Meta na mobilność? Też bądź mobilny! Sprawdź mobilne How2Win

Stań po stronie Noxusu, a pamięć o tobie nie zginie

NoxusDivider

Noxus to potężne imperium ze straszliwą reputacją. Dla wszystkich poza jego granicami, Noxus jest okrutny, ekspansjonistyczny i groźny, jednakże jeżeli spojrzeć poza wojenną otoczkę, można dojrzeć niezwykłe społeczeństwo, którego mieszkańcy szanują i rozwijają swoje zalety i talenty. Byli oni niegdyś rozbójnikami, dopóki nie zaatakowali starożytnego miasta, które teraz leży w samym sercu imperium. Zagrożenie czekało na nich z każdej strony, więc agresywnie zaatakowali przeciwników, poszerzając swoje granice z każdym rokiem. Walka o przetrwanie uczyniła Noxian niezwykle dumnym ludem, który ceni siłę ponad wszystko, a siła ta może manifestować się na wiele różnych sposobów. Każdy może zyskać władzę i szacunek w Noxusie, jeżeli wykaże się odpowiednie zdolności, niezależnie od pozycji społecznej, pochodzenia, ojczyzny oraz bogactwa.

Polecany film

Zasady Siły

Nazywam się Alyssa Roshka Gloriana val-Lokan. Od niemal dwóch tysiącleci moi przodkowie byli królami Delverhold.

Rozmaici wodzowie, stojący na czele państw mających ambicje zostać imperiami, próbowali nas zniszczyć, zazdrośni o bogactwa, jakie oferowały nam Żelazne Szczyty, zawsze jednak się opieraliśmy. Rozbijali się o nasze skały niczym oceaniczne fale i padali pod ciosami naszych mieczy.

Zawsze wygrywaliśmy… dopóki nie pojawił się Noxus.

Moja rodzina straciła władzę.


Wspinała się na szczyt Schodów Triumfu z uniesioną głową. Co dwanaście stopni mijała ubranych w odświętne szaty strażników, ale idąc, patrzyła jedynie przed siebie. Być może pierwszy raz Alyssa odwiedzała stolicę, ale nie chciała dać poznać po sobie, że jest onieśmielona, niczym jakiś wioskowy pastuch. Pochodziła z Delverfold, w jej żyłach płynęła królewska krew.

Wokół schodów zebrali się strażnicy w pancerzach z ciemnej stali. Ruda użyta do wykucia ich zbroi pochodziła z czeluści pod górami, które były jej domem. Wszystkie najlepsze pancerze w Noxusie pochodziły właśnie stamtąd. Działo się tak od pięciu pokoleń, odkąd Noxus podbił te tereny i wcielił je do swojego imperium.

Czerwone flagi łopotały na wieczornym wietrze. Niósł on ze sobą zapach palonego węgla i przemysłowej maszynerii. Kuźnie w Noxusie rzadko kiedy były wygaszane.

Przed nimi wznosił się Bastion Nieśmiertelności, mroczny i groźny.

— Obnoszą się ze swymi bogactwami, a my musimy żyć jak żebracy — rzekł jej brat Oram. Spojrzała na niego, podążającego tuż obok niej.

Oram Arkhan val-Lokan. Dobrze zbudowany, silny i doskonale władający mieczem, był również arogancki i ograniczony umysłowo — przynajmniej według Alyssy — starała się jednak nie okazywać pogardy. Był starszy od niej, nawet jeśli była to kwestia kilku minut, i trzeci w kolejce do samodzielnego władania Delverhold. Alyssa dobrze znała swoje miejsce.

Fakt, że są bliźniakami był dość oczywisty. Dzielili atletyczną sylwetkę oraz zimne spojrzenie, z jakiego znany był ich ród, a także dumną postawę osób wysoko urodzonych. Oboje mieli długie, czarne włosy, zaplecione fantazyjnie w ciasne warkocze, ich policzki zdobiły tatuaże, a na zbroje narzucali jasnoszare płaszcze.

W końcu dotarli na szczyt. Dobiegł ich trzepot ptasich skrzydeł i kruk wzleciał tuż nad ich głowami.

Alyssa niemal drgnęła, ale w porę się uspokoiła. — Czy powinniśmy uznać to za zły znak, braciszku?

Dłonie Orama zwinęły się w pięści.

— Zbyt długo napełnialiśmy noxiańskie kufry i zbroiliśmy ich żołnierzy — warknął, niemal nie starając się, by jego głos nie dobiegł do uszu strażników. — I co z tego mamy?

Przetrwaliśmy, pomyślała Alyssa, ale nie odważyła się powiedzieć tego głośno.

Dwóch strażników w pełnych zbrojach oczekiwało na nich przy wielkich, metalowych odrzwiach pałacu. Wyprężeni na baczność, ściskali w ubranych w rękawice dłoniach ciężkie halabardy. Trzy wcięcia w ich napierśnikach i ciemnoczerwone peleryny obwieszczały, że nie są to zwykli strażnicy.

— Legioniści — wyrzucił z siebie Oram, bez cienia swojej zwykłej pychy.

Nawet w narodzie zabójców elitarny Legion Tryfariański wzbudzał podziw i przerażenie wśród wszystkich — zarówno wrogów, jak i sprzymierzeńców. Podobno sama ich obecność sprawiała, że całe miasta i narody wolały ugiąć kolana, niż stanąć do bitwy.

— Są tu, by uczcić naszą obecność — powiedziała Alyssa. — Chodź, bracie. Czas na własne oczy ujrzeć tak zwaną „Radę Trzech”.


Pierwszą rzeczą, która zawsze rzucała się w oczy przy wkraczaniu do komnaty audiencyjnej, był tron dawnych imperatorów Noxusu. Wykuty w obsydianie, ciężki i przytłaczający, zdobiony niezliczonymi chorągwiami, zaostrzonymi filarami i kandelabrami zdecydowanie przykuwał uwagę. Zajmował niemal całą wolną przestrzeń.Od śmierci ostatniego Wielkiego Generała Noxusu był jednak pusty.

Nie od śmierci, poprawiła się Alyssa. Od egzekucji.

Nie ma imperatora Noxusu, na tronie nie zasiada tyran. Już nie.

Zanim opuściła Delverhold, Alyssa zasięgnęła języka w kwestii nowej władzy.

Tryfariat — tak nazwał ją główny doradca jej ojca. Trzech władców, każdy z nich reprezentujący jedną z trzech Zasad Siły — Dalekowzroczność, Potęgę i Przebiegłość. W teorii jeden władca mógł zgubić Noxus przez swoją niekompetencję, szaleństwo lub nieuczciwość, teraz zaś pozostała dwójka jest w stanie go powstrzymać.

Według Alyssy był to niezwykle ciekawy pomysł, choć nie do końca jeszcze sprawdzony.

Komnata wydawała się ogromna, na tyle duża, by pomieścić tysiące interesantów. Teraz jednak była pusta, jeśli nie liczyć trzech postaci, siedzących przy prostym, marmurowym stole u stóp tronu.

Dwóch ponurych, milczących wojowników Legionu Tryfariańskiego podprowadziło Alyssę i jej brata do tego tria. Ich kroki odbijały się echem po zimnej podłodze. Siedząca przy stole trójka pogrążona była w głębokiej dyskusji, którą przerwali, gdy rodzeństwo z Delverhold się zbliżyło. Siedzieli w rzędzie, zwróceni do nadchodzących niczym milczący sędziowie.

O dwóch z nich wiele słyszała. Co do trzeciego… właściwie nikt dokładnie go nie znał.

W samym środku zasiadała postać o pustym spojrzeniu: Jericho Swain, znany wizjoner i nowy Wielki Generał. Niektóre możne rody wciąż uważały go za uzurpatora, jako że to właśnie za jego sprawą szaleniec Boram Darkwill został strącony z tronu Noxusu, nikt jednak nie ośmielał się powiedzieć mu tego prosto w oczy. Jego spojrzenie, które zdawało się dostrzegać zbyt wiele, wędrowało od Orama do Alyssy. Powstrzymała w sobie chęć spojrzenia na jego lewe ramię, owinięte ciemną tkaniną. Powiadano, że stracił je podczas nieudanej inwazji na Ionię, w walce z jakąś wiedźmą ostrzy z tamtego zaklętego archipelagu.

Po jego prawej stronie zasiadał Darius, legendarna Ręka Noxusu, przywódca elitarnego Legionu Tryfariańskiego i nowy głównodowodzący armią imperium. Był wcieleniem siły: podczas gdy Swain siedział spokojnie wyprostowany, Darius garbił się niedbale, bębniąc palcami opancerzonej dłoni w drewniane oparcie krzesła. Jego ramiona były potężne, a wyraz twarzy ponury.

Trzecia postać — znana powszechnie jako „Pozbawiony Twarzy” — stanowiła zagadkę. Siedziała bez ruchu, ubrana od stóp do głów w wielowarstwową, przepastną szatę. Twarz skrywała się pod błyszczącą, czarną, pustą maską i nawet otwory na oczy zasłaniała ciemna siatka, tak by nic nie zdradzało jego tożsamości. Ręce również miał ukryte w rękawach z grubej tkaniny. Alyssa pomyślała, że maska zdradza pewne kobiece aspekty, z drugiej jednak strony mógł to być jedynie sposób, w jaki odbijało się od niej światło.

Niemal niedostrzegalnym skinięciem głowy Darius nakazał eskortującym ich legionistom oddalenie się. Dwójka wojowników uderzyła pięściami w napierśniki w geście pozdrowienia i cofnęła się o kilka kroków, pozostawiając Alyssę i jej brata samych przed Tryfariatem.

— Siadajcie, proszę — powiedział Swain, wskazując krzesło naprzeciw.

— Wielki Generale, wolę stać — odparł Oram.

— Jak sobie życzysz.

Alyssa uznała, że w Wielkim Generale jest coś niezwykle wręcz groźnego i wzbudzającego respekt… Zwłaszcza, że był kaleką, którego lata młodości dawno już minęły…

— Oram i Alyssa val-Lokan, trzecie i czwarte dziecko gubernatora Delverhold — kontynuował. — Przebyliście daleką drogę z Żelaznych Szczytów. Rozumiem, że nie jest to czysto kurtuazyjna wizyta.

— Przynoszę propozycję od mojego ojca — rzucił Oram. — Będę mówił w jego imieniu.

— A zatem mów — odparł Darius głosem przypominającym wilcze szczeknięcie. — Bez zbędnych ceremonii. Tu jest Noxus, nie jakiś arystokratyczny dwór.

Jego akcent był twardy i szorstki, w przeciwieństwie do wyrafinowanego głosu Swaina. Głos wieśniaka. Alyssa niemal wyczuła pogardę bijącą od jej brata.

— Od dziesiątek lat Delverhold służył wiernie — zaczął Oram, nadając swojemu akcentowi przesadnie arystokratyczny ton i tym samym podkreślając wyższość, co mogło okazać się niezbyt rozsądne. — Nasze złoto napędzało kolejne podboje. Nasze żelazo zbroiło korpusy wojenne imperium. Między innymi Legion Tryfariański.

Darius nie okazał uznania. — Ruda z Żelaznych Szczytów to materiał na najlepsze pancerze. Nie ubrałbym Legionu w nic innego. Powinniście być z siebie dumni.

Jesteśmy dumni, mój panie — rzekła Alyssa.

— Żaden ze mnie pan. Zwłaszcza twój.

Swain uśmiechnął się, unosząc rękę. — On chciał przez to powiedzieć, że w Noxusie wszyscy mężczyźni i kobiety rodzą się równi. Na twoją pozycję mają wpływ twoje czyny, nie urodzenie.

— Naturalnie — Alyssa przeklęła się w myślach za swoją pomyłkę.

— Tyramy jak niewolnicy w ciemnościach kopalni pod naszymi górami — kontynuował Oram. — Każdego dnia widzimy, jak owoce naszej pracy są nam odbierane, wywożone wielkimi wagonami pociągów, które powracają puste. Ledwo jesteśmy w stanie wykarmić nasze…

— O, doprawdy? — spytał szorstko Swain, unosząc brwi. — Pokaż mi więc swoje dłonie, proszę.

— Co? — Oram wyraźnie dał się zbić z tropu.

— Pokaż nam ręce, chłopcze. — Darius wychylił się ponad wypolerowaną powierzchnią stołu między nimi. — Pokaż nam te ubrudzone ziemią ręce, pokryte odciskami od pracy pod waszą górską twierdzą.

Oram zacisnął usta, nie dając się sprowokować.

Darius parsknął drwiąco. — Nigdy w życiu nie przepracowałeś jednego dnia. Ona też nie. Jedyne odciski, jakie posiadacie, na pewno nie wzięły się z ciężkiej pracy.

— Nie dam się w ten sposób obrażać… — zaczął Oram, ale Alyssa uspokajająco położyła rękę na jego ramieniu. Strącił ją z gniewem, ale zdecydował się nie kontynuować myśli. — Góry się wykrwawiają — powiedział stonowanym głosem. — Ich równowaga została naruszona, a to nie jest dobre dla nikogo: ani dla nas, ani tym bardziej dla wojsk Noxusu. Trzeba iść na ustępstwa.

— Powiedz mi, Oramie Arkhanie val-Lokan — powiedział Swain — ilu wojowników Delverhold przysyła, aby walczyli dla Noxusu? W przybliżeniu. Rocznie.

— Żadnego, panie. Ale to nie ma związku ze sprawą. Nasi ludzie lepiej służą, pracując w kopalniach i strzegąc północnych granic przed atakami barbarzyńców. W ten sposób stanowimy nieocenioną wartość dla Noxusu.

Swain westchnął. — Spośród wszystkich prowincji, miast-państw i narodów zależnych od Noxusu, jedynie Delverhold nie przysyła żadnych żołnierzy, aby służyli w naszych szeregach. Nie przelewacie krwi dla Noxusu. Nigdy jej nie przelewaliście. Czy to nie wystarczające ustępstwo?

— Nie — warknął Oram. — Przybyliśmy tu w imieniu naszego ojca, aby negocjować wysokość płaconego trybutu, a jeśli się nam nie uda, Delverhold będzie musiało rozważyć, czy pragnie nadal być częścią imperium noxiańskiego.

W pomieszczeniu zapadła cisza. Nawet Darius przestał stukać placami o krzesło.

Alyssa pobladła i wbiła przerażone spojrzenie w swojego brata. Takiego obrotu spraw się nie spodziewała i jej umysł analizował pospiesznie wszystkie możliwe konsekwencje. Pozbawiony Twarzy wpatrywał się w nią spoza czerni swojej maski.

— Rozumiem — powiedział w końcu Swain. — Chyba wiem, w jakim celu wasz ojciec przysłał tu waszą dwójkę, lecz pytanie brzmi: czy wy to wiecie?

Oram dał znak głową Alyssie. — Pokaż im — nakazał z wściekłym błyskiem w oczach.

Wzięła głęboki oddech i wyjęła sakwę na zwoje. Drżącymi palcami otworzyła ją i wysunęła stary pergamin, pokryty misternymi literami języka ur-noxiańskiego. Widniały na nim pieczęć Delverhold oraz krwistoczerwony herb Noxusu. Położyła go na stole i rozwinęła, po czym stanęła ponownie u boku brata — a właściwie pół kroku za nim, zgodnie z obyczajem panującym na Żelaznych Szczytach.

Darius nie przejawiał śladów zainteresowania, ale zarówno Swain, jak i Pozbawiony Twarzy pochylili się, aby dokładnie obejrzeć dokument. Alyssa ponownie przyłapała się na tym, że próbuje zgadnąć, kto skrywa się za tą maską.

— Gdy Delverhold osiemdziesiąt siedem lat temu poddawał się pod panowanie Noxusu — powiedział Oram — nasi przodkowie zrezygnowali z suwerenności i uznali zwierzchność noxiańskiego tronu: tego samego tronu, który widzę teraz pusty.

Darius rzucił mu świdrujące spojrzenie. — I?

— Warunki naszego poddania się były jasne, jak sami możecie przeczytać. Ostatni człowiek, który zasiadał na tym tronie zmarł siedem lat temu. — Oram wskazał na podest. — Nasz ojciec uważa, że obecnie ten papier jest bezwartościowy. Delverhold nie ma obowiązku dalszego płacenia trybutu, robi to jednak nadal jako gest dobrej woli. Jeśli jednak Noxus nie pójdzie na proponowane przez nas ustępstwa, Delverhold zmuszone będzie do secesji z imperium. Region Żelaznych Szczytów przestanie być przez nas chroniony.

Alyssa pragnęła odwrócić wzrok, uciec, ale mogła jedynie z zapartym tchem stać w miejscu i czekać na reakcję rady.

— Historię piszą zwycięzcy — ostrzegł ich Darius. — Stań po stronie Noxusu, a pamięć o tobie nie zginie. Stań przeciwko nam, a zostaniesz zniszczony i zapomniany.

— Żadna armia nie zdobyła jeszcze Delverhold — powiedział Oram. — Nasi przodkowie dobrowolnie otwarli wrota przed armiami Noxusu. Bez rozlewu krwi.

— To niebezpieczna gra, chłopcze. — Darius wskazał wojowników, stojących o kilka kroków za Alyssą i Oramem. — Wystarczy dwóch członków Legionu Tryfariańskiego, aby cały wasz cudowny Delverhold upadł. Nie musiałbym nawet kiwnąć palcem.

Jakby w odpowiedzi legioniści uderzyli trzonami swoich halabard o ziemię: echo rozeszło się po całej komnacie niczym odgłos gromu.

Oram prychnął drwiąco na ten pokaz, ale pewność siebie Dariusa zastanowiła Alyssę. Nie wydawał się on człowiekiem, który rzuca czcze pogróżki.

— Dość — Swain machnął dłonią. — Posłuchajmy lepiej, na czym miałyby polegać te ustępstwa, o których wspominasz.


Srebrny księżyc błyszczał już na niebie, gdy Alyssa i Oram opuszczali pałac. Ruszyli w stronę pobliskiej posiadłości, która miała im służyć jako baza podczas wizyty w stolicy.

Alyssa milczała w zamyśleniu, a żołądek podszedł jej do gardła z niepokoju, natomiast jej brat poczuł duży przypływ energii w wyniku spotkania z władcami Noxusu.

— Swain zgodzi się na nasze warunki! Jestem tego pewien — rzucił. — Wie dobrze, że Delverhold jest zbyt ważny dla imperium, żeby ojciec zamknął wrota.

— To jakieś szaleństwo — wyszeptała Alyssa. — Zacząłeś im grozić, jak tylko tam weszliśmy. Taki był twój plan?

— Taki był plan ojca.

— Czemu mi nie powiedzieliście?

— A zgodziłabyś się, gdybyś wiedziała?

— Oczywiście, że nie — odparła Alyssa. — To próżny trud. Równie dobrze mogliśmy zaofiarować się na następne Ciałobranie…

— Jeśli Swain da się przekonać, wystarczy, że przekonamy jeszcze jednego, aby przystał na nasze warunki — Oram zdawał się nie dostrzegać jej obaw. — Tak działa Tryfariat. Wystarczy że dwójka z nich z czymś się zgodzi, a tak będzie.

— Darius nie zgodzi się nigdy.

— Darius to arogancki pies. Myśli, że może wysłać dwóch ludzi, aby zdobyli Delverhold? Dobre sobie! Ale obawiam się, że masz rację. Pozostaje nam tylko Pozbawiony Twarzy. Nasza przyszłość zależy od człowieka, który skrywa się za tą maską.

— Pozostaje nam więc jedynie czekać na decyzję o naszym losie — w głosie Alyssy pobrzmiewała gorzka nuta.

Oczy Orama zaświeciły się niebezpiecznie. — Niekoniecznie.

Gdy zaczął tłumaczyć, żołądek Alyssy zacisnął się jeszcze mocniej.


Do świtu pozostało dobrych kilka godzin, ale Alyssa wciąż czuła niepokojące ciepło, przemierzając cicho ulice stolicy. Jako przywódczyni straży Delverhold nosiła ciasny hełm z ciemnej stali i już zaczynała czuć, jak po włosach spływają jej strużki potu.

Było ich kilkunastu, wszyscy skrywali swoje zbroje pod pelerynami i kapturami. Nieśli ciężkie kusze, a do pasa mieli przytroczone miecze. W tym mieście przemierzające ulice uzbrojone bandy nie były niczym niezwykłym; gdyby ktoś ich zauważył, nie podniosłoby to alarmu, ale Alyssa nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ktoś ich obserwuje.

I w jakiś sposób ów obserwator wie, co zamierzają.

Ulice Noxusu były wąskie i poskręcane w dziwaczne układy, aby zdezorientować napastników, którym udałoby się pokonać zewnętrzne umocnienia miasta. Dachy natomiast były płaskie i posiadały wiele stanowisk, przypominających blanki zamku, z których żołnierze mogli razić znajdującego się poniżej wroga. Alyssa badała wzrokiem dachy budynków. Ktoś mógł się tam kryć i obserwować ich postępy. Być może wchodzili w zasadzkę…

Trzepot ptasich skrzydeł sprawił, że zatrzymała się gwałtownie i wymierzyła kuszę w niebo. Przeklęła się w myślach za to, jak łatwo ją przestraszyć, i gestem nakazała dalszy marsz.

— To nie jest dobry pomysł — powtarzała sobie w duchu, po raz dwudziesty, odkąd opuścili posiadłość.

To samo powiedziała bratu, próbując wyperswadować mu podejmowanie takich działań, ale on podjął już decyzję. To był pomysł ich ojca, a słowo ojca było dla Orama święte. Powrócą do domu z nową umową albo nie wrócą wcale. Innego wyjścia nie było.

Teraz, gdy Alyssa znała już całą prawdę, nie dziwiło jej, że stary gubernator tak sobie to wszystko zaplanował. To było w jego stylu. O ile dla niej i jej brata mogło skończyć się to schwytaniem i niechybną egzekucją, cóż to znaczyło dla ich ojca? Nigdy za bardzo o nich nie dbał — większą uwagą obdarzał swojego dziedzica, najstarszego brata Alyssy, Heroka. Gdyby zostali schwytani i Tryfariat zechciałby trzymać ich jako zakładników, aby utrzymać Delverhold pod władaniem Noxusu, wiedziała dobrze, jaka byłaby decyzja jej ojca.

Alyssa i Oram byli mu zbędni.

Wraz ze swoimi ludźmi przekradała się poprzez cienie, trzymając się blisko Świątyni Wilka, wciśniętej pod wschodnie ściany Bastionu Nieśmiertelności. Jej brat był kilka przecznic na wschód od tego miejsca, wraz z pozostałymi uzbrojonymi ludźmi.

W ciągu kilku tygodni przed przybyciem kontyngentu do stolicy szpiedzy na ich usługach bacznie przyglądali się pałacowi. Jedna z obserwacji wzbudziła szczególne zainteresowanie i to właśnie ona stanowiła teraz podstawę do działania dla Alyssy i jej brata.

Zbliżali się. Alyssa uniosła rękę i straż Delverhold zgromadziła się wokół niej w cieniu wąskiego zaułka, wychodzącego na Świątynię Wilka. Była to wysoka, wielopoziomowa wieża bez ścian; każdy z jej poziomów podtrzymywany był przez filary z ciemnego kamienia. W samym centrum wieży, na wysokości prawie pięćdziesięciu stóp, wznosiła się ogromna, obsydianowa statua siedzącego wilka.

Czekali kilka chwil, aż w końcu z daleka dostrzegli migotanie światła — iskry skrzesane na ostrzu miecza. Był to znak, że Oram dotarł na miejsce i wszystko było gotowe.

— Ruszajmy — szepnęła Alyssa i wraz z podwładnymi wybiegła z cienia, udając się w kierunku świątyni i wyglądając strażników na swej drodze. Żadnego jednak nie było. Wyglądało na to, że jej brat i jego ludzie wykonali swoją część zadania.

Alyssa wkroczyła na stopnie świątyni, dając znak ludziom, aby się rozproszyli. Weszli do środka i otoczyli posąg. Skryli się w cieniach, przylegli do filarów, wtopili się w ciemność i pogrążyli w oczekiwaniu.

Wytężyła wzrok. Zgodnie ze starożytnym obyczajem valorańskim śmierć miała podwójną naturę: czasem przychodziła pod postacią łagodnej Owcy, a innym razem brutalnego Wilka. W Noxusie ta druga była szanowana bardziej rygorystycznie i z większym panoplium. Spokojna śmierć w łóżku nie była dobrym sposobem na zyskanie szacunku w imperium, które czciło siłę.

Alyssa uspokoiła oddech i próbowała spowolnić kołatające serce. Pociły się jej ręce. Wytarła je o pelerynę.

Najgorsze zawsze jest oczekiwanie.

Znów się rozejrzała i zauważyła, że ledwie jest w stanie odróżnić sylwetki swoich podwładnych. Świetnie. Gdyby zauważono ich zbyt wcześnie, wszystko by przepadło. Zakryła twarz przypiętym do hełmu welonem splecionym misternie z tysięcy małych kółek, skutecznie uniemożliwiającym rozpoznanie jej.

Dzwon na odległej wieży wybił godzinę czwartą. Alyssa się przygotowała. Jeśli informacje od ich szpiegów były zgodne z prawdą, cel powinien pojawić się lada chwila…

Właśnie wtedy z cienie wychynęła postać, ubrana w ciężkie szaty.

Zbliżała się od strony Bastionu Nieśmiertelności w towarzystwie czterech strażników pałacowych. Odziana od stóp do głów w czerń, była ledwie dostrzegalna w panujących wokół ciemnościach.

Trzeci członek Tryfariatu — Pozbawiony Twarzy.

Zamaskowany, zbliżał się w kierunku świątyni, rozglądając się na wszystkie strony, jakby starał się przebić wzrokiem cienie. Splecione z przodu ręce skrywał w szerokich rękawach.

Strażnicy zatrzymali się u stóp świątyni. Wyglądało na to, że Pozbawiony Twarzy zamienił z nimi kilka słów, ale Alyssa znajdowała się zbyt daleko, aby je usłyszeć. Zamaskowana postać ruszyła dalej sama, pragnąc oddać hołd Wilkowi.

Co prawda najliczniejszymi gośćmi przeróżnych rozsianych po stolicy wojskowych świątyń byli żołnierze korpusów wojennych i rachmistrzowie przeróżnych grup gladiatorskich, nierzadko pojawiali się w nich również urzędnicy, sprzedawcy, a nawet słudzy. Pozbawiony Twarzy odwiedzał ten przybytek o czwartej godzinie co pięć dni, zawsze w towarzystwie straży i zawsze pod osłoną ciemności.

Na szczęście straż pałacową łatwo można było przekupić, podczas gdy lojalność Legionu Tryfariańskiego zawsze pozostawała bezwzględna.

Gdy zamaskowana postać podeszła do statuy, Alyssa wyszła z otaczających ją ciemności. Opłaceni strażnicy natychmiast odwrócili się na pięcie i udali w kierunku Bastionu Nieśmiertelności. Alyssa wycelowała kuszę w Pozbawionego Twarzy, powoli wchodząc w migoczące światło kandelabrów otaczających posąg.

— Ani drgnij. I nie próbuj krzyczeć — wyszeptała. — Twoi strażnicy odeszli. Celuje w ciebie dwunastu kuszników.

Odziana w szaty postać wydała z siebie stłumiony odgłos, być może wywołany zaskoczeniem, i zrobiła krok w jej kierunku. Coś niezwykle znajomego było zarówno w tym dźwięku, jak i w sposobie, w jaki się poruszała…

— Powiedziałam, stój! — rzuciła Alyssa. Pozbawiony Twarzy zamarł.

Nikt w całym Noxus nie wiedział, kim był trzeci członek Tryfariatu, a przynajmniej tyle udało się dowiedzieć Alyssie i Oramowi. Na tym właśnie polegała zasada Przebiegłości, reprezentowana przez niego w Radzie Trzech.

Ale Alyssa miała sprawić, że to się zmieni.

— To tylko kwestia wywarcia nacisku. — powiedział jej brat. — Jeśli uda nam się poznać jego tożsamość, będziemy mogli wykorzystać tę wiedzę na naszą korzyść.

— Nie zrobimy ci krzywdy — oznajmiła Alyssa, starając się nadać głosowi śmiałe brzmienie. — Zdejmij maskę, a nikomu nic się nie stanie.

Zakapturzona postać rozejrzała się, być może szukając wzrokiem strażników albo próbując dostrzec przyczajonych w ciemności kuszników, o których wspominała Alyssa. Po czym znów się zbliżyła, niemal na długość broni, z rękami wciąż schowanymi w rękawach.

Alyssa wymierzyła kuszę w pierś postaci. — Ani. Kroku. Dalej.

Postać wydała z siebie kolejny stłumiony odgłos, potrząsając maską. Oczy Alyssy się zwęziły.

Nagły przypływ zrozumienia sprawił, że wypuściła powietrze.

— Och. To wszystko ułatwi.

Pociągnęła za spust i bełt jej kuszy utkwił w gardle ukrytej pod szatami postaci.

Jeden z jej ludzi natychmiast rzucił się ku niej i pociągnął za ramię. — Musimy uciekać! – rzucił. — Musimy opuścić miasto przed wschodem słońca, zanim ktokolwiek się zorientuje, co zaszło.

— Już za późno — odparła Alyssa.

Uklęknęła przy postaci, która teraz leżała na ziemi, walcząc o oddech. Krew zbierała się w wielkiej kałuży pod jej ciałem. Alyssa widziała w swoim życiu tyle ran, że mogła z powodzeniem stwierdzić, że ta jest śmiertelna.

Szybkim ruchem ściągnęła maskę.

Oram spojrzał w jej oczy.

Twarz jej brata była blada, z jego ust wydobywało się rzężenie. Spazmy wstrząsnęły jego ciałem, kiedy przyszła po niego śmierć. Odsłoniły one jego ręce, splątane sznurem.

Swoje ostatnie spojrzenie przeniósł z Alyssy na ogromny, wznoszący się nad nim posąg Wilka.

Właśnie w tym momencie z ciemności wyłonili się legioniści, otaczając świątynię niczym gończe psy.


Na zewnątrz słońce było już wysoko na bezchmurnym niebie, promienie przedzierały się przez wąskie szczeliny w zasłoniętych oknach komnaty audiencyjnej.

Alyssa ponownie stała przed Tryfariatem, z podniesioną głową i rękami związanymi na plecach. Członkowie rady przyglądali się jej z uwagą. Mimo że Pozbawiony Twarzy nosił maskę bez wyrazu i pozostawał niezgłębiony, w tej chwili to właśnie on przerażał Alyssę najbardziej.

Wreszcie Swain przerwał milczenie.

— Powiedzmy to sobie jasno — rzucił. — Delverhold ma dla Noxusu ogromną wartość, ale nie na tyle ogromną, byśmy mogli ulec groźbom jego gubernatora. To byłby znak słabości. W ciągu tygodnia tuzin kolejnych prowincji wysunąłby swoje własne żądania. Nigdy nie pozwolimy na coś takiego. Ale ty już to wiesz.

— Tak — oznajmiła Alyssa. — Chociaż mój brat najwyraźniej nie wiedział.

— Zatem co mniej rozgarniętym umysłom może narzucić się pytanie… Dlaczegóż to inteligentna, młoda kobieta przybyła tutaj z tak bezsensownym planem?



— Obowiązek — odrzekła Alyssa.

— Posłuszność imperium zawsze musi stać ponad obowiązkiem wobec rodziny — rzucił Swain.

Być może było to tylko wrażenie, ale Alyssie zdawało się, że przy tych słowach twarz Dariusa odrobinę pociemniała. Mimo to Ręka Noxusu nie odezwała się ani słowem.

— Zgadzam się w pełni — powiedziała Alyssa. — Właśnie dlatego zastrzeliłam brata, gdy zorientowałam się, że kryje się pod maską.

Swain zwrócił się do Pozbawionego Twarzy. — Kneblowanie i przebieranie jeńca było dość ryzykownym posunięciem. Mogliśmy sprawdzić ją w inny sposób.

Ponownie obrócił się w kierunku Alyssy.

— Pozwolę sobie spytać, przez wzgląd na pozostałych członków rady. Czemu świadomie zabiłaś brata?

— Mój ojciec wysłał nas tu na śmierć — odparła Alyssa. — Usprawiedliwiłby nią wypowiedzenie posłuszeństwa Noxusowi.

— Kontynuuj.

— Mój ojciec i moi bracia to głupcy. Zaślepia ich pragnienie samodzielnego rządzenia Żelaznymi Szczytami, tak jak niegdyś robili to nasi przodkowie. Ich próżność doprowadziłaby do całkowitej zagłady mojego ludu.

Na ustach Swaina zagościł delikatny cień uśmiechu.

— A zatem, Alysso Roshko Gloriano val-Lokan, co proponujesz w zamian?


Stary gubernator val-Lokan nie krył oburzenia, gdy Alyssa z hukiem otworzyła drzwi komnaty, w której poświęcał się pracy.

— Co to ma znaczyć, dziewczyno? — warknął, zrywając się na nogi. Powróciłaś z poselstwa? Gdzie Oram?

Za Alyssą do komnaty wkroczyło dwóch milczących złowrogo żołnierzy z Legionu Tryfariańskiego, odzianych w ciemne pancerze ze stali z Żelaznych Szczytów, z halabardami w gotowości.

Obok jej ojca siedział jej brat Herok, dziedzic Delverhold. Jego oczy rozszerzyły się w wyrazie przerażenia.

— Straż! — zakrzyknął gubernator. — Powstrzymać ich!

Jego osobiści strażnicy ani drgnęli. Reputacja legionistów znana była w całym Valoranie, nawet wśród tych, którzy nigdy nie walczyli u ich boku ani przeciwko nim. Wmaszerowali tu z upoważnienia Ręki Noxusu. Sprzeciwienie się im oznaczało przeciwstawienie się samemu Tryfariatowi.

Alyssa wiele myślała na temat tego, co Darius powiedział, o tych słowach, które jej brat przyjął z taką wzgardą.

Dwóch członków Legionu Tryfariańskiego mogło wkroczyć ot tak i przejąć cały Delverhold.

Ostatecznie okazało się, że nie była to jednak czcza pogróżka.

— Co ty zrobiłaś? — jej ojciec wydał z siebie syk, zagłębiając się w oparcie fotela.

— To, co należało.

Alyssa wyciągnęła zwinięty pergamin, świeżo spisany i zapieczętowany herbem Noxusu — herbem Tryfariatu — i rzuciła go na stół przed ojcem, sprawiając, że aż podskoczył.

— Z rozkazu Wielkiego Generała zostajesz usunięty ze stanowiska — powiedziała Alyssa. — Od tej pory ja przejmuję władzę nad tym regionem, dla chwały imperium.

— Ty? — prychnął jej ojciec. — Kobieta nigdy jeszcze nie rządziła Delverhold!

— Toteż nadszedł czas zmian. Czas kogoś, kto zatroszczy się o dobro naszego ludu, nie mającego obsesji na punkcie królów i dawno minionej chwały.

Na skinienie jej głowy dwóch strażników jej ojca wystąpiło naprzód i chwyciło go pod ramiona.

— Nie możesz tego zrobić! — wykrzyczał. — Jestem twoim ojcem! Twoim panem!

— Nie jesteś panem — odparła Alyssa. — A zwłaszcza moim.

Krajobrazy

Warstwy historii

Leżący w sercu Noxusu Bastion Nieśmiertelności jest o wiele starszy niż samo imperium. Powiadają, że został zbudowany na rozkaz przerażającego upiora Mordekaisera, a jego części były niszczone i odbudowywane na przestrzeni stuleci. Dlatego też posiada warstwy ulic, a niektóre dzielnice znajdują się teraz pod powierzchnią. Niewielu śmiałków odważa się przechadzać tymi ulicami po zmroku bez towarzystwa strażników.

Życie jest bitwą

Noxianie największym szacunkiem darzą siłę, a jedynym sposobem na pozostanie silnym jest przechodzenie nieustannych prób. Rozkoszują się możliwością rywalizowania między sobą, gdyż brak wyzwań jest stagnacją, popadaniem w słabość. Przeto nawet ci u szczytu władzy zawsze muszą stawiać sobie nowe wyzwanie… inaczej mogą nie utrzymać się tam zbyt długo. Noxianie podziwiają nie tylko fizyczną czy wojskową siłę — ci, którzy wykazują się na polu polityki, rzemiosła, handlu lub magii również dokładają swoją cegiełkę do dzieła, jakim jest potężniejszy Noxus.

Przytłaczające, lecz łatwe w obronie

Noxiańskie miasta słyną z majestatycznych budowli, klaustrofobicznych uliczek, budynków z blankami, pochyłych ścian i ogromnych bram. Ich budowa podkreśla siłę i wpływy imperium oraz sprawia, że są niezwykle łatwe do obrony — przeciwnik, który spróbuje siłą wziąć noxiańskie miasto, może spodziewać się oporu na każdym kroku, albowiem nawet najskromniejszy dom jest zbudowany jak twierdza.

Stan ciągłego konfliktu

Noxus jest agresywnym i ekspansjonistycznym imperium, które bez ustanku rozszerza terytorium, podbijając nowe tereny. Nie zawsze robi to siłą. Wiele narodów pokłoniło się przed Wielkim Generałem, dostrzegłszy w przyłączeniu się do imperium szansę na większą stabilność i bezpieczeństwo. Jednakże ci, którzy odmawiają Noxusowi, są bezlitośnie miażdżeni.

Obecność Noxusu w Shurimie

Wiele portów i miast w północnej Shurimie dobrowolnie dołącza do imperium. Pierwotni mieszkańcy tych osad żyli we względnym spokoju z ich noxiańskimi odpowiednikami, uważając, że wymiana jedzenia i uprzywilejowany handel to odpowiednia cena za ochronę przed najeźdźcami.

Życie w Noxusie

Noxianie uważają magię za kolejne potężne narzędzie w swoim arsenale. Ci, którzy potrafią jej używać, są wysoce cenieni i pożądani — Noxus wyszukuje magów nawet poza swoimi granicami, by następnie szlifować i wykorzystywać ich specjalne talenty w służbie imperium.

Smocze Ogary

Smocze ogary są gatunkiem bezskrzydłych mięsożerców wielkości wilka, które zamieszkują jamy położone w górach na północ od noxiańskiej stolicy. Są bezwzględnymi łowcami stadnymi. Noxianie cenią je jako bestie wojenne, stworzenia obronne i drogie (acz niebezpieczne) zwierzęta domowe. Posiadanie jednego czy dwóch smoczych ogarów jest wyraźnym symbolem bogactwa i władzy.

Noxiańskie Uzbrojenie

Kuźnie Noxusu nigdy nie są wygaszane. Bez ustanku wypluwają niezliczone miecze, topory i zbroje na potrzeby armii. Imperium przedkłada funkcjonalność nad wygląd, więc noxiańska broń często posiada dodatkowe zastosowania, np. zakrzywione rękojeści pozwalają zrzucać wrogów z koni. Ostatnimi laty Noxus zaczął eksperymentować z prymitywną bronią palną i zauńskim chemtechem. Ich wyniki są mieszane — często bywają destrukcyjne zarówno dla przyjaciół, jak i wrogów.

Tradycja wobec świeżej krwi

Każdy może wieść spełnione życie w Noxusie — wystarczy tylko mieć należytą siłę woli i chęć odnoszenia sukcesów. Pan Wojny Darius jest tego idealnym przykładem, wszak z osoby nieznanej stał się jednym z najpotężniejszych przywódców, jakich to imperium widziało. Pomimo tej merytokratycznej idei stare rodziny szlacheckie, urzędujące w sercu imperium, wciąż mają znaczną władzę. Dlatego też niektórzy obawiają się, że największe niebezpieczeństwo dla Noxusu nie pochodzi od zewnętrznych wrogów, lecz z wewnątrz.

Armia

Bazyliszki

Bazyliszki, potworne jaszczury z południowych dżungli, są okrutnymi drapieżnikami, które mogą osiągnąć gigantyczne rozmiary. Młode bazyliszki są pożądanymi wierzchowcami, ponieważ niewielu jest w stanie przetrwać ich szarżę. Gdy staną się zbyt duże, by jeździec mógł je kontrolować, są wykorzystywane jako zwierzęta juczne lub niekiedy jako żywe tarany do niszczenia murów obleganych miast.

W różnorodności siła

Nawet sam Legion Tryfariański nie może poszczycić się jednolitością w swoich szeregach. W Noxusie naturalne talenty i specjalizacje wojowników są przyjmowane takimi jakie są — nie narzuca im się szczególnego sposobu wojowania. Przejawia się to w każdym aspekcie życia Noxian, albowiem pokładają wiarę w odkrywaniu swoich mocnych stron i odnalezieniu odpowiedniego sposobu na wykorzystanie ich, by umocnić pozycję imperium.

Legion Tryfariański

„Legion”, najbardziej elitarna, poważana i zaprawiona w bojach jednostka noxiańskiego imperium, jest pod dowództwem samego Dariusa. Są to nie tylko najlepsi żołnierze w całym Noxusie, ale też najbardziej lojalni, bezgranicznie oddani imperium i jego przywódcom. Noszą ciężkie, acz funkcjonalne zbroje, które często posiadają trzy wcięcia w napierśniku, symbolizujące Tryfariat — trzy zasady siły oraz nazwę rady Wielkiego Generała Swaina, sprawującej władzę.

Korpusy wojenne Noxusu

Noxus posiada jedną z największych armii na całym świecie, w której skład wchodzą elitarne jednostki takie jak Legion Tryfariański, ale i setki oddzielnych korpusów wojennych, działających na wyznaczonych terenach. Owe korpusy mają własnych wodzów, marszałków i kapitanów, ponieważ każda z nich jest inna — mają własną kulturę, hierarchię i ulubiony sposób wojowania. Będąc częścią dużo większego korpusu, pełnią wyznaczone role, zależnie od swoich umiejętności. Walczą na froncie jako oddziały szturmowe, ciężka piechota, zwiadowcy, zabójcy czy kawaleria.

Inżynierowie Wojny

Inżynierowie Wojny są zmyślnymi zwiadowcami, inżynierami oraz wojownikami, którzy planują i nadzorują budowy dróg, mostów oraz fortyfikacji. Bardzo często zdarza się, że pierwszą oznaką noxiańskiej ekspansji nie jest widok maszerujących armii, lecz samotnego Inżyniera Wojny wysłanego na zwiad, by zdobyć informacje o wszystkich możliwych drogach najazdu.

 

Swain – Wielki Generał Noxusu

Urodzonemu w jednej z wielu arystokratycznych rodzin Noxusu od czasu wzniesienia pierwszych murów wokół miasta, Jericho Swainowi pisane było życie pełne przywilejów. Rody szlacheckie odegrały kluczową rolę na drodze do władzy Borama Darkwilla, podsycając retorykę, że to ich dumne dziedzictwo było największą siłą narodu.

Jednakże wiele z nich chciało uzyskać większe wpływy i knuli przeciwko Darkwillowi w tajnej klice, połączonej tylko przez symbol czarnej róży. Odkrywszy ich spisek, Swain osobiście zabił głównych spiskowców. Pośród nich byli jego właśni rodzice, których szepty o „bladej kobiecie” pierwsze zaalarmowały go o niebezpieczeństwie, jakie groziło Noxusowi, a Swain naród cenił bardziej niż swój ród czy krewnych.

Dążyli do potęgi, bezkształtnego głosu śmiejącego się w ciemnościach Bastionu Nieśmiertelności. Brzmiał jak krakanie kruka

Za zdemaskowanie kliki Swain został delegowany do służby w noxiańskiej armii z dala od wszystkiego, co znał do tej pory. Tam na własnej skórze przekonał się, że imperium jest silne nie z powodu Noxian, jak wcześniej myślał, lecz dlatego, że potrafiło zjednoczyć wszystkich ludzi, niezależnie od ich pochodzenia. Na linii frontu zagraniczny niewolnik mógł znaczyć tyle co wysoko urodzony szlachcic.

Lecz Swain po każdej bitwie wciąż widział tylko ciemność. Chmary padlinożernych kruków

Po zabezpieczeniu zachodnich granic reputacja Swaina dała o sobie znać w Shurimie, gdzie jego armie wznosiły niezliczone nokstory ponad piaskami pustyni. Jednakże z czasem stało się jasne, że chciwość była jedynym motorem napędzającym imperium. Prowadzenie wojen na zbyt wielu frontach, pogoń za magicznymi relikwiami — widoczne było, iż starzejący się Boram Darkwill stawał się coraz bardziej niepoczytalny.

Kiedy Noxus najechał Ionię, poczynania Darkwilla stały się jeszcze bezczelniejsze. Kazał całym zastępom przeczesywać krainę w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby przedłużyć życie śmiertelnikowi. Oddziały Swaina się uszczupliły, przez co walka z wrogiem stała się niemal niemożliwa. Aż wreszcie w Bitwie o Placidium, po zwabieniu miejscowych bojówek w coś, co miało być pułapką, korpus Swaina został rozbity. Weterani Swaina zostali wybici, a on sam odniósł śmiertelne rany, jego kolano strzaskane, a lewa ręka przecięta przez ioniańskie ostrza.

Kiedy leżał tam, czekając na śmierć, podleciał do niego kruk, aby się pożywić. Swain poczuł jak stara, znajoma ciemność ponownie na niego napiera. Nie pozwolił jednak na to, by go zabrała. Nie mógł. Przyglądając się ptasiemu oku, ujrzał odbicie zła, które trzymało serce Noxusu w uścisku. Ujrzał czarną różę. Bladą kobietę… i jej marionetkę — imperatora. Swain uświadomił sobie, że nie pokonał ukrytej kliki, która wydała go na śmierć, okręciwszy sobie wokół palca Darkwilla, gdy nie udało im się go obalić.

To wszystko były krótkie, pourywane wizje, nie w umyśle kruka, lecz czegoś więcej. Moc, której poszukiwali jego rodzice, oczy demona jarzące się w ciemności…

Wyrzucony z armii za swoją „klęskę” i uznany za kalekę, Swain postanowił wyjawić, co naprawdę znajduje się w Bastionie Nieśmiertelności — starożytny byt, który żeruje na umierających i pochłania ich sekrety, tak jak próbował pożreć jego własne. Spojrzał więc w ciemność i zobaczył to, czego nawet on nie widział — sposób na zawładnięcie nim.

Jego misterne przygotowania trwały wiele lat, ale gdy nadszedł czas, Swain wraz z garstką sojuszników przejął władzę nad Noxusem w jedną noc. Fizycznie odnowiony przez demona zmiażdżył Darkwilla, tak aby widzieli to wszyscy jego stronnicy, pozostawiając zniszczony, pusty tron.

Wizja Swaina o przyszłości Noxusu jest wizją siły poprzez jedność. Zawrócił zatem armie z niemożliwych do wygrania wojen, rozpoczętych przez Darkwilla, i dzięki utworzeniu Tryfariatu dopilnował, aby żaden człowiek nie mógł rządzić samodzielnie. Generał akceptuje wszystkich, którzy oddadzą się imperium — nawet Czarną Różę, choć wie, że niektórzy wciąż knują przeciwko niemu w tajemnicy.

Gromadząc informacje, tak jak demon przed nim, Swain przewidział o wiele większe niebezpieczeństwa, czające się w niedalekiej przyszłości. Jednakże wielu Noxian skrycie zastanawia się, czy ciemność, z którą przyjdzie im się spotkać, nie zblednie w obliczu mrocznych czynów Swaina…

Ponoszone ofiary są tylko początkiem pracy dla dobra Noxusu.

Spisek Czarnego Prochu

Przybył do obozu dosłownie na chwilę przed rozpoczęciem rady, otoczony przez nieliczną straż honorową, której każdy członek był starannie wyselekcjonowany spośród żołnierzy Legionu Tryfariańskiego. Pozostali przy wejściu, kiedy patrzyłem, jak nadchodzi.

Niektórzy ludzie rzucają cień większy od nich samych, ale niewielu towarzyszy taka ciemność — ciemność, która zataczała nad nami kręgi i krakała z głodu. W pewien sposób kruki, podążające za nim wokół obozu, przypominały o ponurym losie każdego wojownika. Poszarpane tkaniny w ich dziobach odzwierciedlały stan naszych sztandarów. Wszakże, kiedy wkroczył do resztek namiotu wojennego, uświadomiłem sobie, że nie byłem przygotowany na jego prawdziwie śmiertelny wygląd.

W jego włosach widoczna była siwizna, szczególnie na tle szkarłatnego nieba zdławionego popiołem. Jego wysłużoną zbroję przykrywał praktyczny płaszcz, w którego fałdach schował ręce — dokładnie tak wyobrażałem sobie kogoś z jego rodu. Uśmiechnąłem się, ponieważ gdzieś w głębi serca nadal był dżentelmenem. Jedynymi oznakami jego rangi były szramy żołnierza, który widział wiele krwi. Na radę zebrało się wielu przywódców, którzy pokazami siły mamili swoje korpusy wojenne i domagali się od nich więcej szacunku i strachu. Każdy z nich sprawiał wrażenie, jakby mógł z łatwością złamać człowieka stojącego przed nami.

Lecz jakimś cudem to właśnie ten człowiek przewodził nam wszystkim. Wielki Generał Noxusu.

Patrząc na niego, odniosłem wrażenie, że coś jest nie tak, ale nieważne, jak dokładnie bym się nie przyglądał, nie potrafiłem powiedzieć co. Być może było to coś niepoznawalnego? Być może dlatego, że w tym człowieku było coś niepoznawalnego i tak wielu lgnęło pod jego skrzydła. Cokolwiek by to nie było, Jericho Swain stał teraz przed nami, a ja dawno straciłem okazję do odwrotu.

Pięć korpusów wojennych weszło na Wyżynę Rokrund, ale tylko kilka tygodni zajęło miejscowym przełamanie naszych pozycji. Wysadzili nasze naprędce usypane wały, stosując wybuchowy proch wydobyty spod wzgórz, które wydawały się jeszcze bardziej nieurodzajne niż nasze ojczyste. Katastrofa goniła katastrofę — Swain wręcz musiał wkroczyć osobiście. Upewniłem się, że tak będzie.

Miesiącami czyniłem przygotowania. Wysyłałem Inżynierów Wojny w głąb kopalń. Uwzględniłem każdy detal, każdy możliwy zakręt terenu… jak i losy Noxusu, które się teraz ważyły, szepty, które nadawały kształt każdej chwili…

Moje ucho zaswędziało na myśl o słowach bladej kobiety. Słowach wypowiedzianych w chwili, kiedy po raz pierwszy wydała mi rozkaz, wprowadzając w życie nasz spisek.

Wszystko było gotowe. Wyliczone co do joty. W tym miejscu, gdzie ziemia otwierała się labiryntami kanionów, z których nie dało się uciec, ja i tylko ja miałem przesądzić o losach imperium.

Czyż Swain nie zwołał rady, by to właśnie zrobić?

— Moi zaufani generałowie — odezwał się wreszcie Swain. Jego głos rozbrzmiał z siłą dobywanego miecza. Przerwał na chwilę, jakby chciał nam dać czas na sprawdzenie jego ostrości. — Powiedzcie mi, jak Noxus może zwyciężyć.

— Tutaj, na wzgórzach, stoi dwanaście wojennych barek — zaczął Leto, wskazując miejsce na mapie, wytarte od swoich uwag — a każdą z nich przywlókł tu bazyliszek. Wyślijmy je przed armią, a stratują przeciwników na śmierć. Te bestie spółkowałyby nawet ze stertą zardzewiałych włóczni, jeślibyśmy im na to pozwolili.

Uśmiechnął się, zadowolony z własnej przebiegłości. Lecz Swain był bardziej przejęty winem, które wlewano do jego kieliszka.

Czy okaże się być zatrute? — wydawały się pytać jego oczy, kiedy wodził nimi wokół stołu. Spojrzałem na swoje odbicie w jego zbroi. Nie zamierzałem zdradzić swoich zamiarów.

— Sami ledwie możemy kontrolować bazyliszki — w końcu wymamrotał Swain, uważnie oceniając stary ioniański trunek. — Wyobraź sobie tylko jeden ładunek wybuchowy, rzucony przez sapera w zasięg słuchu bestii, a potem powiedz mi, kto według ciebie ucieknie pierwszy. Czy będą to bazyliszki z podkulonymi ogonami? Czy twój chełpliwy oddział?

— W takim razie spalmy ziemię — niezwykle szybko zaproponowała Maela, zanim Leto miał okazję odpowiedzieć. — Podpalmy pole bitwy, żeby płonęło wraz z naszym atakiem. Wykurzymy ich z tych przeklętych kopalń.

Swain westchnął. — Przyszliśmy tu z powodu tej ziemi, którą chcesz spalić. Być może zbyt wysoko cię ceniłem, zakładając, że znasz zastosowania saletry — zamieszał winem w kieliszku, zdradzając nutę rozczarowania. — Do tej pory tylko wpędzałaś naszych ludzi do grobu za jej pomocą.

— Czerwone Ostrza są wciąż w gotowości — wysyczał Jonat z cienia, który wydawał się prawie jasny w kontraście z jego shurimańską skórą. — Wejdziemy do kopalń po zmierzchu, zabijemy ich przywódców. Nie ma znaczenia, czy pobrudzimy sobie przy tym ręce.

— Doprawdy wspaniała strategia — Swain się roześmiał. — Ale ci przywódcy nie są żołnierzami. Jeszcze nie. Nasz wróg idzie za tym, kto ryczy najgłośniej. Zabij jednego, a do następnego poranka, troje będzie ryczeć.

Zaśmiałem się, kiwając głową w stronę krzywiącego się przywódcy Czerwonych Ostrzy. — Narobiłeś mi stracha. Przez chwilę myślałem, że faktycznie znalazłeś sposób na wygraną, Jonat.

Dokoła stołu zapadła cisza. Świece dogasały obok map.

To była moja chwila. Blada kobieta byłaby zadowolona. Chciałem wypowiedzieć jej imię, skazując naszego Wielkiego Generała na zapomnienie.

— Prawda jest taka, że nie możesz wygrać tej bitwy — ciągnąłem dalej. — Nikt nie może pokonać śmierci. Nawet sam władca Noxusu. Darkwill nam to udowodnił.

Swain i reszta przyglądali się, jak uważnie wyciągałem krzesiwo z mojej tuniki. Lont trzymałem już w drugiej ręce. Leto, starzejący się bohater Oblężenia Fenrathu, zjeżył się.

— Granth, co ty wyprawiasz? — warknął, patrząc na prosty ładunek wybuchowy, który godzinę temu zostawiłem pod stołem. — Grozisz Wielkiemu Generałowi? To przecież zdrada.

Mimo to żaden z zebranych nie odważył się do mnie podejść. Trzymałem krzesiwo nad lontem, byłem gotowy.

Tylko że… ktoś się śmiał. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, kto to był.

— Ach tak, Generał Granth jest jedynym, który pojął tę sytuację — Swain roześmiał się, wygładzając pomarszczony płaszcz. — Tylko on rozumie. Wy widzicie bitwę i zastanawiacie się, co zrobić, żeby uniknąć klęski. Niektórych bitew nie da się wygrać. Czasami jedyną strategią jest się spalić. Stanąć w ogniu, będąc całkowicie przekonanym, że się umrze, ale wiedząc, że za sobą ma się dwadzieścia tysięcy. Wiedząc, że za nimi jest jeszcze większa potęga.

Pozwolił na rozpięcie się płaszcza, by ukazać… By… ukazać…

— Granth i ja — powiedział, okrutnie się uśmiechając — zawsze szukamy tego, co trzeba poświęcić, by zwyciężyć.

Maela rzuciła się na moje trzęsące się ręce. Leto też. Ale to Swain trzymał mnie za gardło w nieludzkim uścisku i unosił nad ziemią, a niezapalony lont odszedł w niepamięć.

— Gdybyś tylko mógł we własnej osobie powiedzieć jej, że zawiodłeś — Wielki Generał wyszeptał, a jego głos drżał gniewem eonów. — Gdyby tylko mogła usłyszeć mądrość umarłych.

Próbowałem krzyczeć, przyznać się do wszystkiego. Błagać jakoś o litość.

Lecz teraz nie pozostało nic prócz delikatnych pomruków szeptów. Przelewam moje sekrety, tę opowieść, w twe uszy. A sam dogasam niczym szelest skrzydeł; kruk tymczasem kracze swoim padlinożernym krzykiem…

Katarina, Złowieszcze Ostrze

Urodzona w jednej z najbardziej poważanych rodzin szlacheckich w Noxusie, Katarina Du Couteau od maleńkości była na uprzywilejowanej względem innych pozycji. Choć jej młodsza siostra Cassiopeia poszła w ślady politycznie uzdolnionej matki, Katarina była prawdziwą córką swojego ojca, a przebiegły Generał Du Couteau naciskał na nią, by podążyła drogą ostrza — drogą eliminowania wrogów imperium nie z niepohamowaną brutalnością, ale z zabójczą precyzją. Był srogim nauczycielem z wieloma podopiecznymi i bardzo trudno było mu zaimponować.

Dlatego też w dzieciństwie Katariny, o ile można je tak nazwać, nie było wiele miejsca na uprzejmości czy odpoczynek. Każdą wolną chwilę spędzała na przekuwaniu siebie w broń ostateczną — poddawała próbie swoją wytrzymałość, sprawność oraz tolerancję na ból. Podkradała trucizny od najmniej zaufanych chemików w mieście i w małych dawkach sprawdzała ich przydatność na sobie, powoli budując swoją odporność oraz katalogując efekty ich działania. Pod osłoną nocy niezauważona wspinała się na najwyższe wieże.

Niezmiernie chciała zrobić coś dla Noxusu. Niezmiernie chciała dostać szansę na zademonstrowanie swojej skrytej siły w służbie imperium i tronu.

Pierwsze zadanie dostała od własnego ojca, który obozował wraz ze swoim korpusem wojennym w noc przed jedną z niezliczonych inwazji skierowanych na zachód… Miała zabić chorążego wrogiej armii, nisko urodzonego nędznika imieniem Demetrius.

Katarina była rozeźlona. Nie po to ćwiczyła całe swoje życie, by jej talenty był marnowane na jakąś miernotę ledwie zdolną do zamachania mieczem! Nie był wystarczająco dobrym celem. Zamiast wykonać zadanie, Katarina prześlizgnęła się do obozu wroga i podcięła gardło wrogiemu dowódcy, kiedy spał. Bezbłędnie wykonana robota. Na pewno przyniesie Noxusowi szybkie zwycięstwo i chwałę. Ojciec na pewno będzie z niej dumny.

O świcie, z twarzą umazaną popiołem, mściwy bohater Demetrius poprowadził karkołomny atak na obozowisko jej ojca. Wielu noxiańskich żołnierzy straciło życie, nawet osobista świta generała. Ojciec Katariny ledwie uszedł z życiem.

Jego gniew był nie do opisania, nie chciał nawet spojrzeć swojej córce w oczy. Przyniosła jemu i całej swojej rodzinie wstyd. Pouczył ją, że najwspanialsi zabójcy nie szukają poklasku ani chwały. Nie spodziewają się, że dostąpią zaszczytu bycia prawą ręką swojego mistrza.

Przytłoczona sytuacją Katarina w samotności oddaliła się w nieznane. Chciała wypełnić swoje pierwotne zadanie. Pozbawić Demetriusa życia. Mimo to, jej umysł zboczył na inny tor. Czy kiedykolwiek sobie to wybaczy? Jak mogła być tak głupia?

Rozkojarzywszy się głęboko nie zauważyła napastnika, dopóki ten prawie nie wykłuł jej oka.

Za porażkę Katariny Generał Du Couteau wysłał za nią innego ze swoich uczniów — bezimiennego wyrostka wyciągniętego z jednej z pomniejszych gildii zabójców. Choć krew strumieniami spływała jej po twarzy, lata rygorystycznych treningów dały o sobie znać i ostrza natychmiast znalazły się w jej rękach.

Sześć godzin później rzuciła odciętą głowę Demetriusa wprost pod nogi swojego ojca.

Powiedziała generałowi, że zastanawiała się nad pozbawieniem go głowy, lecz w końcu zdecydowała, choć nie było to łatwe, iż podjął właściwą decyzję, posyłając za nią zabójcę. Zawiodła. Nie jako zabójczyni, nie jako córka, lecz jako Noxianka.

Będzie musiała ponieść konsekwencje. Przebiegła palcami po świeżej, głębokiej ranie na lewym oku i pomyślała o cenie, którą innym przyszło zapłacić za swoją arogancję.

Wiedziała, że straciła przychylność ojca i już nigdy jej nie odzyska. Wychowa innych na jej miejsce, tylko po to, by jej dopiec. Pomimo tego przysięgła sobie, że odzyska dobre imię bez względu na to, ile będzie ją to kosztować, i ponownie odda swoje talenty w służbie imperium, stając się złowieszczą bronią, którą zawsze pragnęła zostać.

LeBlanc, Oszustka

Tożsamość LeBlanc, matrony Czarnej Róży, jest tak nieuchwytna jak szepty, które ją opisują i tak efemeryczna jak iluzje, które nadają jej kształt. Być może po tylu stuleciach naśladowania i oszukiwania sama nie wie, kim naprawdę jest…

Jako pozostałość po zakonie, który istniał o wiele dłużej niż sam Noxus, nowicjusze Czarnej Róży od wieków knuli w tajemnicy, ściągając w swoje szeregi bogatych i potężnych. Choć rzadko poznają historię swojej matrony, wielu z nich odkryło legendę o bladej czarodziejce, która pomogła rozbitym plemionom barbarzyńców w walce przeciwko słynnemu Żelaznemu Upiorowi, zniewalającemu ziemie już i tak zniszczone przez Darkinów. Nawet dzisiaj jego imię szeptane jest ze strachem: Mordekaiser.

W najbliższym kręgu Upiora była wyjątkowym talentem. Zanim go zdradziła, poprzysięgła zniszczyć źródło jego mocy, Bastion Nieśmiertelności, i tym samym odciąć go od studni śmierci, która napędzała jego koszmarne imperium. Mimo że barbarzyńcy zbudowali własne imperium w cieniu Bastionu, nie zdawali sobie sprawy, że magiczne tajemnice, które w nim drzemią, nie zostały całkowicie zabezpieczone. Blada czarodziejka zawsze miała dar do tworzenia iluzji i zanim została wypalona z kart historii około Wojen Runicznych, wykonała najwspanialszą sztuczkę — sprawiła, że Noxus zapomniał o mrocznej mocy, która kłębi się w jego sercu.

Teraz Czarna Róża istnieje, aby podsycać tajemnicze intencje tych, którzy parają się taką magią. Jej szeregi składają się z nudnych szlachciców, którzy są przyciągani przez pogłoski o cudach, a potem więzieni i bezlitośnie wykorzystywani. Nawet najpotężniejszy dowódca był jedynie narzędziem w rękach prawdziwych mistrzów kultu, podczas gdy oni walczyli między sobą o wpływy w grze pełnej intryg i podbojów, zarówno w noxiańskiej stolicy jak i poza nią.

Od stuleci LeBlanc potajemnie służyła jako doradca zagranicznych dygnitarzy, pojawiając się w wielu krajach naraz, a jej iluzje zamieniały porządek w chaos. Plotki o nowej matronie, powstające z każdym nowym pokoleniem, tylko dawały początek nowym pytaniom — które z jej wcieleń jest tym „prawdziwym”? Czy jeśli przemawia, to swoim głosem? Jaka będzie cena za jej usługi?

Boram Darkwill był ostatnim, który na własnej skórze poznał odpowiedź na ostatnie z tych pytań. Choć Czarna Róża wspierała go w drodze na tron, odrzucił pomoc doradców starannie wybranych przez jej członków, co zmusiło LeBlanc do podjęcia drastycznych kroków. Wykorzystawszy młodego szlachcica imieniem Jericho Swain do ujawnienia zaangażowania kultu w sprawę, pozwoliła, by stracono ją wraz z innymi głównymi spiskowcami… albo przynajmniej tak to wyglądało. W porę skontaktowała się z Darkwillem i odkryła, że jako władca coraz bardziej popada w paranoję i strach przed własną śmiertelnością.

Złożywszy mu obietnicę wyjawienia sekretów, mających przedłużyć jego życie, LeBlanc powoli zatruwała umysł Darkwilla, nawet wtedy, gdy dodawała mu sił. Pod jego władzą noxiańska cześć oddawana sile stała się czymś zdecydowanie bardziej złowrogim. Wspólnie upewnili się, że legenda Swaina dobiegnie końca, okryta hańbą na polu bitwy Ionii.

Lecz Swain, ośmielony zakazaną wiedzą z Bastionu Nieśmiertelności, zrobił coś kompletnie niespodziewanego — zrzucił Darkwilla z tronu i zagarnął Noxus dla siebie. Nowy Wielki Generał nie był zainteresowany swoim dziedzictwem, lecz chwałą imperium, a takiego człowieka niełatwo jest spaczyć. LeBlanc zastanawiała się, czy po niezliczonych stuleciach w końcu znalazła godnego nemesis?

Jej czyny popchnęły Runeterrę na krawędź wojny totalnej wiele razy. W wyniku desperackich kampanii we Freljordzie, na szczytach Targonu i głęboko na pustyniach Shurimy, najmroczniejsza z magii zaczęła ponownie się rozprzestrzeniać, zacieśniając swoje kręgi wokół Noxusu. Niezależnie od tego, czy LeBlanc jest wciąż tą samą bladą czarodziejką, która zdradziła Żelaznego Upiora, czy tylko jednym z pustych odbić, to z pewnością posiada starożytne korzenie.

Czarna Róża nie zakwitła jeszcze w pełni.

Darius, Ręka Noxusu

Darius i jego brat Draven dorastali jako osierocone rodzeństwo w mieście portowym zwanym Bazylisz. Darius ledwie zarabiał na chleb dla nich dwóch i cały czas walczył z gangami starszych łobuzów oraz ze wszystkimi, którzy grozili jego młodszemu bratu, wliczając w to nawet strażników miasta. Każdy dzień na ulicy był walką o przetrwanie — Darius w wieku dwunastu lat miał więcej blizn niż niejeden żołnierz u schyłku życia.

Po zajęciu Bazylisza przez rozrastające się imperium Noxusu, zwycięski przywódca Cyrus ujrzał w tych dwóch nieustępliwych braciach siłę, dzięki czemu znaleźli nowy dom w jego korpusie wojennym. Latami walczyli w wielu wyczerpujących kampaniach wojennych, podbijając wszystko jak świat długi i szeroki. Tłumili również liczne bunty przeciwko władcy.

W imperium każdy mógł stać się kimś, niezależnie od statusu społecznego, kultury czy pochodzenia, a Darius jak nikt inny wziął sobie tę ideę do serca. Zaczął skromnie, powoli pnąc się w szeregach, zawsze stawiając służbę ponad wszystko i zaskarbiając sobie wielki szacunek za swoją agresję, zdyscyplinowanie i odmawianie zrobienia nawet jednego kroku w tył. Na czerwonych od krwi polach Równin Dalamor wręcz zdekapitował noxiańskiego generała po tym, jak ów tchórz zarządził odwrót. Krzycząc z całych sił oraz dzierżąc zakrwawiony topór nad głową, Darius zebrał rozpierzchnięte wojska i odniósł równie wspaniałe, co niespodziewane, zwycięstwo nad dużo liczniejszym wrogiem.

W nagrodę otrzymał własny oddział, co przyciągnęło wiele tysięcy chętnych rekrutów z całego imperium. Darius odrzucił większość z nich — przyjmował tylko najsilniejszych i najbardziej zdyscyplinowanych, posiadających żelazną wolę. Wszyscy obawiali się go tak bardzo, że nawet na ziemiach poza Noxusem nie było niczym dziwnym, żeby całe miasta poddawały się na widok jego sztandarów.

Po ciężko wywalczonym zwycięstwie nad fortecami-obłokami Varju, dumnego wojowniczego ludu, który opierał się dziesięciolecia noxiańskim natarciom, sam imperator Boram Darkwill nadał Dariusowi przydomek „Ręka Noxusu”. Ci, którzy najlepiej znali Dariusa, wiedzieli, że nie interesuje go ani władza, ani rozgłos — on po prostu chciał ujrzeć, jak Noxus triumfuje nad wszystkim, więc Darkwill rozkazał mu i jego korpusowi wojennemu wyprawę na daleką północ, do Freljordu, by barbarzyńskie plemiona wreszcie się ukorzyły.

Kampania przeciągała się latami, aż nastąpił nieprzyjemny i mroźny pat. Darius ledwie przeżył zasadzki i próby zabicia go, a nawet pojmania przez bezwzględny Zimowy Szpon. Niezliczone wojny na wyniszczenie zaczynały go męczyć, więc powrócił do Noxusu, by domagać się wzmocnienia armii.

Wraz ze swoimi weteranami wmaszerował do stolicy i dowiedział się, że imperator nie żyje — został zabity w wyniku puczu, na którego czele stał Jericho Swain. Wielu sojuszników popierało ten czyn, w tym własny brat Dariusa, Draven.

Darius znalazł się w niełatwej sytuacji. Wiele szlacheckich rodów sądziło, że jako Ręka pomści Darkwilla, ale on znał oraz wielce szanował zniesławionego generała Swaina. Dawniej opowiedział się przeciwko wyrzuceniu go ze służby po spartaczonej ofensywie w Ionii parę lat wcześniej. Ręka ślubowała posłuszeństwo Noxusowi, nie żadnemu szczególnemu władcy, a Swain był człowiekiem, który szczerze wypowiadał się o swojej nowej wizji imperium. Darius uświadomił sobie, że to właśnie jest przywódca, za którym gotów jest pójść… lecz Swain miał inne plany.

Wraz ze stworzeniem Tryfariatu trzech ludzi miało wspólnie rządzić Noxusem, każdy z nich uosabiający jeden z fundamentów siły: Dalekowzroczność, Potęgę i Przebiegłość. Darius chętnie przyjął miejsce w radzie i zobowiązał się stworzyć nową, elitarną jednostkę — Legion Tryfariański, złożony z najbardziej lojalnych i wybitnych wojowników, jakich imperium kiedykolwiek wydało na świat — i poprowadzić armie Noxusu w nową, wspaniałą erę podbojów.

Jeśli zauważyłeś literówkę/błąd we wpisie - prosimy o zgłoszenie tego poprzez specjalny formularz kontaktowy - dzięki automatycznemu systemowi powiadomień będziemy mogli błyskawicznie usunąć błąd.