującą masą ludzi. Wyn kochał Zaun. Mimo wszystkich swoich wad, których było niemało – a może i dzięki nim – to miasto, nieprzewidywalne i wybujałe, tętniło w rytm, którego próżno szukać w Piltover.

Wyn spojrzał przez szybę pod swoimi nogami na masę ludzi gapiącą się na niego. Pasażerowie Latającego Wyjca byli przyzwyczajeni do pasażerów na gapę, co nie znaczyło, że ich lubili. Było tam kilkoro Zaunitów, większość jednak stanowili wysoko postawieni mieszkańcy Piltover, wracający do domu po wieczorze spędzonym w oświetlonych lampami gazowymi pasażach handlowych, salonach kulinarnych czy głośnych halach muzycznych w Zaun.

„Pieprzone Pilciaki” – parsknął Janke. „W odwiedzinach u biedaków z Zaun. Wydaje im się, że są tacy odważni, przyjeżdżając tutaj, a na koniec i tak wracają na noc do ciepłego Piltover”.

„Znacznie mniej gotówki wpływałoby do Zaun, gdyby nie przyjeżdżali” – zauważyła Kez. „Pilciaki dobrze sobie radzą poza Zaun, a nam lepiej się wiedzie dzięki nim. Pomyśl, ile wspaniałych dni spędziliśmy w Piltover? Pamiętasz fajerwerki nad Słonecznymi Wrotami w Dzień Postępu? I tę dziewczynę, którą podrywałeś? Dużo gadasz, Janke, ale to ty zawsze chcesz jechać na górę”.

Wybuchnęli śmiechem. Na twarzy Janke wykwitnął rumieniec.

„Chcą się gapić, to niech mają na co!” – powiedział Feen, szczerząc zęby w uśmiechu. Wychudzony chłopak zsunął szelki z ramion, opuścił spodnie i posadził tyłek na szklanym dachu. „Hej, Pilciaki, dzisiaj pełnia!”

I jak pies jeżdżący tyłkiem po podłodze Feen zaczął się zsuwać po szybie, prezentując stłoczonym, bezradnym widzom swoje pośladki w całej okazałości.

Wszyscy zaśmiali się głośno na widok zszokowanych twarzy pasażerów windy, zasłaniających oczy dzieci i wygrażających pięściami brudnym zauńskim urwisom.

„Nie jedziemy na samą górę” – powiedział Nico, gdy odzyskał oddech i wytarł łzy. „Babette jest na poziomie Antresoli”.

„Nie wiemy nawet, czy Mama Elodie tam będzie” – powiedział Janke.

„Będzie” – rzekł Wyn. „Widziałem afisze z teatru na jej biurku. Namalowane obrazki, jak śpiewa na scenie. To tak pewne jak to, że po Dniu nastaje Szarość. Ale musimy się pospieszyć, ma występ o ósmej, a już po szóstej!”

Mama Elodie była panią Domu Nadziei, przytułku zapewniającego byt wielu sierotom, powstałym w obliczu nieszczęścia, które spadło na Zaun. Przytułek założyły rodziny, które zostały później klanami Piltover. Znalazły tam schronienie ponad dwie setki dzieci pozbawione rodzin. Jednak na przestrzeni czasu coraz mniej napływało pieniędzy z nowo powstałego miasta i zasoby finansowe instytucji poczęły topnieć. Zamożne rodziny zdecydowały w końcu, że przeznaczyły na przytułek wystarczająco dużo pieniędzy, by zadośćuczynić własnemu poczuciu winy.

Mama Elodie, ciemnoskóra kobieta twierdząca, że jest ioniańską księżniczką, jako jedyna z załogi została, by doglądać przytułku. Wyn podejrzewał, że historia o jej pochodzeniu została wymyślona, by nakłonić chembaronów do hojniejszych datków, podobały mu się jednak jej opowieści o tym, jak wybrała prawdziwy świat nad nudne życie w pałacowych komnatach. Wynowi nie mieściło się w głowie, jak można odwrócić się od takiego bogactwa. Nigdy jednak nie spotkał nikogo innego z Ionii, nawet gdy robił za posłańca wśród żeglarzy w dokach.

Każdy podrzutek i przybłęda w Domu Nadziei słyszał, jak Mama Elodie śpiewa podczas sprzątania i gotowania. Jej głos był niesamowity. Wyn często zasypiał przy jej kołysankach, gdy był berbeciem. Ostatnio, gdy zanosił Mamie Elodie herbatę, zobaczył na jej biurku złożoną broszurę z Teatralnego Emporium Babette, wetkniętą pod stos otwartych listów. Ze względu na brak czasu mógł tylko rzucić okiem, ale przyrzekał na skrzynię złotych odłamków, że widniała na niej Mama Elodie, przebrana w najlepsze szaty i śpiewająca na oświetlonej reflektorami scenie. Zauważyła jego spojrzenie, przez co zarobił pstryczka w ucho i ostrą reprymendę.

Powiedział innym, co zobaczył. Niecałą godzinę później mieli już gotowy plan wyprawy do teatru.

„Patrz!” – krzyknął Wyn, szturchając Nico w żebra.

Nico spojrzał w dół i skinął głową, widząc umundurowanego konduktora mówiącego przez składaną tubę.

„Ostrzega tych na górze, by uważali na Zaunitów jadących na gapę” – powiedział Nico. „Ale to nieważne. Mówiłem, że nie jedziemy na samą górę.”

„Gdzie wysiadamy, w takim razie?” – zapytał Feen, wstając i litościwie podciągając portki.

„Tuż pod platformą jest stary mechanizm na dźwignię” – powiedział Nico, wskazując palcem. „Jest tam całkiem nieźle, płasko i szeroko, a tuż obok jest rura wentylacyjna z poluzowanym włazem.”

„Będziemy musieli znowu skakać?” – zapytał Wyn.

Nico wyszczerzył zęby i mrugnął do niego.

„Ta, ale to chyba nie problem dla takiego zawodowca jak ty, co?”

Wyn z drżeniem wypuścił powietrze. Jego dłonie krwawiły po złapaniu zardzewiałej dźwigni. Jego drugi skok był tak samo mrożący krew w żyłach jak pierwszy, ale przynajmniej tym razem wiedział, że mu się uda. Latający Wyjec kontynuował swoją podróż w górę, który to widok bardzo go cieszył.

Na szczęście powrót do Zaun będzie znacznie łatwiejszy. Pójdą schodami wyciętymi w skale albo zjadą w dół zjeżdżalnią towarową zataczającą łuki pośród wszechobecnych struktur wspierających, wystających ze zbocza klifu.

Dźwignia znajdowała się tuż przy otwartej rurze wentylacyjnej, dokładnie tak, jak powiedział Nico. W środku śmierdziało toksycznymi odpadkami, ale przynajmniej było sucho. W miarę. Na szczęście było na tyle wysoko, że dało się wyprostować. Musiało tędy przepływać mnóstwo nieczystości.

„Gdzie to się kończy?” – spytała Kez, uważnie omijając kałuże zielonkawej mazi zbierającej się we wgłębieniach metalu.

„Wylot jest tuż za Pompownią Bonscutt. Tak mi się wydaje” – powiedział Nico.

„Nie wiesz na pewno?” – zapytał Janke. „Myślałem, że już tu byłeś”.

„Tak, ale ponad rok temu. Nie wiem, czy wszystko będzie tak samo wyglądać.”

Szli wzdłuż rury, która unosiła się i zakręcała w skale. Klif poruszał się lekko, a metal jęczał i skrzypiał.

„Klify znowu się skarżą” – wyszeptała Kez.

„Co mówią?” – spytał Wyn.

„Nikt tego nie wie” – odpowiedziała. „Mama Elodie powiedziała mi kiedyś, że skała wciąż cierpi po tym, jak podzielili ląd, by zbudować kanał. Mówiła, że od czasu do czasu skała łka, gdy jej smutek staje się zbyt wielki. I że to dlatego ziemia drży.”

„A więc z tego, co nam wiadomo, rura może się kończyć ścianą z kamienia albo powykręcanym metalem?” – spytał Janke.

„Może tak być” – odrzekł Nico. „Ale szczerze wątpię. Patrzcie.”

Nico wskazał palcem prześwity światła w dali. W powietrzu wisiały wirujące kłębki kurzu. Dalej Wyn zobaczył zardzewiałą drabinę, wznoszącą się do kwadratowego otworu w rurze.

„Wygląda na to, że znaleźliśmy wyjście” – powiedział Nico.

Wyn był na Antresoli tylko kilka razy w swoim życiu, i każda z tych wypraw pozostawiła po sobie bardzo żywe wspomnienia. Leżąca tuż pod umowną granicą pomiędzy Zaun i Piltover – płynną i stale zmieniającą się – Antresola była kwitnącym centrum kosmopolitycznych pasaży handlowych, superklubów, sali koncertowych i domów uciech i jedną z najludniejszych dzielnic obu miast. Przez ludzi mieszkających i pracujących tam była też powszechnie uważana za miejsce, gdzie odbywa się prawdziwe życie Zaun.

Grupka wyrostków wydostała się z rury i skierowała się w stronę jednej z głównych arterii dzielnicy. Wyn i Kez jako jedyni potrafili czytać na tyle dobrze, by rozszyfrować nazwy ulic, i Kez poprowadziła ich na szeroki bulwar pełen najdziwniejszych ludzi, jakich Wyn kiedykolwiek widział.

Kobiety i mężczyźni z Piltover i Zaun radośnie mijali się na brukowanej ulicy, odziani w kolorowe koronki i kapelusze z piórkiem. Kobiety nosiły falbaniaste suknie z okrągłymi dekoltami i wielobarwne szarfy. Mężczyźni wyglądali olśniewająco w swoich długich frakach i wypolerowanych butach, które nie wytrzymałyby jednego dnia w błocie niższej części miasta.

„Wszyscy się uśmiechają” – zauważył, czując, że kąciki jego własnych ust unoszą się na ich wzór. „I śmieją”.

„Też byś się śmiał, gdybyś nie musiał codziennie walczyć o jedzenie” – powiedział Janke.

Wyn otworzył usta do odpowiedzi, ale Nico powstrzymał go spojrzeniem. Janke był jednym z najstarszych wyrzutków z Domu Nadziei. Niedługo będzie musiał opuścić przytułek i znaleźć własny sposób na życie. Nic dziwnego, że czuł gorycz.

Wyn doskonale to rozumiał. Kto nie chciałby mieć czegoś więcej? Kto nie chciałby mieszkać w lepszym miejscu? Bezlitosna rzeczywistość nie pozwalała nikomu na lepsze życie niż to, na które go stać. Większość ludzi zadowalała się świadomością bycia częścią czegoś większego, ale Wyn marzył o życiu w miejscu, gdzie mógłby chodzić za rękę z piękną dziewczyną, pójść do teatru i zjeść posiłek przy świetle księżyca, gdy tylko tego zapragnie.

Pod wpływem impulsu złapał Kez za rękę, a gdy jej nie zabrała, poczuł, że jego serce bije mocniej niż podczas pierwszego skoku. Prowadzeni przez Nico maszerowali środkiem ulicy tak, jakby mieli pełne prawo, by tu być. Prawo, technicznie rzecz biorąc, mieli, ale spojrzenia, które przyciągały ich brudne stroje, jasno dawały do zrozumienia, że choć nikt ich stąd nie wyrzuci, to nie są mile widziani.

Przez chwilę Wyn wyobrażał sobie, że mogą tu zostać na zawsze i przechadzać się po ulicach skąpanych światłem chemicznych latarni, otoczeni ludźmi, którzy skierują ich do najlepszych delikatesów serwujących najlepsze zapiekanki z kaczki albo poradzą, który spektakl trzeba koniecznie zobaczyć. W swojej wizji ubrany był jak panicz, pozdrawiał współobywateli i unosił kapelusz na widok odwiedzających dzielnicę przedstawicieli klanów.

„Czy to kultywator?” – spytał, wskazując okratowaną kopułę z dymionego szkła wystającą poza krawędź klifu.

„Chyba tak” – powiedziała Kez. „Nigdy nie widziałam żadnego z bliska”.

Żelazny most i naprężone kable utrzymywały szklaną kopułę w miejscu przy skale. Grupa zatrzymała się, by podziwiać piękno tego, co się w niej znajdowało. Za szkłem niewielkich rozmiarów znajdował się las wysokich drzew o szerokich liściach, którym zajmował się bogato odziany ogrodnik o ogolonej i wytatuowanej czaszce. Feeria barw kolorowych kwiatów o płatkach czerwonych, złotych i niebieskich kontrastowała z otaczającą ją głęboką zielenią. Wyn w całym swoim życiu nigdy nie widział nic piękniejszego. Pomachał do ogrodnika i zamarzył o wspólnym z Kez spacerze przez las, napawając się zapachami i czując miękką trawę pod stopami.

Ogrodnik uśmiechnął się i odmachał mu, by po chwili wrócić do swoich zajęć.

Rozległo się bicie dzwonów. Wyn doliczył do siedmiu.

„Chodźcie” – powiedział ponaglająco. „Przedstawienie niedługo się zacznie”.

Janke zwrócił się do Nico. „Jesteś pewien, że wiesz, gdzie to jest?”

„Babette? Tak, wiem” – powiedział Nico, zasłaniając usta przy kolejnym napadzie kaszlu. „Zabrałem tam kiedyś Aleezę, jak zdobyłem trochę kasy, gdy się założyłem, że przepiję kupca z Bel’Zhun.”

Wyn dobrze pamiętał ten wieczór, gdy patrzył z niedowierzaniem na swojego brata wlewającego w siebie jeden po drugim kieliszki kouaxi, mocnego alkoholu według Shurimana pędzonego na sfermentowanym kozim mleku. Trzeba było dwudziestu kolejek, by kupiec wreszcie padł. Nico miał potem kaca przez cały tydzień.

„To już blisko” – powiedział Nico. Wchodzili właśnie na ogromny plac wydrążony w skale.

Tłum ludzi, rozmawiających, negocjujących i kłócących się, wypełniał całą dostępną przestrzeń. Kilka osób z metalowymi ulepszeniami i znakami chembaronów spacerowało po placu, było ich jednak niewiele i przyciągały więcej nieprzychylnych spojrzeń niż ktokolwiek inny.

Na samym końcu placu wznosiła się wielka, kolorowa budowla, z której dochodziły ciekawe odgłosy. Naganiacze wykrzykiwali słowa zachęty i rozdawali broszury. Imponującej wielkości portyk budynku tworzyły żłobione kolumny z czarnego marmuru przetykanego złotymi żyłami, a nad nim wisiały rzeźby dzikich zwierząt, smoków i uzbrojonych wojowników. Oświetlone przez zielonkawe, chwiejne światło chemicznych latarni postacie zdawały się żyć i poruszać.

„Przed wami Teatralne Emporium Babette” – ogłosił Nico z głębokim ukłonem, wskazując na jasno oświetlony budynek.

„Jak to – nie możemy wejść?” – nie rozumiał Nico.

Dwaj odźwierni zagradzający im drogę byli bogato odziani, żadna ilość kolorowych fatałaszków nie mogła jednak ukryć ich skłonności do okrucieństwa. Wężowe tatuaże pokrywały ich karki i nadgarstki, a jeden z nich posiadał mechaniczne ramię wibrujące energią. Elektryczna maczuga? Czy coś bardziej niebezpiecznego? A może po prostu coś w nim nie stykało.

„Zapłacimy” – powiedziała Kez.

„Nie idzie o pieniądze, dziecinko” – powiedział pierwszy z odźwiernych, którego Wyn w myślach zdążył nazwać Chemdmuchem.

„W takim razie o co chodzi?” – spytała.

„Nie jesteście odpowienio odziani”.

„Otóż to” – zawtórował mu drugi, ten z mechanicznym, brzęczącym ramieniem. „Pani Babette oczekuje pewnego poziomu… higieny od kreacji swoich gości. Obawiam się, że wasze stroje nieco odbiegają od wymaganego standardu”.

„Ta, wracajcie skąd przyszliście” – powiedział pierwszy.

„Skąd przyszliśmy?” – nie zrozumiała Kez. „Przecież jesteśmy w Zaun? To stąd pochodzimy, ty głupi mięśniaku!”

„Spadajcie stąd, przybłędy” – warknął Chemdmuch. „Ta część miasta to nie jest wasze Zaun”.

„Dobra” – powiedział Nico. Odwrócił się na pięcie i zrobił pierwszy krok. „Spadamy stąd”.

„Czekaj… Co?” – zapytał Wyn, gdy grupa zaczęła oddalać się od odźwiernych. „Tak po prostu wrócimy do domu?”

Jego brat odczekał, aż znajdą się poza zasięgiem słyszenia, zanim odpowiedział, upewniając się uprzednio, że tłumek przy wejściu zasłania ich przed odźwiernymi.

„Jasne, że nie” – stwierdził. „Wygłupiliśmy się. Zapomnieliśmy o pierwszej zasadzie slumsów: tylko ofiary wchodzą głównymi drzwiami”.

Spędzili dziesięć minut na przemierzaniu placu wzdłuż i wszerz, zanim znaleźli to, czego szukali. Wyn nie spuszczał oka z drzwi do teatru. Ludzie wciąż wchodzili, więc przedstawienie nie mogło jeszcze się zacząć.

„Tam” – powiedział Feen, wskazując palcem pióropusz zielonego dymu, który pojawił się nagle nad jednym z dachów. Feen pracował dla Gray-Scrape’a Malkeva, konserwatora przewodów wentylacyjnych. Jego praca polegała na czołganiu się przez wąskie kanały i usuwaniu szumowin w miejscach, gdzie rury zanadto się przytkały.

Źródłem dymu była knajpka wyglądająca, jakby specjalizowała się w fuzji smaków ulicznych przekąsek Zaun i eleganckich dań Piltover. Gośćmi przybytku byli ospali artyści, a potrawy wyglądały zbyt pięknie, by je zjeść.

„Jeśli to nie jest połączony przewód, to ja jestem księżniczką” – powiedział Feen. „Wyraźnie czuć zapach jedzenia wymieszany z wyziewami kryształowych palników z Babette”.

„Nie bez powodu zabraliśmy cię ze sobą, Feen” – uśmiechnął się Nico, prowadząc ich w górę alei wydrążonej w skale pomiędzy knajpą a teatrem. Na jej końcu pod ścianą ustawione były jedna na drugiej ciężkie skrzynie przywiezione z doków, a ponad nimi wisiały syczące, jęczące rurociągi. Krzepcy pracownicy wnosili skrzynie do środka, chrząkając z wysiłku. Żaden z nich nawet nie spojrzał na bandę umorusanych dzieciaków.

Feen rysował palcami w powietrzu trasę przewodów, licząc coś i słuchając ich rzężenia. Pociągnął nosem. Jego twarz wykrzywił grymas zadowolenia.

„To ten” – powiedział, wskazując wąski przewód prowadzący wewnątrz skały.

„Jesteś pewien?” – zapytał Janke. „Żeby się nie okazało, że źle wybrałeś i wpadniemy do jakiejś dziury.”

„Nie mylę się, matole” – odpowiedział Feen. „Jakbyś przeczołgał się przez tyle sadzy i szlamu co ja, to też wyczułbyś nosem, co dokąd prowadzi”.

Odczekali chwilę, aż pracownicy knajpy pójdą na przerwę. Wspięli się po skrzyniach na dach. Feen szybko znalazł mały właz z boku rury i otworzył go. Wyn z powątpiewaniem popatrzył na opary wydostające się z otworu.

„Czy to bezpieczne?” – spytał.

„Wystarczająco bezpieczne dla takich szczurów jak my” – rzucił Feen. „Uwierz, więcej brudu osadzi ci się w płucach podczas spaceru Ciemnymi Zaułkami niż od tych oparów”.

Wyn nie był tego taki pewien, ale Feen już wczołgał się do środka, a za nim Janke i Kez. Nico machnął ręką w stronę rury.

„Twoja kolej, młody” – powiedział.

Wyn skinął głową i przelazł przez właz, kierując się odgłosami szurających kolan, przekleństw i kaszlu. Feen miał rację. Powietrze w tunelu cuchnęło, ale w niczym nie przypominało to walki o każdy oddech po nastaniu Szarości w dolnym mieście. Nico wczołgał się za nim. W ogólnym hałasie dało się słyszeć, jak szurał łokciami i kolanami. Światło sączyło się do środka przez pęknięcia w metalu, ale ustało, gdy minęli miejsce, w którym przewód zanurzał się w skale.

„Jak daleko jeszcze?” – zawołał Nico do przodu. Jego głos brzmiał dziwnie, odbijając się od metalu. Nie było odpowiedzi. Usłyszeli tylko echo. Wyn starał się nie myśleć o powodach, dla których nikt się nie odezwał. Czy rura rzeczywiście mogła prowadzić w przepaść, jak obawiał się tego Janke? A może inni napotkali na kieszeń gazu i stracili przytomność albo się udusili? A może skały w tym miejscu też były smutne i postanowiły zmiażdżyć malutkie postacie czołgające się przez jej żyły?

Tuż zanim myśl o byciu zmiażdżonym przez ogarnięte melancholią skały sparaliżowała Wyna ze strachu, z góry wysunęła się ręka i złapała go za kark.

„Mam cię!” – wydyszał głos, gdy ramię wyciągało chłopaka przez klapę, której nie dojrzał w ciemności. Krzyknął zaskoczony i szarpnął się, lecz po chwili zrozumiał, że to Janke chwycił go z rury. Leżał na drewnianej podłodze w pozbawionym światła pokoju. Nie, nie całkiem – cienka linia prześwitywała pod drzwiami w jednej ze ścian. Gdy oczy Wyna przyzwyczaiły się do półmroku, ukazała im się miriada sprzętu teatralnego porozrzucanego w pozornym nieładzie po całym pokoju. Widział półki pełne masek, kostiumów w krzykliwych kolorach i rekwizytów.

Feen biegał w kółko z górną połową przebrania konia na głowie i śmiał się do rozpuku. Kez założyła złotą koronę wysadzaną szklanymi koralikami po bokach i lśniącym, czerwonym kamieniem na samym środku. Janke machał drewnianym mieczem pomalowanym tak, by imitował błyszczący metal.

Wyn uśmiechnął się, gdy Nico jako kolejny wydostał się z rury. Czuł lekkie zawroty głowy, ale nie wiedział, czy z powodu oparów w tunelu czy emocji związanych z udanym wejściem.

„Dobra robota, Feen” – powiedział Nico, kaszląc i otrzepując się z kurzu. Po raz kolejny splunął na podłogę.

Feen odrzucił w kąt kostium konia i rozpromienił się, słysząc niecodzienną pochwałę. Zaczął coś mówić, ale w tym samym momencie usłyszeli bicie bębnów i dźwięk piszczałek.

„Zaczyna się” – powiedziała Kez.

Wnętrze teatru Babette było równie imponujące co jego fasada. Wielką salę upiększały kolorowe tkaniny, złocone balkony i sklepiony sufit udekorowany niesamowitymi freskami przedstawiającymi gęste lasy, majestatyczne góry i boleśnie niebieskie jeziora. Ogromny kandelabr skrzący się tysiącami kryształów zwisał z samego środka sufitu, rozsyłając na całe pomieszczenie drobne okruchy światła.

Setki ludzi wypełniały salę – rozbawieni goście w eleganckich strojach i tancerze pozbawieni zarówno płaszczy, jak i zahamowań. Na wyniesionej scenie stali muzycy wygrywający głęboką, oszałamiającą melodię, od której wrzała krew, a nogi same rwały się do tańca. Muzyka była rozbrajająca. Wyn zaśmiał się, dając Kez zaciągnąć się na parkiet. W każdym innym miejscu widok pięciorga obdartusów wywołałby ostrą reakcję, ale tutaj, pośród wirujących tancerzy i śpiewaków, mało kto zwracał na nich uwagę.

Poruszali się z płynnością charakterystyczną dla dzieciaków potrafiących w mgnieniu oka wywinąć się z uchwytu strażników z Piltover. Feen tupał i skakał jak szaleniec, z wyciągniętymi na boki rękami. Janke przesuwał się powoli po parkiecie, kiwając głową, zagubiony w swym własnym muzycznym świecie. Tańcząc, Nico wydawał się jakby płynął przez tłum. Co i raz się zatrzymywał, by mrugnąć do pięknej dziewczyny. Wyn i Kez kręcili na zmianę piruety, machając do tłumu.

Muzyka była tak głośna, że nie mogli rozmawiać.

Chłopakowi to nie przeszkadzało.

Skierowane na kandelabr chemiczne światło stworzyło tęczę i rozbiło się na miliard oszałamiających kolorami kawałków. Wyn podniósł ręce, jakby próbował złapać tańczące światełka. Kez zarzuciła mu ręce na szyję i także sięgnęła w górę. Czuł zapach jej mydła i potu, miękkość włosów i ciepło jej ciała. Chciał, żeby ta chwila nigdy się nie skończyła.

Niestety, tak się stało.

Gdy na ramię Wyna opadła umięśniona ręka, zamiast zdziwienia ogarnęło go druzgocące poczucie straty – odebrano mu wspaniałą chwilę, która mogła już nigdy się nie powtórzyć. Zaklął pod nosem, jednak słowa uwięzły mu w gardle, gdy zobaczył nad sobą odźwiernego, Chemdmucha.

„Czy nie mówiłem wam, żebyście wracali do swoich kanałów?”

Chłopak spojrzał na Kez, która aż drżała z wrażenia. Skinęła do niego głową, odpowiadając na nieme pytanie wyciągnięciem ręki.

Wyn splótł swoje palce z jej i wrzasnął: „Chodu!”

Wykręcił się z chwytu Chemdmucha i razem rzucili się w sam środek parkietu. Kez krzyknęła dziko, gdy przebiegli przez tłum tancerzy, jakby grali w berka w kanałach. Biegli ręka w rękę, a Chemdmuch deptał im po piętach. Rozpychał się w tłumie jak taran, ale nie mógł się mierzyć z Kez i Wynem, którzy nauczyli się uciekać w momencie, gdy po raz pierwszy stanęli na nogi. Uciekali już przed strażnikami, zbirami i wszelkimi rodzajami zmechanizowanych ochroniarzy.

Gruby odźwierny nie był dla nich wielkim wyzwaniem.

Słyszeli wściekłe krzyki Chemdmucha, przebijające się przez muzykę. Wesoło skakali pomiędzy kręcącymi się tancerzami i śpiewakami. Kez mocno trzymała go za rękę. Wyn nie mógł przestać się śmiać nawet wtedy, gdy pozwolili Chemdmuchowi zanadto się do siebie zbliżyć. W momencie, w którym wyciągnięta ręka Chemdmucha miała ponownie opaść na jego ramię, odźwierny padł na ziemię, trafiony w twarz przez łokieć rozszalałego Feena.

Mężczyzna potoczył się po posadzce. Wyn nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek czuł się tak wspaniale. Każdy krok jego tańca i biegu idealnie wpasowywał się w rytm muzyki. Każdy takt melodii nuconej przez chór wydawał się być napisany specjalnie, by uczcić ten moment. Śmiali się jak szaleńcy przy feerii dźwięków i barw, zjednoczeni w sposób, jakiego wcześniej nie znali.

A potem muzyka ustała. Światła zgasły, tylko jeden chemiczny reflektor oświetlił środek sceny. Zamarli w ruchu tancerze westchnęli zgodnie, gdy w kręgu światła wprost z podłogi wyłoniła się kobieta. Wyna nie obchodziło, czy była to magia czy cud techniki teatralnej – wejście zapierało dech w piersiach.

„Mama Elodie” – wyszeptała Kez.

Wyn wiedział, że to ona, ale jakoś nie mógł skojarzyć surowej, statecznej pani Domu Nadziei z boginią na scenie. Jej długie włosy zebrane były w splot skomplikowanych warkoczyków przetykanych jadeitem i perłami, skrzącymi się jak najwspanialsze gwiazdy. Miała na sobie soczystozieloną suknię upiętą w misterne falbany i błyszczącą niczym atłasowa pajęcza skóra.

Była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział.

Mama Elodie podniosła głowę, a muzyka zaczęła się wznosić od powolnego, spokojnego rytmu aż w takt przyspieszonego bicia serca. Jej sylwetka poruszała się w rytm muzyki, a jej ciemna skóra lśniła, pokryta diamentowym pyłem. Powiodła wzrokiem przez tłum, obdarzając wszystkich zebranych w Babette hipnotyzującym spojrzeniem. Uśmiechnęła się, jakby zaskoczona obecnością tak wielu ludzi, a ciepło widoczne w jej migdałowych oczach było ujmujące. Wyn poczuł, jak bijąca od niej dobroć bierze go w objęcia. Wydawało mu się, jakby warstwa za warstwą topniał w jego duszy ciężar, którego istnienia nie był nawet świadomy.

A potem zaczęła śpiewać.

Nie rozumiał słów, ale sączyły się słodkie niczym miód, częściowo mówione, częściowo nucone. Każdy wers płynął w powietrzu jak liść na wietrze w ciepłą, letnią noc, zataczając kręgi po sali. Ton i natężenie jej głosu rosło powoli, zwiększając wrażenie mrowienia na skórze Wyna. Piosenka Mamy Elodie trafiała wprost do jego serca i ogarniała cały jego umysł. Czuł rosnące poczucie bliskości między sobą a Kez. Jego oczy spotkały jej i wiedział, że ona czuła to samo.

Ale to nie wszystko.

Wyn czuł się dziwnie połączony z każdym z zebranych gości. Ogarnęło go nieznane dotąd wrażenie jedności i harmonii, o jakim nigdy nie marzył. Dłonie Mamy Elodie rysowały kształty w powietrzu, a przestrzeń wypełniała magia jej potężnego głosu, który przenikał przez skórę i kości i nadawał harmonię wszystkiemu, czemu jej brakowało. Pot zalśnił na jej skórze, żyły nabrzmiały na szyi.

Jakkolwiek tworzyła tak wspaniałą muzykę, bez wątpienia ją to wyczerpywało.

Światło wypełniające salę przygasało w miarę cichnięcia jej głosu. Ostatnie takty melodii topniały niczym śnieg na wiosnę, przywodząc na myśl zachód słońca nad oceanem w zimowy wieczór. Łzy spływały po twarzy Wyna, lecz nie próbował ich ukrywać. Wiedział, że nie tylko on płacze. Dziesiątki kobiet i mężczyzn łkały po cichu, wyciągając ręce do Mamy Elodie w niemej prośbie o więcej. Ona kołysała się na scenie, nieubłaganie prowadząc pieśń ku końcowi.

Ukryty mechanizm począł powoli, bardzo powoli opuszczać ją pod scenę. Głos cichł, aż stał się zaledwie aksamitnym szeptem.

Wkrótce i on zaniknął.

Salę przepełniał mrok. Wyn z drżeniem wypuścił powietrze, gdy teatr poczęły powoli rozjaśniać światła. Zamrugał, pozwalając oczom przystosować się do oświetlenia. Jak długo trwała pieśń Mamy Elodie? Kilka godzin? Kilka minut? Nie wiedział tego. Czuł się jednocześnie zmordowany i nowo narodzony. Jego myśli zdawały się lżejsze, a płuca czystsze niż kiedykolwiek. Odwrócił się do Kez i zobaczył, że ona odczuwa to samo. Członkowie widowni uśmiechali się i obejmowali zarówno przyjaciół, jak i nieznajomych, połączeni magią chwili, której razem doświadczyli.

Nico, Feen i Janke zbliżyli się do pary przyjaciół, każdy z nich poruszony do głębi. Wyn nie wiedział, jak to się stało, ale było jasne, że ta chwila wszystkich odmieniła.

„Wy też…?” – zapytał.

„Tak” – odpowiedział Nico.

Wszyscy padli sobie w objęcia, pięcioro sierot z Zaun połączonych poczuciem przynależności, jakiego już nigdy nie mieli doświadczyć. Gdy wreszcie się od siebie odsunęli, przed sobą zobaczyli dwóch odźwiernych, Chemdmucha i Brzęczyka, zaciskających ręce w pięści. Nos Chemdmucha sterczał krzywo. „Dobrze mu tak” – pomyślał Wyn.

„Mówiliśmy wam chyba, żebyście wracali do domu” – warknął Brzęczyk.

„Cholerne szczury” – parsknął Chemdmuch, trzymając się za krwawiący nos. „Wydaje im się, że mogą nas przechytrzyć.”

Walnął pięścią w wyciągniętą dłoń, by podkreślić wypowiedziane słowa.

„Czas, byście stąd wylecieli, i nie obiecuję, że nie będzie bolało” – powiedział Brzęczyk niemal przepraszającym tonem.

„To nie będzie potrzebne” – rozległ się melodyjny głos za ich plecami.



Wyn westchnął z ulgą, gdy poczuł rękę Mamy Elodie na swoim ramieniu. Jej palce były ciepłe, a dotyk uspokajał.

„Są z tobą?” – zapytał Chemdmuch.

„Tak, są ze mną” – odpowiedziała Mama Elodie.

Dwaj odźwierni wyglądali, jakby chcieli jeszcze coś powiedzieć, ale uznali, że kłótnia z gwiazdą wieczoru w otoczeniu zachwyconej widowni nie była najlepszym pomysłem. Mężczyźni wycofali się, samym spojrzeniem dając wyrostkom do zrozumienia, że choć udało im się wywinąć tym razem, to powrót do Babette mógłby się dla nich źle skończyć.

Wyn odwrócił się do Mamy Elodie, ale magia, którą utkała podczas swojego występu na scenie, opadła bez śladu. Zniknęła ioniańska księżniczka, wróciła zauńska nadzorczyni przytułku. Zmierzyła grupę twardym, surowym spojrzeniem.

„Powinnam pozwolić im spuścić wam lanie, żeby dać wam nauczkę” – powiedziała, prowadząc ich w stronę głównych drzwi teatru. Inni smutno kiwali głową, bez słowa przyjmując jej gniew, Wyn jednak jako jedyny dostrzegł iskrę rozbawienia w jej oczach. Mimo to nawet on wiedział, że czeka ich w najbliższej przyszłości sporo niewdzięcznych zadań.

„Byłaś niesamowita” – powiedziała Kez, gdy podążali za Mamą Elodie przez plac w stronę ulicy Spadku. Jeżdżąca całą noc winda do Zaun miała tam swoją stację. Przynajmniej nie będą musieli już skakać po dachach wyciągarek albo pokonywać setek schodów. Nico, Feen i Janke pomachali im i odbiegli, wystarczająco dorośli, by sami wrócić do domu. Wynowi to nie przeszkadzało. Był z Kez i Mamą Elodie i cieszył się ze wspólnego powrotu do Domu Nadziei przez szyb oświetlony światłem księżyca.

„Gdzie nauczyłaś się tak śpiewać?” – zapytała Kez.

„Od mamy, gdy byłam małą dziewczynką” – odpowiedziała Mama Elodie. „Pochodziła ze… starej, ioniańskiej dynastii. Jej głos był dużo wspanialszy od mojego.”

„To była piękna pieśń” – powiedział Wyn.

„Wszystkie pieśni Vastaya są piękne” – odrzekła Mama Elodie. „Wszystkie są też jednak smutne.”

„Dlaczego smutne?” – spytał Wyn.

„Istotą prawdziwego piękna jest jego skończoność” – powiedziała Mama Elodie. „Dlatego niektóre z ich pieśni są zbyt smutne, by je teraz śpiewać.”

Wyn nie rozumiał do końca, co miała na myśli. Jak pieśń może być zbyt smutna, by ją śpiewać? Chciał o to zapytać, ale im dalej oddalali się od Babette, tym mniej istotne się to wydawało.

Spojrzał w górę. Światło chemicznych latarni i odbicia gwiazd lśniły na powierzchniach miasta z żelaza i szkła, gdy przemierzali skalne uliczki, kierując się w stronę domu. Zza chmur wydostał się promień srebrzystego światła księżyca i Wyn głęboko zaciągnął się świeżym powietrzem, wiedząc, że niedługo pozbawiony zostanie tej przyjemności.

„Zdajecie sobie sprawę z tego, że przez resztę tygodnia będziecie szorować podłogi i wychodek, prawda?” – powiedziała Mama Elodie.

Wyn skinął głową. Nie przeszkadzało mu to. Wciąż ściskał rękę Kez. Tydzień szorowania podłóg wydawał się niewielką ceną za ten wieczór.

„Jasne” – powiedział. „Nie ma sprawy.”

janna_originalskinsplash

Szał Burzy – Janna

Janna, uzbrojona w potęgę wichur Runeterry, jest tajemniczym duchem wiatru, który ochrania poszkodowanych z Zaun. Niektórzy ludzie uważają, że została zrodzona z błagań żeglarzy z Runeterry, którzy modlili się o przyjazne wiatry, gdy pływali po zdradliwych wodach i mierzyli się z potężnymi wichurami. Jej przychylność oraz ochrona zawitały w końcu do Zaun, gdzie stała się źródłem nadziei dla potrzebujących. Nikt nie wie, gdzie lub kiedy się pojawi, ale na ogół przybywa na pomoc.

Wielu runeterrańskich żeglarzy jest bardzo przesądnych, co nie powinno dziwić, ponieważ często od kaprysów pogody zależy ich życie. Niektórzy kapitanowie nalegają na rozsypywanie soli na pokładzie, aby morze nie wiedziało, że pochodzą z lądu. Inni wyrzucają pierwszą złowioną rybę z powrotem do wody jako oznakę litości. Nie jest więc dziwne, że większość z nich błaga sam wiatr o delikatną bryzę, spokojną wodę oraz czyste niebo.

Wielu uważa, że Janna narodziła się dzięki tym modlitwom.

Jej początki były skromne. Żeglarze czasami zauważali jasnoniebieskiego ptaka tuż przed tym, jak pomyślny wiatr z tyłu poczynał dąć w żagle. Inni przysięgali, że słyszeli gwizdanie tuż przed nadejściem burzy, jakby chciało ono przed nią ostrzec. Gdy pogłoski o tych łaskawych omenach zaczęły się rozprzestrzeniać, ludzie coraz częściej zauważali ptaka. Niektórzy przysięgają, że widzieli, jak ptak zmienia się w kobietę. Powiadali, że ta tajemnicza kobieta ze spiczastymi uszami i falującymi włosami unosiła się nad wodą i kierowała ruchami wiatru za pomocą kostura.

Żeglarze tworzyli rozpadające się ołtarze z ptasich kości i lśniących skorup ostryg, które mocowali na dziobach statków. Bogatsi właściciele statków budowali ołtarze jako figury na masztach w nadziei, że bardziej ostentacyjna demonstracja wiary zostanie nagrodzona jeszcze lepszymi wiatrami.

W końcu runeterrańscy żeglarze wspólnie nadali imię duchowi wiatru — „Janna”, starożytne shurimańskie słowo znaczące „opiekun”. W miarę jak coraz więcej żeglarzy zaczynało wierzyć w Jannę i składać coraz to obfitsze dary, by zyskać jej przychylność, jej moc rosła jeszcze bardziej. Pomagała badaczom przemierzać nieznane wody, zawracała statki ze zdradzieckich raf i — podczas wyjątkowo pochmurnych nocy — owijała stęsknionych za domem żeglarzy ciepłą bryzą. Jeżeli ktoś wyruszał w morze ze złymi zamiarami — piraci, rabusie i im podobni — Janna czasami spychała ich z kursu za pomocą nagłych nawałnic i burz.

Czerpała też wielką radość ze swojej pracy. Niezależnie od tego, czy pomagała ludziom, czy karała tych, którzy na to zasługiwali, była szczęśliwa, strzegąc runeterrańskich oceanów.

Od kiedy Janna pamięta, pojedynczy przesmyk oddzielał zachodnie oceany Valoranu od wschodnich. Aby przedostać się z zachodu na wschód lub ze wschodu na zachód, statki musiały zmierzyć się z długim i niezwykle niebezpiecznym pasem wody w okolicy krańca południowego kontynentu. W związku z tym wielu żeglarzy składało ofiary Jannie, aby silne wiatry ułatwiły im podróż w okolicy skalistego wybrzeża.

Rządzących miastem usytuowanym na brzegu przesmyku męczył widok statków wyruszających w długą podróż wokół południowego kontynentu, która często trwała wiele miesięcy. Zatrudnili najsłynniejszych naukowców, aby wykorzystali pokaźne zasoby chemiczne odkryte niedawno w okolicy w celu utworzenia olbrzymiej drogi wodnej, która zjednoczyłaby morza Valoranu.

Pogłoski o kanale szybko rozeszły się wśród żeglarzy. Taka droga otworzyłaby niezliczone okazje do handlu, umożliwiła łatwiejsze pokonywanie niebezpiecznych wód, skróciła czas przebywania na morzu oraz umożliwiła transport łatwo psujących się dóbr. Zbliżyłaby wschód z zachodem, zachód ze wschodem, a przede wszystkim — przyniosłaby zmianę.

Dzięki temu kanałowi żeglarze nie potrzebowaliby wiatrów Janny, aby chroniły statki przed klifami Valoranu. Nie musieliby budować kunsztownych ołtarzy ani wyglądać drozdów na burzowym horyzoncie. Bezpieczeństwo i szybkość ich statków nie zależały już od nieprzewidywalnego bóstwa, ale od pomysłowości człowieka. Wraz z postępem prac na przestrzeni dekad, Janna została zapomniana. Jej ołtarze uległy zniszczeniu, rozebrane na kawałki przez mewy, a jej imię rzadko wspominano, nawet gdy zimą wody stawały się wzburzone i niebezpieczne.

Janna stała się słabsza i czuła, że jej moc zanika. Gdy chciała przywołać szkwał, wyczarowywała tylko lekki wietrzyk. Jeśli przybrała postać ptaka, mogła lecieć tylko przez kilka minut, zanim musiała odpocząć. Kilka lat temu znaczyła tak wiele dla wszystkich przemierzających morza — czy tak łatwo było zapomnieć o kimś, kto chciał zapewnić im bezpieczeństwo i odpowiedzieć na ich modlitwy? Jannę smuciło to, że powoli traciła na znaczeniu. Kiedy kanał został ukończony, jedyne, co po niej pozostało, to słaba bryza.

Otwarcie kanału było radosnym świętem. Tysiące chemtechowych urządzeń umieszczono wzdłuż przesmyku. Rządzący miastem zebrali się na uroczyste odpalenie ładunków, które podróżni z całego świata oglądali z uśmiechami na twarzach i dumą w sercach.

Urządzenia zostały aktywowane. Chemiczne opary roztapiające skały zaczęły się wydobywać. Wybuchy rozbrzmiały w całym przesmyku.

Zbocza klifów poczęły pękać. Ziemia zaczęła się trząść. Zebrani usłyszeli ryk wody oraz syk gazu.

W tym momencie rozległy się krzyki.

W ciągu nadchodzących lat nikt nie poznał dokładnej przyczyny katastrofy. Niektórzy twierdzili, że to niestabilność bomb chemicznych; inni, że to błędy w obliczeniach inżynierów. Niezależnie od przyczyny, wybuchy spowodowały reakcję łańcuchową, która wstrząsnęła całym przesmykiem. Całe dzielnice zapadały się do oceanu, a prawie połowa mieszkańców miasta musiała walczyć o życie z rwącymi prądami wschodnich i zachodnich mórz.

Gdy tysiące ludzi zniknęło pod falami, zaczęli błagać o pomoc, modląc się, aby ktoś ich ocalił. Wzywali imię, które do niedawna zawsze wypowiadali podczas niebezpieczeństwa na morzu:

Janna.

Dotknięta nagłą falą zdesperowanych błagań o pomoc bogini odczuła, że przepełnia ją moc tak wielka jak nigdy przedtem.

Wielu z tych, którzy wpadli do wody, już utonęło, ale gdy chmury toksycznego chemgazu zaczęły wydobywać się z pęknięć w ulicach, zatruwając i dusząc setki wdychających je ludzi, Janna wiedziała, jak pomóc.

Zniknęła w w chmurze gazu, który przytłaczał bezsilne ofiary narodzin wielkiego kanału. Uniosła kostur wysoko i zamknęła oczy, gdy otaczał ją wiatr — wichura tak potężna, że ci, którzy ją wezwali, obawiali się, że zostaną pochłonięci lub rozszarpani na strzępy. Jej kostur lśnił coraz jaśniejszym błękitem, a ona uderzyła nim o ziemię, rozpraszając gaz jednym, potężnym uderzeniem wiatru. Ci, którzy wezwali Jannę, wzięli głęboki oddech i spojrzeli na kobietę, która ich uratowała, przysięgając, że nigdy o niej nie zapomną.

Po tym wszystkim podmuch wiatru przeleciał po ulicach i Janna zniknęła… chociaż niektórzy twierdzą, że widzieli, jak jasnoniebieski ptak zakładał gniazdo na wysokiej wieży z żelaza i szkła, która górowała nad miastem.

Wiele lat po tym, jak naprawiono miasto zwane Zaun, a nad nim zbudowano lśniące miasto Piltover, imię Janny wspomina się w niezliczonych historiach, które opowiadają o wędrownym duchu wiatru, przybywającym w czasach wielkiej potrzeby. Niektórzy powiadają, że gdy Szarość Zaun staje się zbyt gęsta, Janna ją rozprasza, a następnie znika równie szybko, jak się pojawiła. Gdy oprych na usługach chemicznego barona przesadza lub gdy nikt nie reaguje na krzyki ofiar, potężny podmuch wiatru może przelecieć ulicą i przybyć na pomoc tym, którym nikt nie chce pomóc.

Niektórzy powiadają, że Janna jest mitem; optymistyczną bajką, którą najbardziej zdesperowani w Zaun opowiadają, aby poprawić sobie humor w czarnej godzinie. Inni — ci, którzy myślą o Jannie, gdy wiatr przelatuje wąskimi ulicami miasta lub gdy przebywają w pobliżu ręcznie zrobionych ołtarzy (teraz stworzonych ze złomu i zębatek, zamiast ptasich kości) — wiedzą lepiej. Gdy podmuch trzaśnie okiennicami i zwieje wywieszone pranie, Janna z pewnością jest w pobliżu. W każdy Dzień Postępu, niezależnie od pogody, wierzący w Jannę otwierają wszystkie okna i drzwi, aby wygnała ona zastałe powietrze zeszłego roku i wpuściła świeże. Nawet sceptycy czuli poprawę nastroju, gdy zauważali niebieskiego ptaka przelatującego ulicami Zaun. Mimo że nikt nie wie kiedy, jak, ani czy w ogóle Janna się pojawi, prawie wszyscy zgadzają się co do jednego: dobrze mieć kogoś, kto ma cię na oku.

Głęboki Oddech

Uważają, że Zaun to miejsce, w którym żyją nieudacznicy.

Oczywiście nie przyznają tego — uśmiechają się radośnie i poklepują po plecach, mówiąc, że Piltover nie mogłoby istnieć bez Zaun. Bez naszych ciężko pracujących robotników! Bez naszego prężnego handlu! Bez naszego chemtechu, którego niby nikt z Piltover nie kupuje, choć w rzeczywistości ciągle to robią! Powiadają, że Zaun jest ważną częścią kultury Piltover.

To wszystko kłamstwa. Rzecz jasna.

Uważają, że Zaun to miejsce, dokąd chodzą idioci. Ludzie zbyt głupi, aby dotrzeć do złotych wież Piltover.

Ludzie tacy jak ja.

Spędziłem miesiące na sprzedawaniu shimmeru, aby było mnie stać na zgłoszenie się na praktykanta do klanu Holloran. Przestudiowałem każdą starą, zatęchłą książkę na temat maszynerii z kołami zębatymi. Zbudowałem prototypową mechaniczną bransoletę dla ludzi ze złamanymi lub artretycznymi nadgarstkami, która zapewniła im większy zakres ruchów. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby zostać praktykantem w Piltover. Udało mi się nawet dotrzeć do ostatniego etapu procesu weryfikacji: spotkania twarzą w twarz z samym Boswellem Holloranem.

Powiedzieli, że to tylko formalność. Sposób na przywitanie mnie w rodzie.

Wszedł do pokoju, spojrzał na moje utytłane Szarością ubranie i roześmiał się stłumionym, ponurym śmiechem. — Przykro mi, mój chłopcze, nie przyjmujemy tu takich jak ty — powiedział.

Nawet nie usiadł.

Więc znów jestem tutaj. W Zaun. Kolejny idiota.

Szarość przetacza się po ulicach, witając mnie z powrotem. Na ogół jest jej na tyle mało, że można oddychać swobodnie bez krztuszenia się. Jednak dziś mamy do czynienia z czymś, co nazywamy Zaszarzeniem. Krztusisz się przy każdym oddechu. Czujesz ucisk w klatce piersiowej. Nie widzisz dalej niż na wyciągnięcie ręki. Chcę uciekać, ale nie mam dokąd. Szarość zdaje się zaciskać na mnie, miażdżąc i dusząc.

W takich sytuacjach modlę się do Janny.

Nie wszyscy w Zaun wierzą w jej istnienie, ale moja matka zawsze w nią wierzyła. Mówiła, że niebieski ptak pojawił się za naszym oknem w dniu moich narodzin i wiedziała, że to Janna, mówiąca, że będzie ze mną dobrze.

Oczywiście się myliła. Nie było ze mną dobrze. Kilka lat temu moja matka zmarła podczas zbierania złomu i musiałem przeżyć dzięki kilku zębatkom, które mi zostawiła. A potem było standardowo: nie znalazłem przyjaciół. Często mnie bili. Mój obiekt westchnień nie odwzajemnił moich uczuć. Próbowałem się uczyć i w ten sposób dostać się do Piltover. Nie udało się. Uznałem, że Janna o mnie zapomniała.

Ale wciąż trzymam wisiorek, który dostałem od matki: drewniany ryt niebieskiego ptaka, którego widziała. Na wypadek chwil takich jak ta.

Siadam więc na mokrej ziemi, ponieważ nie chce mi się szukać ławki, wyjmuję wisiorek, który zawsze trzymam pod koszulą, i zaczynam mówić do Janny.

Oczywiście nie na głos — nie chcę, żeby ludzie myśleli, że jestem pomyleńcem — ale mówię do niej.

Nie proszę jej o nic. Po prostu opowiadam jej o swoim dniu, tym i poprzednim, i o tym, jak bardzo się boję, że nigdy nie zostanę nikim wartościowym, i że umrę w slumsach nie osiągnąwszy niczego, jak moja matka; i że czasami chcę uciec gdzieś, gdzie mógłbym swobodnie oddychać i tak się nie bać, i płakać przez cały czas, i jak bardzo się nienawidzę za chęć płakania, ponieważ i tak mam lepiej niż niektórzy ludzie; i że czasami myślę o rzuceniu się do chemicznych basenów w slumsach, aby ponownie spotkać się z matką i zatonąć na dno, aby moje płuca wypełniły się płynem, ponieważ wtedy przynajmniej miałbym spokój. Mówię Jannie, że mam nadzieję, że czuje się dobrze. Mam nadzieję, że jest szczęśliwa, niezależnie od tego, gdzie się znajduje.

Wtedy właśnie czuję lekką bryzę na policzku. To bardzo lekki powiew, ale da się go odczuć. Wkrótce odczuwam, jak rozwiewa mi włosy. Wiatr świszczy głośno i po chwili mój płaszcz zaczyna łopotać na wietrze, a mi się wydaje, że znajduję się w sercu burzy.

Szarość wiruje wokół mnie, rozpychana przez wiatr, który zdaje się wiać zewsząd. Mgła powoli się rozwiewa i widzę innych przechodniów na antresoli, obserwujących to zjawisko.

Wiatr się zatrzymuje.

Szarość znika.

Mogę oddychać.

Nie są to małe, ostrożne oddechy, lecz głębokie wdechy, wypełniające moje płuca zimnym, świeżym powietrzem. Bez całunu Szarości słońce świeci poza wieże Piltover, aż do Zaun.

Powyżej widzę mieszkańców Piltover spoglądających na nas. Bez Szarości przysłaniającej im widok mogą nas zobaczyć ze swoich wysokich mostów i balkonów. Chyba im się to nie podoba. Nikt nie chce pamiętać, że mieszka nad slumsami. Widzę kilka grymasów.

I wtedy ponownie dostrzegam go: Boswella Hollorana. Trzyma w ręku ciastko i spogląda na mnie z góry. Na twarzy ma wyraz obrzydzenia, zupełnie jak wcześniej.

Jestem tak pogrążony w patrzeniu na jego pełną pogardy twarz, że nie zauważam osoby stojącej za mną, dopóki nie kładzie ręki na moim ramieniu.

— Wszystko w porządku — mówi, a ja wiem, kto to jest, bez obracania się.

Ściska moje ramię, a następnie krzyżuje ręce na mojej piersi, zamykając mnie w uścisku.

— Wszystko będzie dobrze — mówi.

Jej włosy opadają mi na ramiona. Pachnie jak powietrze po długiej ulewie.

— Teraz nie jest dobrze. Przez jakiś czas możesz cierpieć. Jednak nie przejmuj się tym. A któregoś dnia, nie wiedząc kiedy, dlaczego ani jak to się stało, poczujesz się szczęśliwy — mówi. Moja twarz jest ciepła i mokra, a ja nie wiem, kiedy zacząłem płakać, ale przynosi mi to ulgę, zupełnie jak podczas przejaśnienia. Trzymam jej ramiona, a ona trzyma mnie i w kółko powtarza, że wszystko jest dobrze, że jest przy mnie i że na pewno będzie lepiej.

Nie wiem, przez ile dokładnie mnie trzymała, ale wkrótce zauważam, że wszyscy na antresoli Zaun i balkonach Piltover się przyglądają.

Zanim jestem w stanie wydusić coś z siebie, szepta do mnie: — Nie myśl o nich. Po prostu zajmij się sobą. Możesz to dla mnie zrobić?

Próbuję odpowiedzieć, ale zamiast tego tylko kiwam głową.

— Dziękuję — mówi, całując mój mokry policzek, a potem jeszcze raz mnie ściska.

Unosi się i szybuje ponad mą głową. Po raz pierwszy widzę ją w całej okazałości — wysoka, nieziemska postać, którą normalnie uznałbym za wytwór mojej wyobraźni, ale przecież dopiero co mnie dotknęła. Zauważam jej długie, spiczaste uszy. Stopy, które nie dotykają ziemi. Włosy falujące na wietrze, pomimo tego, że w tej chwili żadnego nie czuć. Oczy tak błękitne, że odczuwam chłód, patrząc na nią.

Zaraz się uśmiecha, puszcza do mnie oko i mówi: — Teraz patrz uważnie.

Nadciąga podmuch wiatru tak potężny, że muszę zasłonić oczy. Gdy je otwieram, jej już nie ma, ale wiatr nadal wieje. Uderza w stronę Piltover i jego gapiących się mieszkańców.

Świszczy, gdy nabiera prędkości i siły. Mieszkańcy Piltover próbują się ukryć, ale jest już za późno — rozwiewa ich ubrania i targa włosy. Boswell Holloran krzyczy z przerażenia, gdy wiatr wyrzuca go z balkonu.

Wydaje się, że leci ku pewnej śmierci, ale kolejny podmuch wiatru uderza w jego stronę i jego upadek zostaje spowolniony, jakby wiatr niósł go w dół. Jednak on zdaje się tego nie wiedzieć. Mimo że leci w dół z prędkością spadającego liścia, przez całą drogę wrzeszczy wniebogłosy. Bardzo piskliwie. Bez godności.

Jego ubrania podlatują do góry, uderzając go w twarz, gdy leci w dół, aż nie zatrzymuje się kilka centymetrów nad kałużą.

— Ja… — zaczyna mówić, a gdy wiatr zupełnie znika, wpada tyłkiem prosto w kałużę, przy okazji niszcząc coś, co wygląda na bardzo kosztowny strój. Wydobywa z siebie serię dźwięków będących połączeniem zaskoczenia, bólu i irytacji, chlapiąc naokoło jak rozgniewane dziecko. Próbuje wstać, ale ślizgając się, ponownie upada. Jeżeli mam być zupełnie szczery, wygląda jak idiota.

A ja nie mogę przestać się śmiać.

Ekko

Chłopiec, który ujarzmił czas – Ekko

Ekko, geniusz wychowany na ulicach Zaun, manipuluje czasem, aby każda sytuacja potoczyła się po jego myśli. Korzystając ze swojego własnego wynalazku, Napędu Zero, Ekko odkrywa nieskończone możliwości czasoprzestrzeni, aby stworzyć idealny moment. Choć ceni sobie swoją wolność ponad wszystko, to nie zawaha się pomóc przyjaciołom, gdy są w potrzebie. Dla przybyszów Ekko wydaje się dokonywać niemożliwych rzeczy za pierwszym razem, przy każdej rzeczy, którą robi.

Urodzony z umysłem dorównującym geniuszom, Ekko tworzył proste maszyny, zanim nauczył się raczkować. Zachwyceni tymi pokazami geniuszu, jego rodzice, Inna i Wyeth, przysięgli, że zapewnią dobrą przyszłość synowi. Ich zdaniem Zaun, z całym swoim zanieczyszczeniem i przestępczością, nie było miejscem dla tak genialnego dziecka. Wyrabiali dużo nadgodzin w fabryce i pracowali w niebezpiecznych warunkach, aby ich syn miał szansę osiągnąć coś w Piltover.

Jednak Ekko patrzył na to inaczej.

Obserwował, jak jego rodzice się starzeją, próbując związać koniec z końcem, zarabiając niewiele, podczas gdy ich ręcznie robione towary były sprzedawane mieszkańcom Piltover za niebotyczne sumy, których oni nigdy nie zobaczyli ze względu na chciwych nadzorców Fabryki Drewna oraz przebiegłych kupujących. Pilciaki chodziły do Promenady, aby tanio i dobrze się zabawić, albo na Antresolę, aby zajrzeć do klubów, w których wszystko może się wydarzyć. Ekko nie podzielał wizji rodziców co do tego, że prowadziłby godne życie w Mieście Postępu.

Jednakże Zaun… Tam, gdzie jego rodzice widzieli dławiące zanieczyszczenia i przestępczość, Ekko spoglądał poza to i odkrył dynamiczne miasto pełne energii i potencjału. Było gniazdem innowacji, wielokulturowym miejscem pełnym ludzi z odległych miejsc, imigrantów zjednoczonych w celu rozwijania przyszłości. Jednakże nawet oni nie mogli konkurować z rodowitymi Zaunitami. Nie ze wzmocnionymi bandziorami czy przebywającymi na dnie łajdakami, o których niegodziwych uczynkach często można przeczytać w gazetach Piltover. Chodzi o rozrabiaków, chemików oraz ogrodników dbających o kultywatory. Oni, oraz wielu innych, byli prawdziwym sercem i duszą miasta. Byli zaradni, wytrzymali i przedsiębiorczy. Stworzyli rozbudowaną kulturę w miejscu katastrofy i rozkwitali tam, gdzie inni by zginęli. To właśnie ten duch Zaun zachwycił Ekko i sprawił, że budował on swoje maszyny wyłącznie ze złomu, którego nikt inny nie cenił, oraz sam je testował.

Nie tylko on posiadał takiego ducha. Ekko zaprzyjaźnił się z sierotami, uciekinierami oraz każdym, kto podzielał jego ekscytację. Każdy z nich dysponował wyjątkowym talentem: od wspinaczki po rzeźbiarstwo, od malowania do planowania. Wielu Zaunitów rezygnowało z edukacji na rzecz praktyki. Te samozwańcze Zaginione Dzieci Zaun pobierały nauki w labiryncie ulic, przy okazji ciesząc się z dzieciństwa. Rzucali sobie wyzwania, ścigając się przez Graniczny Rynek. Próbowali się wspinać niebezpiecznymi drogami ze slumsów na Antresolę i wyżej, na Promenadę. Byli wolni i nie odpowiadali przed nikim, poza swoimi kaprysami.

Aby odróżniać się od przestępców i innych chempunków, postanowili nie modyfikować swoich ciał. Wzmacnianie było dla nich stratą pieniędzy i spoglądali na to krzywo. Podobnie jak na okradanie ludzi, którzy nie mieli nic lub mniej niż oni. Z tego powodu burżujskie Pilciaki oraz wzmacniani bandyci byli tak kuszącymi dla nich celami. Przystrajali swoje tajne kryjówki zrabowanymi dobrami i dziełami sztuki malowanymi na ścianach. Zaginione Dzieci Zaun czuły się nietykalne.

W miarę dorastania, wynalazki Ekko stawały się coraz bardziej niesamowite i skomplikowane, wymagając wyjątkowych składników, które musiały być „wyzwolone” ze złomowisk. Dobrze, że nie miał nic przeciwko zaglądaniu tam, gdzie nie powinien. Wkrótce wzmacniane zbiry oraz agresywni ochroniarze zaczęli się interesować Ekko i jego ekipą rozrabiaków, co często kończyło się pogonią. Zawsze go zaskakiwało, jak zaciekle laboratoria Piltover i fabryki chemicznych baronów strzegły swojego złomu. Przecież nie wykorzystują tych odrzuconych elementów do niczego. Z drugiej strony, on mógłby wykorzystać ich śmieci w dobry sposób.

Pewnej nocy, gdy Ekko przeszukiwał ruiny niedawno wyburzonego laboratorium, dokonał niezwykłego odkrycia: znalazł odłamek niebiesko-zielonego kryształu, który lśnił magiczną energią. Szukał dalej i szybko odnalazł pozostałe fragmenty kryształu. Odłamki buczały, jakby próbowały śpiewać popsutą melodię, która rozbrzmiewała głośniej, gdy znajdowały się w pobliżu innych fragmentów. Skrupulatnie odszukał każdy kawałek zniszczonego kryształu, chociaż niektóre z nich były pogrzebane głęboko pod gruzami, przez co musiał czołgać się wśród śmierdzących śmieci. Każde dziecko w Zaun słyszało o hextechowych kryształach. Dostarczały one mocy broni i herosom. Mogły same tworzyć energię. Hextechowe kryształy mogły odmienić świat. A on teraz posiadał roztrzaskany.

Zanim mógł ucieszyć się ze znaleziska, na miejscu zaroiło się od bandziorów, którzy czegoś poszukiwali w ruinach. Ekko wiedział, że chodzi o fragmenty kryształu, które trzymał w rękach. Ledwo udało mu się uciec.

Po dokładnym przestudiowaniu fragmentów Ekko zauważył, że wydobywa się z nich energia, gdy znajdują się blisko siebie – krawędzie błyskały i wysyłały fale zniekształceń w powietrzu. Gdy próbował odsunąć od siebie kawałki, przypominający magnetyzm opór utrudniał mu zadanie. Wydawało się, że roztrzaskany kryształ pamiętał, jak był w całości. Co ciekawsze, Ekko odczuwał dziwne wrażenie – jakby pamiętał pewien moment, ale trochę inaczej.

Jego ręce nie mogły nadążyć za pomysłami, jakie jego umysł miał w stosunku do kryształów. Podczas jednego z eksperymentów kryształ eksplodował w wirze lśniącego pyłu, wywołując zawirowanie czasowe. Ekko otworzył oczy i zobaczył kilka rozdzielonych rzeczywistości – a także kilka wersji siebie – wpatrujących się w przerażeniu w roztrzaskaną ciągłość.

Tym razem naprawdę narozrabiał.

Po trudnej współpracy pomiędzy Ekko i jego innymi wersjami, udało im się naprawić dziurę, którą wyrwali w czasoprzestrzeni.

W końcu Ekko zgromadził czasowe moce roztrzaskanego kryształu w urządzeniu, które umożliwiało mu manipulację niewielkimi fragmentami czasu – a przynajmniej taka była teoria. Zanim udało mu się przetestować swój najnowszy wynalazek, jego przyjaciele namówili go na wspinaczkę na Starego Głodomora, aby świętować urodziny – Ekko przerzucił sobie wynalazek przez plecy i zabrał ze sobą.

Wyruszyli do starej wieży zegarowej mieszczącej się w sercu Starego Zaun i rozpoczęli wspinaczkę, przystając co jakiś czas, aby namalować karykaturę jakiegoś Pilciaka. Zbliżali się do końca wspinaczki, gdy jeden z uchwytów się oderwał i jeden z jego przyjaciół zleciał z wieży. Instynktownie, jakby robił to tysiące razy wcześniej, Ekko aktywował urządzenie. Świat wokół niego się roztrzaskał i został ciśnięty wstecz przez wirujące cząsteczki czasu.

Włosy na jego rękach trzaskały od elektryczności. Jego umysł został zaćmiony. Potem zobaczył przyjaciela sięgającego do przegniłej deski, która miała zarwać się pod jego ciężarem. TRZASK! Deska pękła, ale Ekko chwycił swojego spadającego przyjaciela za kołnierz i przerzucił na pobliski gzyms. Niestety, źle wyliczył trajektorię i wrzucił go w obracające się tryby wieży zegarowej. Ups.

Kilkanaście cofnięć i poprawek na wiatr później, Ekko uratował życie swojego przyjaciela. Dla innych wyglądało to, jakby Ekko miał nieludzki refleks. Jego prestiż natychmiast wzrósł. Powiedział im o krysztale i manipulowaniu czasem i poprosił o zachowanie dyskrecji. Zamiast tego, bezwstydnie przejaskrawiali wyczyny swojego przyjaciela i rzucali sobie coraz bardziej lekkomyślne wyzwania wiedząc, że nic im się nie stanie. Z każdym użyciem urządzenie do zakrzywiania czasu – które nazwał Napędem Zero – stawało się coraz bardziej stabilne. Ekko odkrył, że może z łatwością zdobywać składniki, tłuc chempunków, a nawet używać odpowiednich tekstów na podryw, przez co zawsze robił dobre pierwsze wrażenie. Jedynym ograniczeniem było to, ile jego ciało mogło wytrzymać, zanim pojawiło się zmęczenie.

Plotki i opowieści o wyczynach Ekko dotarły do uszu pewnych potężnych ludzi w obu miastach. Viktor, wielce szanowany (oraz szerzący strach) zauński naukowiec, jest niezwykle zainteresowany takimi osobnikami i wyposażył kilku ze swoich słabszych sługusów w potężne wzmocnienia, aby zachęcić chłopca do dołączenia do niego. Jednocześnie, znany w Piltover wynalazca Jayce chce spotkać Chłopca, Który Ujarzmił Czas i dokładnie poznać technologię, którą dysponuje. Jednakże Ekko za bardzo ceni swoją wolność i nie ma zamiaru być częścią czyjegoś planu. Niektórzy ścigający go być może ujrzeli go na chwilę, zanim nie zostali powstrzymani, często w upokarzający sposób, przez młodego chłopaka obdarzonego nadnaturalnym zmysłem do namierzania ich słabych stron.

Ekko marzy o tym, aby jego miasto kiedyś zdetronizowało Miasto Postępu. Cały blask Piltover zostałby przyćmiony przez czysty geniusz oraz niezrównany charakter Zaun, które powstały nie dzięki wielkim bogactwom, ale niesłychanej brawurze. Może i jeszcze nie ma planu, ale Ekko dysponuje nieograniczonym czasem na ziszczenie swojego marzenia.

W końcu skoro może zmieniać przeszłość, to jak trudna może być zmiana przyszłości?

Kołysanka

To był jeden z tych dni, które wydają się trwać cały tydzień.

Dla Ekko było tak zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Wszystko poszło nie tak i okropnie długo trwało, zanim udało się to naprawić. Najpierw Ajuna o mało co się nie zabił podczas próby wspinaczki na Starego Głodomora. Chłopak tak desperacko chciał być taki jak Ekko, że wystrzelił w górę po ścianach wieży zegarowej, zanim którykolwiek z jego przyjaciół zdołał go powstrzymać. Ten pomysł okazałby się tragiczny w skutkach, gdyby Ekko szczęśliwie nie aktywował wcześniej Napędu Zero. Osiemnaście razy słyszał mrożący krew w żyłach ostatni krzyk lecącego w przepaść chłopca, zanim udało mu się wymyślić sposób na zapobiegnięcie jego upadkowi i uratowanie mu życia.

Później, gdy w poszukiwaniu części przeczesywał kupę złomu, do której rościł sobie prawa klan Ferros, otoczyła go wyjątkowo agresywna grupa bandziorów. Ogromnych, paskudnych bandziorów o jeszcze paskudniejszych pancerzach. Ich prędkość była dla Ekko zaskoczeniem, ich chęć do zabijania już mniej – dla zbirów z Piltover życie drobnych złodziejaszków znaczy tyle, co zeszłoroczny śnieg. Kolejna sytuacja pozornie bez wyjścia, z której uratować go mógł tylko nieoceniony Napęd Zero. Po kilku tuzinach prób w końcu wpadł na pewien pomysł i wyciągnął swoją najnowszą zabawkę: Błyskowciągacz. Zgodnie z zamierzeniem miał eksplodować w oślepiającym błysku i przyciągnąć do siebie wszystko, co nie było przytwierdzone na sztywno.

Ale tak się nie stało. Błyskowciągacz zadziałał, ale zupełnie nie tak, jak powinien. Eksplodował. I wtedy zrobiło się ciekawie. Zupełnie inaczej niż w przypadku innych eksplodujących wynalazków Ekko, magiczny wybuch nagle zastygł. Pojawiły się kolumny falującej, niebieskiej energii. W zwolnionym tempie zawirowały odłamki dysku, które w przypadku normalnej eksplozji zniszczyłyby wszystko dookoła. Unieruchomiony został sam oślepiający błysk.

A potem zrobiło się jeszcze ciekawiej. Eksplozja implodowała, zmieniając się na powrót w Błyskowciągacz wielkości zwykłej pięści, który poleciał z powrotem w kierunku Ekko i wylądował w jego dłoni, zimny niczym lód.

Odjazd, pomyślał Ekko. Przewinął ten moment, by jeszcze kilka razy porazić bandziorów. W celach naukowych, oczywiście.

Gdy Ekko wrócił do domu, jego ciało było zmęczone, ale umysł wciąż w pełnej gotowości. Jego mieszkanie, praktycznie urządzone, zawierało mało mebli i jeszcze mniej ozdób. Pokój Ekko stanowił oddzielony zasłoną kąt pełen porozrzucanych książek, części oraz miejsc do ukrycia Napędu Zero i Błyskowciągacza. Tego dnia jego rodzice mieli oboje wrócić wcześniej do domu, a on miał im coś do powiedzenia.

“Mamo, tato.”Powtarzał na głos do swojego odbicia, które gapiło się na niego z błyszczącej powierzchni Napędu Zero. “Nie zamierzam dołączyć do żadnego klanu ani szkoły dla ważniaków. Zostaję tutaj z wami i moimi przyjaciółmi. Nigdy nie odwrócę się od Zaun.”Jego słowa przepełniała pewność siebie, którą napełniało go przemawianie do czterech ścian pustego mieszkania i własnego odbicia. One nie mogły mu odpowiedzieć.

Po pewnym czasie usłyszał ciche brzęczenie kluczy po drugiej stronie drzwi. Szybko schował Napęd Zero pod stół i przykrył go czarną szmatą. Nie chciał, by rodzice martwili się, że używa niestabilnych urządzeń do manipulacji czasem.

Drzwi otworzyły się i pojawili się w nich rodzice Ekko. Wydawali mu się obcy, a ich praca sprawiła, że wyglądali jeszcze starzej niż tych kilka tygodni temu, gdy widział ich ostatnio razem. Wiedział, co teraz będzie. Zjedzą skromny posiłek, kupiony za część ich dziennej stawki, schowają resztę pieniędzy na podatki i łapówki, a potem zasną na krzesłach z głowami opartymi na piersiach, gdzie zostaną, dopóki Ekko nie zdejmie im butów i nie przeniesie ich do łóżek.

Zmęczenie było tak wielkie, że głowy same im opadały. Tym razem jego matka trzymała pod pachą niewielką paczkę, zawiniętą w papier i obwiązaną sznurkiem.

“Witaj, mój mały geniuszu.”Wkładała wiele cennej energii w próbę nadania życia własnym słowom. Widoczne na jej twarzy odprężenie na widok syna, czekającego na nią przy stole był czymś, czego nie da się udawać.

“Cześć, mamo. Cześć, tato.”Dużo czasu minęło, odkąd cała trójka miała okazję usiąść razem przy stole. Ekko zbeształ się w myślach za to, że nie potrafił powiedzieć nic lepszego.

Jego ojciec jednak uśmiechnął się z dumą, poklepał go po głowie, po czym udał groźne spojrzenie. Mimo wysiłków chłopakowi nie udało się przypomnieć czasów, gdy jego ojciec nie wyglądał tak staro, zanim przedwcześnie przerzedziły mu się włosy i pojawiły głębokie zmarszczki na czole.

“Mówiłem ci, żebyś skrócił te włosy,”powiedział ojciec. “Za bardzo będziesz się wyróżniał w szkole w Piltover. Jak będziesz tak wyglądał, to przyjmą cię tylko w Fabryce Drewna. Ale oni przyjmą kogokolwiek. A ty nie jesteś kimkolwiek. Jak ci idzie składanie papierów?”

To była ta chwila. Ekko poczuł, jak wyćwiczone słowa więzną mu w gardle. Nadzieja w głosie jego ojca była zbyt oczywista.

Zanim Ekko zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwała się jego matka.

“Mamy coś dla ciebie.”Położyła brązowy pakunek na stole. Przybliżyli sobie krzesła, by obserwować jak Ekko sięga po niego i rozwiązuje sznurek, rozprostowując go i kładąc obok na stole. Z namaszczeniem rozwinął cienki papier. W środku leżał mały kawałek pachnącego ciasta, przybranego polewą z miodu i kandyzowanymi orzechami. To było ciasto od Elline. Elline robiła najlepsze wypieki w całym Zaun i sporo sobie za nie liczyła. Ekko i jego przyjaciele podkradali czasem ciastka od bogatych ludzi, którzy płacili wygórowaną cenę bez choćby mrugnięcia okiem.

Zaskoczony Ekko podniósł głowę, by spojrzeć na rodziców. Ich oczy błyszczały ze szczęścia. “Nie trzeba było,” powiedział. “Potrzebujemy mięsa i prawdziwego jedzenia, a nie słodyczy.”

“Nigdy nie zapomnielibyśmy o twoich imieninach,” zaśmiał się jego ojciec. “Ale wygląda na to, że ty sam zapomniałeś.”

Ekko najwyraźniej zupełnie stracił poczucie czasu. Prezent wciąż jednak wydawał mu się zbyt luksusowy. Zwłaszcza, że właśnie zamierzał rozbić w pył ich marzenia. Poczucie winy ciągle w nim narastało. “Właściciel mieszkania urwie nam głowy, jak znowu spóźnimy się z czynszem.”

“Nie martw się o to. Zasługujesz na coś dobrego,” powiedziała jego matka. “Możesz przecież zjeść ciasto na kolację raz na rok.”

“A co wy zjecie?”

“Nie jestem głodna,” odpowiedziała.

“A ja zjadłem w pracy,” skłamał jego ojciec. “Ser i wędlinę z Piltover. Całkiem dobre.”

Patrzyli, jak Ekko sięga po malutki kawałek ciasta. Było słodkie i maślane, a okruszki przylepiały mu się do palców. Bogaty smak długo pozostawał na języku. Ekko wziął ciasto, by podzielić je na trzy części, ale jego matka pokręciła głową. Jej łagodny głos zaczął nucić wesołe takty pieśni imieninowej i wiedział, że nie przyjmą od niego ani kawałka. To był ich prezent dla niego.

Jego ojciec przyłączyłby się do śpiewania imieninowej pieśni, ale zasnął już, do połowy zsunięty z krzesła, z brodą opartą o pierś. Ekko spojrzał na matkę, której oczy zamykały się powoli, a melodia pieśni ucichła, gdy nią także zawładnął sen.

Przez krótki moment Ekko pomyślał o pracy w Fabryce Drewna za kilka złamanych miedziaków i codziennym głodowaniu, by inne miasto mogło się rozwijać, by inni mogli pławić się w luksusach. Nie mógł znieść tej myśli. Pamiętał urywki rozmów, krótkie słowa, które zapamiętał jego dziecięcy umysł, gdy jego rodzice mieli jeszcze siłę szeptem dzielić się marzeniami o własnych wynalazkach i o wstąpieniu do klanów. O pomysłach, które mogłyby zmienić świat i ich własną przyszłość. Ekko wiedział, że teraz to on jest ich jedyną nadzieją. Kochał jednak życie w Zaun. Jeśli spełni ich marzenia, kto zaopiekuje się nimi i jego przyjaciółmi?

Nie potrafił jednak zdobyć się na rozwianie ich nadziei. Nie dzisiaj, nie w swoje imieniny. Może jutro.

Ekko nie dokończył ciasta. Zamiast tego włączył swój Napęd Zero. Jego mieszkanie wypełniło migoczące, kolorowe światło. Szum codzienności zamienił się w absolutną ciszę. Trwająca chwila rozpadła się na kawałki i zamarła w odłamkach światła.

Przyszłość na powrót zamieniła się w przeszłość, a rodzice Ekko po raz drugi tej nocy wracali do domu. A potem po raz trzeci, i czwarty, i piąty, i szósty.

Za każdym razem Ekko przeżywał tę chwilę tak samo jak za pierwszym, niczego nie zmieniając; cieszyły go iskierki w oczach jego matki, dumny uśmiech jego ojca. Ekko walczył z sennością, by jak najdłużej trwać w tej skradzionej chwili, do momentu gdy łagodny głos jego matki w końcu ukołysał go do snu.

To był jeden z tych dni, które wydają się trwać cały tydzień.

22738e8f381222b8d7b9fb302f0ec5f3

Tajna Broń – Zac

Zac powstał w wyniku kontaktu toksycznego szlamu z chemtechem, który następnie osiadł w jaskini w głębi slumsów Zaun. Mimo takich narodzin Zac ewoluował z prymitywnego szlamu w istotę myślącą, która zamieszkuje kanalizację miejską, co jakiś czas wynurzając się, aby pomóc tym, którzy nie dają sobie rady sami albo w celu odbudowy zniszczonej infrastruktury Zaun.

Grupa zauńskich dzieci po raz pierwszy spotkała Zaca, gdy puszczały kaczki na jeziorze na śmietnisku i niektóre kamienie były odrzucane w ich stronę. „Odrzucające jezioro” stało się słynne wśród mieszkańców zauńskich slumsów i w końcu zwróciło uwagę podejrzanej kliki chemtechowych alchemików. Pomimo protestów miejscowych mieszkańców, alchemicy przelali zawartość jeziora do cystern i zanieśli substancję do laboratoriów, aby przeprowadzić na niej eksperymenty.

Po przeprowadzeniu serii eksperymentów alchemicy odkryli, że skrzepnięta masa przebywająca w jeziorze wykazuje psychotropowe skłonności. Krótko mówiąc, naśladowała wszelkie bodźce, które jej dostarczano. Jeżeli traktowano ją dobrze, reagowała z dziecięcą radością i wesołością, ale kiedy testowano reakcje na ból i agresję, wywiązał się chaos, w wyniku którego alchemicy stracili wielu wzmocnionych pomocników.

Większość alchemików przypisywało to zwykłym odruchom, ale dwójka z nich nie była co do tego przekonana. Kwestionowali etyczną stronę eksperymentów, których jedynym celem zdawało się być stworzenie potwora o niezrównanej agresji. Gdy wspólnie zaczęli prowadzić śledztwo, odkryli, że projekt jest finansowany przez Saito Takedę, znanego z gwałtownego temperamentu chemicznego barona, który często bywa zamieszany w krwawe wojny gangów. Implikacja była jasna; Takeda chciał stworzyć wojownika, który wzruszeniem ramion skwituje rany śmiertelne dla każdego innego bytu, dostanie się w miejsca niedostępne dla ludzi i wykona każdy rozkaz. Poznali także prawdziwą nazwę projektu: Zauński Amorficzny Ciężkozbrojny.

Gdy obydwaj dociekliwi alchemicy rozważali, jak najlepiej postąpić, zaobserwowali, że reakcje gęstego żelu na bodźce były czymś więcej niż tylko ich kopiowaniem. Jasne stało się, że do zachowań dochodzi bez żadnych bodźców — jego zachowanie świadczyło o świadomości. Stworzenie nazwali Zac i stwierdzili, że wykazuje ono zachowanie myślącej, czującej istoty. Swoje odkrycia przedstawili szefowi zespołu badawczego, ale zostały one zignorowane.

Nie chcąc odpuścić, zaczęli potajemnie starać się odwracać agresywne nauki, które stworzeniu wpajała pozostała część ich zespołu. Zamiast tego chcieli nauczyć Zaca odróżniania dobra od zła, pokazując mu akty altruizmu oraz wielkoduszności. Ich starania okazały się skuteczne, ponieważ Zac okazywał smutek, gdy jedna z badaczek zraniła się w rękę, i reagował źle, gdy inny naukowiec zabił w laboratorium szczura. W końcu nie byli w stanie dłużej tolerować okrutnych eksperymentów, jakie reszta badaczy przeprowadzała na Zacu.

Pewnej nocy podczas obchodów Dnia Postępu w Zaun, gdy laboratorium było puste, przelali Zaca do zbiornika na kółkach i wywieźli do odległej części Zaun. Gdy odkryto, co zrobili, siepacze barona Takedy zaczęli ich szukać. Jednakże Zaun to wielkie miejsce, więc badaczom udało się ukryć przed ścigającymi. Chcieli wypuścić Zaca na wolność, ale on tego nie chciał, ponieważ teraz uważał dwójkę badaczy za swoją rodzinę. Oni jako jedyni okazali mu uprzejmość, a on chciał się od nich nauczyć więcej. Po prawdzie to ucieszyli się z tej reakcji, ponieważ tak bardzo polubili Zaca, że traktowali go jak przyrodniego syna.

Aby pozostać poza zasięgiem ludzi Takedy, zmienili tożsamość i wygląd i zamieszkali w odległym zakątku slumsów, z daleka od ciekawskich oczu. Zac nauczył się naśladować ich głosy i szybko opanował sztukę zmieniania swojej galaretowatej masy w kształty, które umożliwiały mu wydawanie dźwięków. Żył z nimi przez długie lata, ukrywając się w ściekach lub wnękach skalnych, gdy było to konieczne. „Rodzice” Zaca opowiedzieli mu o świecie, w którym żyje, mówiąc, że może być piękny i pełny zachwycających rzeczy. Pokazali mu księżyc wznoszący się ponad Słonecznymi Wrotami, tęczowe odblaski światła na witrażach na dachach hal targowych Zaun oraz tętniące życiem centrum miasta. Wyjaśnili mu także, że świat potrafi być okrutny, a Zac przekonał się sam, że ludzie czasami są niemili, nieuprzejmi, nienawistni i uprzedzeni. Zac odrzucił takie zachowania i pomagał rodzicom, gdy tylko mógł, podczas gdy oni wykorzystywali swoje umiejętności, aby pomagać ludziom bez ściągania na siebie przesadnej uwagi.

Robili, co w ich mocy, aby leczyć chorych, naprawiać zniszczone maszyny i wykorzystywać wiedzę o chemtechu w dobroczynny sposób. To były wspaniałe lata dla Zaca. Wędrował po Zaun przez praktycznie nieskończoną sieć rur oraz liczne skalne pęknięcia. Mimo że Zac był istotą świadomą, zbyt dużo bodźców ze środowiska mogło czasami przytłoczyć jego zmysły i sprawić, że tymczasowo przejmował dominujące wokół niego emocje, na dobre lub na złe. Czasami nie mógł powstrzymać się przed pomaganiem gnębionym i uciskanym przez przestępców, przez co plotki o jego obecności rozprzestrzeniły się po Zaun. Chociaż większość opowieści było związanych z tym, że pomagał ludziom, niektóre przypisywały mu niszczycielskie działania — zniszczenie fabryki lub rozdarcie skał w pobliżu jednej z dzielnic.

W końcu te plotki dotarły do Saito Takedy, który wysłał bandę wzmocnionych osiłków, aby odzyskali to, co uważał za swoją własność. Jego alchemicy próbowali — bezskutecznie – odtworzyć proces, dzięki któremu powstał Zac, używając kropel ze zbiornika, w którym przebywał. Takeda chciał odzyskać stworzenie, a jego wzmocnieni ludzie otoczyli dom rodziców Zaca i zaatakowali. Ci nie poddali się bez walki, ponieważ byli badaczami chemtechu i posiadali środki, którymi mogli się bronić, ale ich opór nie mógł trwać wiecznie i w końcu zostali zabici, pomimo tego, że Takeda kazał sprowadzić ich żywych.

Zac badał podziemia mieszczące się głęboko pod Zaun, ale wyczuł kłopoty, w jakich znaleźli się jego rodzice, i pędził rurami na pomoc. Przybył za późno, by ich uratować, a furia, która ogarnęła go na widok ich martwych ciał, była nieporównywalna do czegokolwiek, co kiedykolwiek widzieli ludzie barona. Zac zaatakował, prezentując srogi pokaz rozciągania, druzgotania i miażdżenia. Pochłonięty przez cierpienie i gniew, zniszczył szereg pobliskich domostw, a gdy walka dobiegła końca, wszyscy wzmocnieni mordercy byli martwi.

Gdy silne emocje wywołane walką opuściły Zaca, zniszczenie domów poruszyło jego sumienie i poprzysiągł, że będzie kontynuował dobrą pracę swoich rodziców. Pomógł odbudować to, co zniszczył, ale gdy praca została skończona, natychmiast zniknął w sieci rur.

Teraz Zac żyje sam, kryjąc się w tunelach i jaskiniach przecinających Zaun, wchłaniając emocje mieszkańców miasta. Czasami go wzbogacają, ale kiedy indziej prowadzą do smutku, ponieważ przyjmuje on zarówno dobro, jak i zło miasta. Pośród mieszkańców Zaun stał się czymś w rodzaju miejskiego mitu; dziwnym stworzeniem, które od czasu do czasu wynurza się z pęknięć skalnych lub uszkodzonych rur. W większości wypadków pomaga wtedy potrzebującym, jednak gdy w mieście panuje ponury nastrój, jego pojawienie się może być powodem do niepokoju.

Opieka

Złota godzina między piątym i szóstym dzwonem. To moja ulubiona pora dnia. Wtedy większość pracowników Fabryki Drewna kończy zmianę. Są wyczerpani, ale to koniec pracy. Mogą zostawić ją za sobą. Przed nimi ciepły posiłek i domowe ognisko. Tutejsi ludzie są mili i zawsze dobrze się czuję, gdy przeciskam swoje galaretowate ciało przez wyrwy skalne w pobliżu Fabryki Drewna. Wyczuwam miłość, jaką mężczyzna idący do domu darzy nowonarodzonego syna. Rozkoszuję się wyczekiwaniem małżeństwa, które wkrótce wybiera się na romantyczną kolację na Rynek Graniczny.

Ich myśli mnie przenikają. To miłe uczucie, niczym gorąca kąpiel, chociaż trochę za bardzo się rozciągam w wysokich temperaturach. Jednakże zawsze trafią się osoby, które nie są tak szczęśliwe. W końcu życie w Zaun może być ciężkie. Niektórzy ludzie leczą złamane serca, inni nie mogą znieść myśli o kolejnej zmianie w pracy i nie czują nic — poza niechęcią. Wchłaniam dobro i zło, ponieważ tak zostałem stworzony. Złe uczucia czasami sprawiają, że się gniewam, ale nic nie mogę na to poradzić. Rodzice nauczyli mnie, że to w porządku czasami tak się czuć. Bez złych rzeczy nie można odpowiednio cieszyć się dobrymi.

Podążam za tłumem, dopóki ludzie nie zaczynają się rozdzielać. Kilka złych uczuć wciąż trwa w moich myślach, więc postanawiam zrobić coś dobrego, aby się ich pozbyć. Przeciekam przez sieć zepsutych wentylatorów, które chciałem naprawić od jakiegoś czasu, ale nigdy się za to nie zabrałem. Podczas wędrówki gromadzę w ciele fragmenty metalu, następnie wypycham je z mojej amorficznej formy na zewnątrz przy każdym pęknięciu, a na koniec rozgrzewam swoją zewnętrzną powłokę, aby je zespawać. Po zatkaniu pęknięć czyste powietrze z przepompowni w Piltover znowu zaczyna płynąć. Mam nadzieję, że dzięki temu dobrzy ludzie żyjący poniżej nie zachorują na płuca.

Rury doprowadzają mnie na wyższe poziomy slumsów. Tu nie jest tak ładnie. Wielu ludzi jest dotkniętych biedą, a co gorsza nie brakuje takich, którzy chcą im odebrać nawet to. Tutejsze jeziora — pełne toksyn i wycieków z chemicznych kuźni — przypominają mi o czasie, który spędziłem samotnie, jako obiekt w laboratorium. Staram się nie myśleć o tamtych czasach, ponieważ przez to robię się gniewny. A gdy to się dzieje, czasami niszczę rzeczy — nawet jeżeli tego nie chcę. Nie lubię się tak czuć, więc wślizguję się w moje ulubione wyżłobienie skalne, biegnące pod Halą Podniebnego Światła. Tu jest zawsze miło. Ludzie spędzający czas razem — spacerujący po sklepach, spotykający się ze znajomymi, jedzący lub podziwiający występy jednej z wędrownych grup aktorskich, które przemierzają miasto. Atmosfera jest ciepła i przyjazna, sprawiając, że to idealne miejsce na chłonięcie wszystkiego, co Zaun ma do zaoferowania.

Jednak gdy przemykam pod pobliskimi ulicami, ukłucie boleści przeszywa moje ciało. Dreszcz strachu i bólu przenika mnie całego. Nie podoba mi się to. Nie pasuje do okolicy. To coś, czego można się spodziewać w głębi slumsów. Tam złe rzeczy dzieją się częściej niż dobre. To nie powinno mieć miejsca tutaj! Denerwuję się, gdy coraz więcej złych uczuć we mnie wnika. Podążam za nimi, chcąc powstrzymać je przed rozprzestrzenianiem.

Wynurzam swoje ciało z zardzewiałych rur biegnących pod warsztatem metalurgicznym. Moja masa wypełnia przestrzeń pod wykrzywioną podłogą. Promienie światła padają skośnie przez kratki w podłodze. Z góry dobiegają wściekłe głosy. Krzyki i odgłos płaczu mężczyzny. Przyciskam swoje ciało do kratki. Moja galaretowata masa rozszczepia się na kawałki i natychmiast łączy po drugiej stronie. Naciskam mocno i szybko, przyjmując swą postać wewnątrz warsztatu.

Właściciel jest na kolanach tuż obok kobiety z głęboką raną na brzuchu. Klęczy u jej boku, wyciągając jedną rękę w kierunku czterech mężczyzn stojących w zniszczonym warsztacie. Znam takich jak oni. Ciągle widuję takich w slumsach; łotrów, którzy zmuszają dobrych ludzi do płacenia lub obserwowania, jak ich dobytek rozpada się na kawałki.

Wnętrze warsztatu oświetlają chemiczne latarnie, a jedną z nich trzyma mężczyzna ubrany w rzeźnicki fartuch, z hakiem w miejscu odrąbanej ręki. Pozostali trzej to typowe przygłupie mięśniaki, ubrane w zwykłe ubrania i gogle. Ich oczy rozszerzają się z przerażenia, gdy mnie zauważają. Rozdymam swoje ciało, a moje zielone kończyny przepełnia moc, gdy tworzę usta w miejscu, w którym wydaje mi się, że powinny być.

Bardzo chcę wyrządzić im krzywdę. Wiem, że to ich emocje odczuwam, ale mam to gdzieś. Chcę ich skrzywdzić tak bardzo, jak oni skrzywdzili tych ludzi.

— Ale będzie bałagan — mówię.

Moje prawe ramię wystrzeliwuje, powalając pierwszego osiłka. Uderza o metalowy słup stojący obok drzwi i się nie podnosi. Drugi osiłek bierze zamach swą bronią, którą stanowi ogromny klucz. Uderza mnie w brzuch i zostaje wchłonięty przez moje elastyczne ciało. Schylam się i podnoszę go z ziemi, ciskając nim o okratowane dźwigary sufitu. Upada na ziemię, a jego kończyny wyginają się tak, że nawet ja wiem, że nie powinny w ten sposób. Trzeci bandzior zaczyna uciekać, ale rozciągam swoje ręce i chwytam się dźwigarów. Wystrzeliwuję w przód i wbijam się nogami w jego plecy. Przyciskam bandziora do ziemi, gdy ich przywódca przejeżdża mi swoim rzeźnickim hakiem po plecach.

To boli! Tak bardzo boli. Ból powoduje, że moje ciało traci spójność. Rozlewam się po podłodze w postaci zielonej galarety. Przez moment tracę poczucie przestrzeni, postrzegając i odczuwając otaczający mnie świat z tysiąca różnych perspektyw. Bandzior stoi nade mną, a szczerbaty uśmiech przecina jego durną twarz. Cieszy się, że mnie zabił, przepełnia go duma ze zgładzenia żywej istoty.

Jego radość odczuwana w wyniku takiego czynu przenika mnie niczym mikstura nienawiści. Nie chcę się tak czuć, nie tego mnie uczono, ale wykorzystam przepełniającą mnie wściekłość, aby pomóc tym ludziom. Muszę obrócić ją przeciwko tym łotrom. Moje rozproszone fragmenty łączą się ze sobą w czasie, który zajmuje mu zdanie sobie sprawy, że nie zabił mnie tak starannie, jak mu się wydawało. Wybijam się z podłogi i wpadam na niego, zwiększając swoją objętość do poziomu kolosalnego kafara. Uderzamy w ścianę warsztatu, a jego ciało i kości rozpadają się pod wpływem uderzenia.

Odklejam się od zakrwawionej ściany i czuję, jak powoli opuszcza mnie gniew. Moje ciało przybiera bardziej ludzki kształt, a ja wyczuwam zmieszane emocje płynące od ludzi znajdujących się za mną. Mężczyzna wpatruje się we mnie z mieszanką strachu i trwogi. Jego żona się do mnie uśmiecha, chociaż wyczuwam wszechogarniający ją ból. Klękam obok niej, a ona chwyta mnie za rękę. Jest miękka. Jej wdzięczność natychmiast mnie uspokaja.

Kiwam głową i kładę rękę na jej brzuchu. Ciepło wydobywa się ze mnie, gdy wpuszczam kawałek siebie w jej ranę. Pozostawię w niej kawałek siebie, kawałek, którego nie odzyskam, ale robię to świadomie, wiedząc, że dzięki mnie będzie żyć. Cząstka mojego ciała znajdująca się w niej naprawia uszkodzone ciało, spaja rozdarte tkanki i stymuluje regenerację błony śluzowej żołądka. Jej mąż przejeżdża ręką po miejscu, w którym znajdowała się rana, i ze zdziwieniem stwierdza, że skóra jest różowa i wygląda jak nowa.

— Dziękuję — mówi kobieta.

Nie odpowiadam. Nie mogę. Taki wyciek mocy osłabia mnie. Rozpływam się, przeciekając przez kratę wprost do rur. Tylko tyle jestem w stanie zrobić, aby zachować swą postać, przepływając przez pęknięcia skalne na drodze do znanych mi miejsc, w których będą mógł skąpać się w dobrych emocjach. Potrzebuję odnowy. Muszę poczuć dobro, które jest w Zaun.

Muszę poczuć, że żyję.

Muszę poczuć.

 

Jeśli zauważyłeś literówkę/błąd we wpisie - prosimy o zgłoszenie tego poprzez specjalny formularz kontaktowy - dzięki automatycznemu systemowi powiadomień będziemy mogli błyskawicznie usunąć błąd.