Peter Molyneux wielkim twórcą był. Był, bo to co aktualnie tworzy nie jest nawet cieniem tego co tworzył za czasów legendarnego Bullfroga. Nie zmienia to jednak faktu, że za czasów świetności tego studia (czuwaj nad ich bitami w swojej kluskowej wspaniałości, o wielki potworze) jego umysł rodził gry, które pokochały miliony. Szczególnie mocnym uczuciem darzę kontynuację wyjątkowo dobrego Dungeon Keepera, która ukazała się w 1999 roku i zawładnęła mym sercem od pierwszego wejrzenia. Oto historia o mojej miłości do wspaniałego, niewypowiedzianego zła – Dungeon Keeper 2.
Hasłem gry było “jak dobrze być złym” i była to czysta prawda. Jako strażnik lochu miałeś za zadanie szerzyć zło i sprawiało to masę przyjemności. Stanięcie po drugiej stronie barykady w odwiecznym pojedynku dobra i zła nie było jednak jedyną innowacją, które pojawiły się w Dungeon Keeperze. Była to trzecia produkcja (po Populousie oraz pierwszej części gry), którą można było pełnoprawnie zaliczyć do gatunku god game. Nie poruszaliśmy się tu jednostkami bezpośrednio, mogliśmy jedynie wydawać im rozkazy, zrzucać je tam gdzie były potrzebne lub w ostateczności je opętać i przy pomocy ich ciał osobiście spuścić łomot wrogim stworom. Gra posiadała jeszcze sporo oryginalnych mechanik, o których wspomnę dalej, przejdźmy więc do szczegółów.
Wypada zacząć od świetnego klimatu gry, który sprawiał, że chciało się więcej. Kolorystyka, wygląd stworów, oprawa muzyczna, świetny lektor oraz doskonały czarny humor budowały klimat, którego nie dało się zapomnieć. Warto wspomnieć również o polskiej wersji, która była po prostu re-we-la-cyj-na. Tłumaczenie stało na wysokim poziomie, a lektor odgrywający naszego doradcy i mentora podczas gry był dobrany po prostu idealnie.
Twoje sługi to temat na oddzielną dyskusję. Każdy stwór ma własne imię, nastrój i charakter. Najlepszy przykład to gobliny, które są potwornymi panikarzami i potrafią zrejterować na widok wroga posiadającego przewagę liczebną czy szkielety, którym zjawisko strachu jest obce i gotowe są walczyć nawet z przeciwnikiem, z którym nie mają cienia szansy by wygrać. Nastrój też jest bardzo ważną cechą, stwór który od dawna nie spał lub nie jadł może opuścić nasz loch lub nawet zbuntować się przeciwko nam i zaatakować niedawnych pobratymców. Pomimo różnych kaprysów bez tworów bylibyśmy bezradni, gdyż to one za nas walczą, opracowują nowe zaklęcia, tworzą pułapki itd.
Solą tej gry jest rewelacyjna kampania, która stawia przed nami zadanie zebrania 20 klejnotów przejścia, zdobycie rogatego talizmanu oraz ostateczne wyjście na świat, który znajduje się nad powierzchnią. Misje są oryginalne, wciągające i nie nudzą. Zdarza mi się odpalić kampanię tylko po to by zagrać zagrać w jedną z moich ulubionych misji, a trochę ich jest. Od szturmu przez olbrzymie siły wroga, poprzez zastawienie pułapki na uciekającego z krainy, a kończąc na tej, gdzie pozbawieni portalu możemy polegać tylko na nieumarłych. Nie jest to nawet połowa lokacji, które są warte zapamiętania, to niemalże co drugie zadanie. Warto przy tym wspomnieć, że niektóre zadania mają swoje alternatywne warianty. Nie jest ot jednak wszystko, bo gra oferuje tryb potyczki przeciwko żywemu graczowi jak i Loszek Pieszczoszek – charakterystyczny sandbox, który wydłuża przygodę z grą o kolejne godziny.
Gra ulepsza wiele aspektów z poprzednich części, wprowadza manę, dzięki której możemy rzucać zaklęcia oraz aktywować pułapki służące obronie naszych włości, która z resztą również były nowością względem poprzednika. Istotnym elementem jest również fakt, że stwory, które przegrały walkę nim umrą leżą przez pewien czas nieprzytomne (poza nielicznymi wyjątkami) i w tym czasie mogą zostać uratowane przez chochliki, które odniosą je do legowiska. Najbardziej w oczy rzuca się jednak zmiana w grafice. Stwory nie są już spritami, są animowane w 3d. W czasach gdy gra była wydawana był to olbrzymi skok techniczny.
Chciałbym wspomnieć jeszcze o wielu rzeczach i smaczkach takich jak ukryte poziomy, stwory tańczące w kasynie do Disco Inferno i wiele innych, jednak nie starczyłoby mi na to całego dnia. Podsumuję to wszystko stwierdzeniem, że jest to moim zdaniem jedna z najlepszych gier w historii i polecam każdemu zagranie w nią. Warto przy tym zaznaczyć, że na portalu Gog.com można nabyć grę za grosze w wersji spatchowanej w taki sposób, że nie będzie grymasić na nowszych systemach operacyjnych. Jeśli do tego doda się przeceny (sam kupiłem tam DK II za niecałe 5 zł), to okazuje się, że mamy do czynienia z ofertą nie do odrzucenia. Do zobaczenia w lochach, strażnicy!
Jeśli także chcesz dołączyć do grona twórców Mini-blogów – zapraszamy serdecznie do skorzystania z formularza dodawania wpisu.



