Meta na mobilność? Też bądź mobilny! Sprawdź mobilne How2Win

Uwodziciel i Buntowniczka

Rakan, Uwodziciel

Równie energiczny, co czarujący, Rakan to słynny vastajański mąciciel i najwspanialszy tancerz bitewny w historii plemienia Lhotlan. Ludzie z wyżyn Ionii od dawna kojarzą jego imię z dzikimi zabawami, nieokiełznanymi imprezami i anarchistyczną muzyką. Niewielu mogłoby podejrzewać, że ten pełen energii podróżujący artysta jest partnerem buntowniczki Xayah i sprzyja jej sprawie.

W głębi starożytnego, mistycznego lasu w Ionii żyją ostatni Vastajowie z Lhotlan. To miejsce, w którym magia wypełnia powietrze, a upływ czasu nie ma większego znaczenia. Dla tych chimerycznych stworzeń krainy śmiertelników stały się okrutnymi pustyniami, praktycznie pozbawionymi magii. Niewielu z własnej woli opuszczało swoje ziemie, ale Rakan od dawna wędrował bardziej ryzykowną ścieżką. Podróżuje wzdłuż krańców strumieni magii na całym świecie jako badacz, emisariusz oraz łowca pieśni swojego plemienia.

Jest rozrywkowym łotrem, chętnie goszczonym w każdej tawernie oraz na wiejskich festynach. Rakan był zadowolony ze swojego prostego życia w drodze… dopóki przez przypadek nie spotkał Xayah na dożynkach we Vlonqo.

Gdy ujrzał ją w tłumie, wykonał jedną z najstarszych piosenek, urzekając całe miasto swoim wspaniałym upierzeniem. Mimo że tak wielu ludzi i vastajańskich kobiet ulegało mu w przeszłości, ta fioletowa kruczyca zdawała się całkowicie niepodatna na jego uroki, chociaż wykazywała jakieś zainteresowanie. Jak mogła go widzieć, ale nie chcieć za nim podążać? Było to pytanie, na które nie istniała prosta odpowiedź.

Zaintrygowany tancerz bitewny postanowił towarzyszyć Xayah w jej podróżach. Zafascynowało go to, jak podchodziła do świata. Zawsze zdawała się przygotowana, powściągliwa i skupiona, podczas gdy on był niedoinformowany, przyjazny i frywolny — jednakże w każdej niebezpiecznej sytuacji walczyli w niebywałej harmonii. Wkrótce stali się nierozłączni.

Po kilku miesiącach konkurów, Rakan zaczął patrzeć na świat oczami Xayah. Zainspirowany przez cel swojej towarzyszki, dołączył do jej krucjaty, by przywrócić potęgę Vastajów i odzyskać to, co ich lud utracił.

Dzięki Xayah Rakan odnalazł cel w życiu i się zakochał.

Nic nie rymuje się z tobołukiem

Do klasztornej fortecy biegną dwie drogi z wiosek leżących poniżej — zaczyna Xayah.

Spoglądam tam, gdzie ona, i widzę dwa rzędy złocistych schodów, biegnących od świątyni na górze do znajdujących się poniżej farm. W każdym z drewnianych domów mieszka pewnie cała rodzina. Tam śmiertelnicy rodzą się, umierają i — co najważniejsze — tworzą nowe pieśni.

Prawdopodobnie za pomocą harf i bębnów. Może też fletów? Powinienem zrobić flet z trzciny. Na początek muszę poprawić swój płaszcz. Czy wyczyściłem pióra? To miasto musi mieć tawernę. Butelka wina byłaby teraz idealna.

— Rakanie… — mówi Xayah.

Szlag. Omawiała plan. Ponownie skupiam się na jej twarzy i uroczym uśmiechu. Ostatnie promienie słońca odbijają się w jej oczach. Uwielbiam jej rzęsy. Chcę…

— Powtórz mi to, co powiedziałam.

Coś z klasztorem. Chodziło o… Eee…

Spotykam się z tobą w… — mówię, ale już się pogubiłem. Ciągnę za jedno z piór na głowie, mając nadzieję, że uda mi się wyciągnąć z niego jakiś pomysł.

Drobny błysk światła odbija się w jej apetycznej dolnej wardze. Czy jej usta są dziś purpurowe? Wczoraj były fioletowe.

— Zabiją mnie, jeśli mnie złapią — mówi.

Na tę myśl zapiera mi dech. Czuję, jak moją twarz wykrzywia wściekłość. — Kto?! — pytam.

— Strażnicy — odpowiada. — To zawsze strażnicy.

— Więc odwrócę ich uwagę! Kiedy?

Wskazuje palcem niebo. — Wypatruj zielonego błysku przed zachodem słońca. Wtedy odciągnij strażników od zachodnich murów, podczas gdy ja przebiegnę po blankach do cel.

— Zacznę występ, gdy tylko słońce zajdzie — mówię. — Gdzie się spotkamy?

— Przy bramie. Wyrzucę w górę złote ostrze. Ale musisz tam być w ciągu dziesięciu oddechów — mówi Xayah, wyrywając pióro z mojego płaszcza.

— Będę przy bramie w momencie, w którym wyrzucisz ostrze — odpowiadam. Nic w moim życiu nie było bardziej pewne.

— Wiem.

Kiwa głową i zaczyna mówić mi o najbezpieczniejszej drodze. Ona zajmuje się planowaniem, więc wiem, że nic jej się nie stanie. Rany, niebo wygląda teraz cudownie. Ta chmura ma kształt bakłażana. Kiedyś widziałem psa…


Nie lubię tych schodów. Nie lubię ich. Złote liście zaścielające kamienie mają kolor bardzo podobny do moich piór. To denerwujące. Rozważam zmianę ich koloru, ale do tego potrzebna jest magia. Szlag, nie mogę być zmęczony, gdy będzie mnie potrzebowała. Xayah pewnie wysłała mnie tą drogą, wiedząc, że moje upierzenie wtopi się w tło. Czerwony płaszcz wyglądałby zdecydowanie lepiej na tle tych schodów. A może indygo? Co kryje się za tym rogiem?

Więcej schodów. Tylko ludzie mogli wyciąć kamienie w płaskie kształty i uczynić górę nudną! Powinienem się wspiąć. Xayah mówiła, żeby iść schodami… Jestem w zasadzie pewny.

Podnoszę kamyczki i zaczynam nimi żonglować. Wyczuwam magię wijącą się na północ stąd, wypełniającą korzenie lasu Lhradi.

Pieśń lasu dociera do mojej głowy i zaczynam ją śpiewać.

— Co to było? — dobiega głos z góry.

Droga wejścia! Pojawia się ludzki strażnik. Jego ubranie jest równie ciemne, co cień.

— Kim jesteś? — pyta.

— Nazywam się Rakan! — odpowiadam. Jak ktoś może tego nie wiedzieć?

— Kto?

Nie lubię go. Nie lubię go bardziej niż tych schodów.

— Jestem Rakan! Tancerz bitewny z plemienia Lhotlan. Jestem pieśnią poranka. Jestem tańcem północnego księżyca. Jestem urokiem, który…

— To ten vastajański artysta — wcina się drugi strażnik. Też nosi nudne ubranie — to ubiór, którego nigdy wcześniej tu nie widziałem.

Pierwszy strażnik nosi złoty amulet na piersi. Zabieram mu go.

— Hej!

— Co to jest? — pytam. Nie zasługuje na coś takiego. Cokolwiek to jest.

Próbuje mi go wyrwać, ale przerzucam go w dłoni, jednocześnie nadal żonglując kamykami w drugiej.

— Oddaj mi to!

Rzucam mu po kolei kamykami w twarz.

— Nie — odpowiadam. A potem, najbardziej niewinnie jak tylko mogę, pytam: — Czy jest ważny?

Sięga po parę hakomieczy. Odbieram mu jeden, zanim zdąży je unieść.

— Otwórz bramę, a oddam ci tę… eee… błyskotkę — mówię, obracając amulet w dłoni, a następnie przetaczam go ku ramieniu.

Zamiast to zrobić, ten gburowaty głupiec atakuje mnie! Przeskakuję nad jego uderzeniem i ląduję za nim. Obraca się i atakuje ponownie. Nurkuję pod jego ostrzem i trącam go zadkiem, aby stracił równowagę. Spada po schodach, krzycząc głośno.

Drugi ze strażników przygląda się koledze, a potem patrzy na mnie. Potrząsam głową.

— Jak ktoś może nie wiedzieć, kim jestem?

Strażnik próbuje dźgnąć mnie włócznią. Wykonuję piruet i pozwalam, aby mój płaszcz owinął go na chwilę. Oślepiony, potyka się o własne nogi. Upada na tarczę i zjeżdża z klekoczącym hukiem po schodach. Przynajmniej dopóki nie wpada na swojego kolegę na pierwszym półpiętrze.

Uderzenie posyła ich obu dalej. Wybucham śmiechem. Teraz rozumiem te schody.

— Jesteście koszmarnymi tancerzami — mówię, sprawdzając, czy mój płaszcz się nie ubrudził.

Dwóch mężczyzn staje na nogi, wpatrując się we mnie.

— Wszystko gra? — pytam, będąc wdzięcznym za rozbawienie.

Wrzeszczą głośno, pędząc po schodach. Niewdzięczne bydlaki.

— Wiecie, jaka jest różnica między przyjęciem i walką? — pytam, odskakując od nich.

Raz za razem próbują trafić mnie bronią.

— Jedno z nich jest przyjemnym dniem — mówię, ponownie zrzucając ich ze schodów. — A drugie jest… krótsze.

Ogłuszający gong rozbrzmiewa za moimi plecami. Uśmiecham się. Zaczyna się zabawa.


— Musicie się bardziej postarać! — krzyczę, prowokując goniących mnie żołnierzy. Jednakże muszę się stąd zabierać. Teraz jest już dwudziestu strażników. Okej, może trzydziestu? Zdecydowanie za dużo.

Biegnięcie przez te sypialnie było kiepskim pomysłem. Chociaż dzięki temu mogłem się odświeżyć.

Niektórzy ze strażników mają dziwne kusze. Strzelają ogniem z tuby. Miały jakąś nazwę. Będę je nazywał tubołukami. Wystrzelone przez nie pociski wybuchają wokół mnie, pozostawiając w ścianach duże dziury, gdy opuszczam pomieszczenie.

Wpadam na dziedziniec, wykonując pełny piruet, aby dodać sobie trochę stylu. Brama jest otwarta. Mógłbym do niej pobiec, ale Xayah mnie potrzebuje.

Ukryty w alkowie strażnik próbuje uderzyć mnie tubołukiem. A może łukotuba będzie lepsza? Pociąga za spust. Skaczę w jego kierunku, przeskakując nad pociskiem.

— Co się rymuje z tubołukiem? — pytam na głos.

Wyrzucam go w powietrze kopnięciem. Gdy zaczyna spadać, obracam się i policzkuję go. Dźwięk jest głośniejszy niż wystrzał z jego broni.

— Och, prask! — mówię, naśladując intensywność uderzenia. Mężczyzna przetacza się po ziemi i staje na nogi, dobywając krótkiego miecza. — Jak to mogło jeszcze do ciebie nie dotrzeć?!

Zastanawiam się, czy uda mi się znaleźć kuchnię. Tam na pewno byłaby czekolada.

Powoli zaczyna się ściemniać. Ponownie wyskakuję w powietrze, aby sprawdzić położenie słońca. Znika za wzgórzami, a nad nim rozbłyska zielone światło.

— Pora na zabawę! — krzyczę. Teraz ściga mnie cały zamek.

— Poddaj się! — krzyczy strażnik w metalowym kapeluszu.

— Nie! Odwracam waszą uwagę! — odpowiadam. Patrzy na mnie, nic nie pojmując. Jego uderzę następnego.

Grad strzał leci spod przeciwnej ściany. Manewruję między nimi, rozkoszując się świstem, jaki wydają, gdy przelatują obok mnie.

Czy wyglądałbym dobrze w metalowym kapeluszu?


Złote ostrze zawisa w powietrzu na sekundę, a potem zaczyna spadać. Xayah jest gotowa.

Biorę pierwszy oddech. Ona mówiła o dziesięciu, ale cztery to już zdecydowanie za dużo. Muszę wiedzieć, czy nic jej nie jest.

— Chcesz zobaczyć moje czadowe ruchy? — pytam najbliższego człowieka.

Nie pała dużym entuzjazmem. Przetaczam się przez grupę i pojawiam się za jego plecami. Obraca się w porę, aby spotkać się z moim płaszczem. Moje pióra wyrzucają go w powietrze i wprawiają w wirowanie. Dwanaście obrotów to mój rekord, ale to było na wzgórzu.

Drugi oddech. Człowiek uderza o ziemię po dziewięciu obrotach. Szlag. Nie mam czasu na kolejną próbę.

Trzeci oddech. Muszę wrócić do Xayah, ponieważ mnie potrzebuje.

Wskakuję na mur, a z niego skaczę w kierunku bramy.

Czwarty oddech biorę w powietrzu.

Xayah biegnie w kierunku bramy z jakimiś Juloahami — oni są włochaci, podczas gdy nasze pióra są kolorowe. Muszą pochodzić z plemienia Sodjoko. Wyglądają trochę zbyt formalnie, ale podobają mi się grube włosy, które mają na tylnej części przedramion. Powinienem zrobić to z moimi piórami. Sarong najstarszego z nich wydaje się kiepskim pomysłem.

— Nie uda nam się — narzeka. — Mają karabiny!

— Masz na myśli tubołuki? — pytam.

Akunir patrzy się na mnie tępo.

— Nie mają już amunicji — wyjaśniam. — Długie łuki Xini też.

— Co?! Jak?

— Jestem Rakan — wyjaśniam. Spodziewałem się tego po ludziach, ale po moim własnym gatunku?

— Biegnijcie w kierunku drzew — mówi Xayah.

Tuzin ludzi pokrytych mąką i czekoladą wypada ze stróżówki. Gdyby zmieszać ich z jajkami, stworzyliby coś, co nazywa się „ciasto”. Osobiście uważam, że placki są lepsze…

— Biegiem! — krzyczy Xayah. Gdy stary Juloah nie jest w stanie się ruszyć, pociągam go za sobą.


Coll klęka obok ciała swojego strażnika. Razem z Xayah modlą się, aby jego duch odnalazł nasze ziemie. Ma złamany róg, a krew gromadzi się w leżących dookoła liściach. Coll wyjmuje ostatnią strzałę z jego ciała. Doniósł ją aż tu, mimo że w międzyczasie ludzie go zranili.

Ten Juloah nie powinien był zginąć. Ktoś go kochał. Będą śpiewać jego pieśni. Ale odpowie tylko cisza.

Moje oczy wypełniają się łzami. Delikatnie śpiewam o stracie jego i jego rodziny.

Xayah stoi z zaciśniętymi pięściami. Nie będzie go teraz opłakiwać. Zamiast tego, ból przyjdzie do niej w nocy, gdy będzie myślała, że śpię. Zawsze tak robi. Pocałunkami przegonię jej smutek.

Konsul nazywa się Akunir. Możliwe, że w młodości był tancerzem bitewnym. Zaczyna się kłócić z Xayah o politykę.

Coll całuje czoło swojego strażnika. Jej szczęka jest zaciśnięta. Tłumi w sobie gniew większy niż Xayah. Wpatruje się w swojego męża Akunira. Zbyt długo czekała, aż będzie słuchał.

— Wrócę na północ, Akunirze — mówi Coll i podnosi się z miejsca. — Powiem im, co się nam przytrafiło. — Jej ramiona są napięte jak gałęzie i trzyma je sztywno wzdłuż ciała.

— Coll, nie — protestuje Akunir.

— Zaniosę wieść o śmierci Jurelva jego rodzinie i będę go opłakiwać razem z nimi — odpowiada dziewczyna. Tak musiał nazywać się strażnik. Być może był uprzejmy. Podobają mi się zmarszczki na bokach jego twarzy, powstałe w wyniku uśmiechu. — Potem zbiorę armię i przygotuję plemię do walki.

— Nie możesz tego zrobić! — krzyczy konsul.

— Wyrzekam się swojego prawa do ciebie. I wyrzekam się twojego prawa do mnie — odpowiada chłodno.

Akunir wygląda, jakby został dźgnięty nożem. Nie widział tego, gdy zbiegał ze wzgórza? Albo w lesie? Albo przy martwym strażniku? To postanowiono dawno temu. Księżyce temu.

— Coll… proszę.

— Nie — odpowiada prosto. Podchodzi, aby ją chwycić. Blokuję mu drogę.

— Porozmawiam z moją partnerką — mówi.

Wyczuwam jego oddech na policzku. Niedawno zjadł owoc guloo. Mój nos prawie dotyka jego czoła. Spogląda na mnie gniewnie.



Potrząsam głową i wzruszam ramionami. Nie potrzebuję słów. W tym wypadku cisza jest lepsza.

Jego dwaj pozostali strażnicy napinają mięśnie. Nie chcą ze mną tańczyć. Jestem Rakan. Znają moje imię. Nerwowo spoglądają na Xayah trzymającą swoje ostrza. Jej imię też znają.

— Dziękuję ci, Xayah — mówi Coll, a następnie odchodzi.

Akunir i jego strażnicy przyglądają się temu. Bez słowa odchodzą na południe, pozostawiając nas samych.

Podchodzę do Xayah. Wyczuwam jej smutek związany z Jurelvem, Coll i Akunirem. Wieczorem napiję się wina. A potem zaśpiewam nieprzyzwoite piosenki.

— Obiecaj mi, że między nami nigdy do czegoś takiego nie dojdzie, mieli — mówi Xayah.

— Nie jesteśmy jak oni, miella. Nigdy tacy nie będziemy — odpowiadam. Wyczuwam, że się martwi. Jest ode mnie mądrzejsza w wielu sprawach, ale czasami jest strasznie głupia, jeżeli chodzi o miłość.

— Dokąd teraz, Xayah?

— Zostańmy tu chwilę dłużej.

Obejmuję ją ramionami i owijam płaszczem. Później ją połaskoczę. Będziemy się śmiać i pić. Ona będzie planować, a ja będę śpiewał. Czuję jej policzek na piersi. Cieszę się, że Xayah mnie teraz potrzebuje.

— Powtórz mi to — mówi.

— Nie jesteśmy jak oni — mówię ponownie. — Nie jesteśmy jak oni.

Xayah, Buntowniczka

Niebezpieczna i dokładna, Xayah to vastajańska rewolucjonistka, która toczy prywatną wojnę, aby ocalić swój lud. Wykorzystuje swoją szybkość, przebiegłość i ostre jak brzytwa ostrza, aby pozbyć się każdego, kto stanie jej na drodze. Xayah walczy u boku swego partnera i kochanka, Rakana, aby chronić ich zanikające plemię i przywrócić swojej rasie dawną chwałę.

Gdy była dzieckiem, Xayah uwielbiała słuchać, jak jej ojciec śpiewał starożytne hymny o vastajańskich bohaterach. Zapadające w pamięć melodie przenosiły ją do dawno zapomnianych czasów, w których istoty z wymiaru duchowego swobodnie przemierzały fizyczny świat. Jednakże z każdym pokoleniem ludzie coraz bardziej wkraczali na tereny plemienia Lhotlan, zakłócając czystą, chaotyczną esencję Ionii dla własnych celów. Nie chcąc patrzeć, jak jej gatunek wymiera, Xayah zignorowała rozporządzenia swojego ludu i wyruszyła, aby porozumieć się z ludźmi.

Dotarła do wiosek znajdujących się poza granicami ziem jej plemienia i przekonała się, jak mało wie o zewnętrznym świecie. Została okradziona przez grupę biednych mieszkańców wioski, z których niektórzy chcieli nawet ukraść jej pióra jako cenne trofea. Inni bali się jej dziwnego wyglądu i wezwali władze, przez co musiała się bronić. Ci, którzy zaatakowali Xayah, szybko się przekonali, że niebezpiecznie jest wchodzić jej w drogę, gdy podziurawiła ich swoimi ostrymi piórami.

Wystraszona wróciła do domu i odkryła, że całe jej plemię, łącznie z jej ojcem, zniknęło bez śladu. Starożytna vastajańska świątynia została skalana mroczną magią, przez co utraciła swoje połączenie z krainą duchów. Xayah zniszczyła świątynię, aby pozbyć się spaczenia. Praktycznie natychmiast magia powróciła na pobliskie tereny. Był to piękny widok, ale jej plemię nie wróciło.

Po latach wędrowania po najrozmaitszych twierdzach i pozostawiania za sobą martwych ciał, stała się znana jako „Fioletowy Kruk”. Żyła samotnie, skupiając się wyłącznie na kolejnej misji i następnym kroku na drodze ku wyzwoleniu swojego ludu.

Jednakże wtedy spotkała innego Vastajanina, który na zawsze odmienił jej życie. Gdy dotarła do położonego na uboczu górskiego miasta Vlonqo w poszukiwaniu skradzionego vastajańskiego artefaktu, natrafiła na wrzeszczący tłum podekscytowanych ludzi. Na scenie występował wystrojony artysta, wyglądający niczym złoty paw, który śpiewał stare vastajańskie pieśni dla zauroczonego tłumu. Gdy zakończył swój występ serią kiepskich sztuczek — za jakie uznała je Xayah — tłum ryknął z wrażenia i zaczął wykrzykiwać jego imię: Rakan. Ukłonił się głęboko. Uznała go za bufona.

Xayah postanowiła zignorować artystę i wypełnić swoją misję. Udało jej się uciec, co, musiała przyznać, było zdecydowanie prostsze dzięki temu, że bufon odwrócił uwagę mieszkańców Vlonqo.

Mimo że przysięgła, że nigdy już nie zobaczy tego „Rakana”, nie mogła przestać o nim myśleć. Było to dziwne i skomplikowane uczucie; posiadał pewną lekkość ducha, która dla niej była irytująco urzekająca.

Gdy opuszczała miasto, była pogrążona w tych dziwacznych myślach, przez co wpadła w pułapkę grupy najemników. Spodziewała się walki, więc cieszyła się, że zakrwawi piórka. Dobra bijatyka zdawała się być idealnym lekiem na te niepotrzebne przemyślenia i niechciane uczucia.

Wtedy właśnie Rakan dokonał swojego wielkiego wejścia.

Xayah nalegała, że nie potrzebuje pomocy tego zarozumiałego Vastajanina. Rakan nalegał, że go to nie obchodzi — po prostu nie chciał przegapić zabawy. W czasie walki Rakan okazał się niekonwencjonalnym, ale też odważnym i skutecznym sojusznikiem. Skakał i wirował wśród przeciwników, którzy nie mogli oderwać od niego wzroku, dzięki czemu Xayah mogła wykończyć ich precyzyjnymi atakami.

Mimo jej protestów Rakan podążył za Xayah. Z upływem czasu zaczęła się cieszyć z jego towarzystwa i — chociaż ciężko było jej to przyznać — świat przestał być taki paskudny i pusty. Stali się nierozłączni, a jej poświęcenie vastajańskiej sprawie zaraziło lubiącego się popisywać tancerza bitewnego. Przyzwyczaiła się do jego swobodnego stylu bycia i wykorzystywała chaos wywoływany przez Rakana do odwrócenia uwagi. Wspólnie walczą o uwolnienie przepływu energii magicznej w Ionii, aby Vastajowie ponownie mogli cieszyć się życiem.

Ucieczka z więzienia Puboe

Rakan jest koszmarny.

Zupełnie nie słucha, co się do niego mówi. Jest sfiksowany na punkcie swoich złotych piór — tak jakby się zmieniły od momentu porannego czyszczenia. Będę musiała powtórzyć plan. Chociaż jak się nad tym zastanowię, to prawdopodobnie był to zbyt skomplikowany plan dla misji ratunkowej. Im prościej, tym lepiej.

— Zabiją mnie, jeśli mnie złapią — mówię.

— Kto?! — Wygląda na to, że Rakan byłby gotów zabić nawet na samą myśl, że ktoś mógłby mnie skrzywdzić.

— Strażnicy — mówię. — To zawsze strażnicy.

— Więc odwrócę ich uwagę! — Nadyma pierś. — Kiedy?

— Wypatruj zielonego błysku przed zachodem słońca. Wtedy odciągnij strażników od zachodnich murów, podczas gdy ja przebiegnę po blankach do cel.

— Zacznę występ, gdy tylko słońce zajdzie — mówi, jakby to był jego pomysł. — Gdzie się spotkamy?

— Przy bramie. Wyrzucę w górę złote ostrze. Ale musisz tam być w ciągu dziesięciu oddechów. — Wyciągam jedno pióro z jego płaszcza. Jest ciepłe. Zalewają mnie wspomnienia chwili, gdy leżałam w jego ramionach przy wodospadzie Aphae. Promienie słońca przebijają się przez liście, oświetlając nasze pióra, gdy leżymy razem. To był wspaniały dzień.

— Będę przy bramie w momencie, w którym wyrzucisz ostrze — obiecuje.

Chwytam jego dłoń w swoją i przysuwam się bliżej. — Wiem.

Na jego twarzy pojawia się uśmiech wskazujący na pewność siebie. Mam ochotę go uderzyć. Albo pocałować. Albo i to, i to.

— Kochanie, na twoim miejscu skryłabym się pośród drzew, żeby nie zostać zauważonym.

Nasz uścisk jest tak ciepły, że chciałabym, aby trwał całą noc. Jednakże słońce coraz bardziej zbliża się do horyzontu, a nasz szanowny konsul sam nie ucieknie z lochu strzeżonego przez hordę akolitów cienia.

Rakan odchodzi, wpatrując się w niebo i mówi mi, żebym uważała. Za każdym razem, gdy odchodzi, moje serce zamiera. Jestem pewna, że to nie jest ostatni raz, kiedy go oglądam. Ale któregoś dnia może być.

— Pamiętaj, płomieniu mego serca — szepczę za nim. — Zachód słońca.


Niezauważenie przemykam między gzymsami fortecy. Lata unikania ludzkich spojrzeń nauczyły mnie, jak robić to skutecznie.

Sześciu akolitów strzeże bramy wiodącej do lochów. Są wyposażeni w podwójne kusze i miecze, a dodatkowo nie wiadomo, co jeszcze mają poukrywane w torbach przy pasie. Przekradam się wzdłuż muru za nimi, aby zbliżyć się na odległość ataku. Wyrywam pięć swoich piór i przytrzymuję je palcem wskazującym i kciukiem, gotowa do ich użycia.

Zza murów dobiega hałas. Uderzenie gongu. Krzyki. Zamieszanie. To na pewno Rakan.

Strażnicy więzienia też to słyszą. Niepokój przepełnia moje serce. Mam nadzieję, że mój ukochany ma się dobrze. Wiem, że ma się dobrze. Lepiej, żeby miał się dobrze, albo zmuszę nekromantę, aby go ożywił, żebym sama mogła go zamordować. On wie, że to zrobię. Coś wymyślę.

Strażnicy opuszczają stanowiska. Zjawił się trochę wcześniej, ale to idealny moment. Mogę zakraść się do środka bez konieczności zabijania nawet jednego z nich.

Prawie sięgam do drzwi, gdy zauważam kolejnego strażnika, który wspina się na gzyms i celuje z karabinu. Nikt nie celuje niczym w mojego Rakana. Wyrwę wciąż bijące serce każdemu, kto uszkodzi choć jedno z jego piór. I zrobię z niego piękny, tętniący naszyjnik.

Zatrzymuję się. Więźniowie nigdzie nie pójdą. Mam czas, żeby zrobić z niego sito.

Wskakuję z powrotem na gzyms. Pierwsze rzucone pióro odcina lufę karabinu. Z brzękiem uderza o podłogę. Pozostałe wbijają mu się w pierś. Pada jak worek ziemniaków.

— Intruz! — krzyczy jeden ze strażników przy bramie.

Przetaczam się, gdy bełty z kuszy uderzają w ścianę za mną lub wbijają się w drewniane słupy. Trzymając się nisko, pędzę w stronę akolitów, którzy rozchodzą się na boki, aby zająć lepsze pozycje. Skaczę. Strzelają tam, gdzie zakładają, że wyląduję, a nie tam, gdzie jestem — unoszę się w powietrzu.

Ciskam kolejnymi piórami, które w locie zamieniam w ostrza.

Pięciu ze strażników pada z moimi piórami w piersiach. Ostatni akolita przymyka oczy i napina ramiona, szykując się do walki. Dobywa miecza, zanim moje stopy dotykają ziemi.

— Twoja dusza będzie służyć mi przez wieki — mówi. Wyczuwam mroczną magię otaczającą jego ostrze, esencję każdego życia, które zakończył.

Wybucham śmiechem. — Zabiłam więcej ludzi w ciągu ostatnich dwudziestu metrów niż ty przez całe życie.

Zwątpienie pojawia się na twarzy akolity, gdy wykonuje szeroki zamach w moją stronę. Jego miecz pozostawia za sobą wijące się smugi ciemności. Nie mam na to czasu, bo słońce zachodzi. Odwracam się do niego plecami.

Pstrykam palcami i moje pióra wyrywają się ze zwłok leżących za akolitą i pędzą w moją stronę.

Słyszę brzęk miecza uderzającego o podłogę na chwilę przed odgłosem upadających zwłok. Jestem pewna, że Zakon Cienia znajdzie sobie tylko znany sposób, aby zakląć dusze tych mężczyzn w jakąś procę czy coś. Nie wiem, jak ci goście działają, ale dobrze, że są tak ekonomiczni. Nie powinno się marnować esencji życia.

Biorę pióro Rakana i wyrzucam wysoko w powietrze. Zawisa w górze — złota wiadomość, która powinna zwrócić trochę uwagi. Jednakże tylko jedna osoba wie, co oznacza.

Ja w tym czasie mam randkę z konsulem w lochu.

Kiepsko wygląda, siedząc w klatce. Wychudzony. Słaby. Pobity. Nie spogląda w górę, zakłada, że jestem jednym ze strażników. On i jego partnerka należą do Sodjoko, ale jego świta to Vastajowie z różnych plemion. Ich przerażone oczy dziękują mi bardziej niż usta. Wiedzą równie dobrze jak ja, że to nie czas na okazywanie wdzięczności. Jeszcze nie uciekliśmy z fortecy.


Gdy prowadzę więźniów w kierunku wschodniej bramy, jestem zdumiona brakiem strażników. Praktycznie każdy posterunek jest opuszczony. Czy to nie miała być forteca? Kto ustala ich harmonogramy?

Przebiegamy obok zbrojowni i koszar. Widać bramę. Wygląda na to, że Rakan znalazł strażników. Jest ich wielu. Otaczają go. Moje pióra się jeżą. Naszyjniku bijącego serca, nadchodzę!

Rakan dołącza do nas. Jego uśmiech zmienia się z pewnego siebie na zadumany, gdy rozmawia z konsulem. Akunir jest jednym z najstarszych przyjaciół mojego ojca i najważniejszym z naszych ambasadorów. Mam z nim dużo do pogadania, gdy się stąd wydostaniemy.

— Biegnijcie w kierunku drzew — rozkazuję.

Są spanikowani, ale na szczęście Rakan zajął się strzelcami. Większość z nas przeżyje drogę przez pole. — Biegiem! — krzyczę.

Akunir jest za wolny. Rakan zaczyna prowadzić go w kierunku lasu.

Konsul chwyta Rakana. — Nie, proszę, chroń Coll. — Rakan zwraca się w jej stronę.

Potrząsam głową. Rakan rozumie. Ciągnie za sobą konsula.

Kiwam w stronę najsilniejszego Juloaha. Bierze Coll na ręce. Ona zwraca się do niego Jurelv, a on przysięga na swoje rogi, że ją ochroni.

Stawia dziesięć kroków, zanim pierwsza strzała go trafia, jednak się nie zatrzymuje. Zanosi Coll do lasu. Akolici cienia pędzą za nimi.

— Xayah! — krzyczy Rakan. — Łukotuba czy tubołuk?!

Chciałabym mieć czas na zabawę, ale nie mam.

Zamiast tego dołączam do walki.

Nie jest ładna.

Dla akolitów.


Jesteśmy już bezpieczni pod osłoną drzew, kiedy ciało Jurelva poddaje się ranom.

Coll klęka przy jego zwłokach. Jego krew rozlewa się po liściach. Modliliśmy się, aby jego duch odnalazł naszych przodków w radości i spokoju. Jego rodzina będzie obchodzić żałobę przez wiele księżyców.

Przyzwyczaiłam się do śmierci. Nie rusza mnie tak jak kiedyś. Rakan bardzo to przeżywa, muszę być silna dla niego.

Przynajmniej konsul jest bezpieczny. Gdy zdejmuje dłoń z ramienia żony, zwraca się do mnie.

— Mam przyjaciół na południu — mówi. — Kinkou muszą zostać poinformowani.

Ludzie złamali pakt. — Czuję, jak krew się we mnie gotuje. — Jak możesz nie uznać tego za poważne przewinienie? Dla nich magia jest mocą. Dla nas jest życiem. Nigdy nie uszanują naszych granic.

— Ludzie są podzieloną rasą, Xayah. Tylko Zed i jego cienie złamali pakt. Nie działają w imieniu wszystkich ludzi.

— Jesteś naiwny. Twoi przyjaciele na południu cię zdradzą. A potem zwrócą się przeciw nam wszystkim.

— Kinkou kierują się honorem. Uwierzą mi. Ufam im.

— Więc nie jesteś naiwny, tylko głupi. — Akunir jest zszokowany, że mówię do niego w ten sposób. Ja nie bawię się w dyplomację. Dyplomacja nie przywróci zmarłych do życia.

Coll wstaje. Na jej twarzy maluje się mieszanina żalu i gniewu. — Wrócę na północ, Akunirze. Powiem im, co nam się przytrafiło.

Nie przypuszczałam, że ją na to stać.

Blask gaśnie w oczach Akunira. — Coll, nie.

— Zaniosę wieść o śmierci Jurelva jego rodzinie i będę go opłakiwać razem z nimi. Potem zbiorę armię i przygotuję plemię do walki.

— Nie możesz tego zrobić! — krzyczy konsul.

Coll go ignoruje. — Wyrzekam się swojego prawa do ciebie. I wyrzekam się twojego prawa do mnie.

— Coll, proszę — jego głos słabnie.

— Nie — odpowiada dziewczyna.

Konsul wykonuje krok w jej stronę, ale Rakan go zatrzymuje.

— Porozmawiam z moją partnerką — mówi Akunir do Rakana. Do swoich strażników.

Ale Coll już się odwróciła. Spogląda na mnie i nie widzę już w niej żony dyplomaty. Widzę wojowniczkę. Zabiera lojalnych sobie ludzi — wszystkich, z wyjątkiem dwóch z obstawy konsula.

— Dziękuję ci, Xayah — mówi Coll, a następnie kieruje się na północ, ruszając głębiej w las.

Akunir i jego strażnicy obserwują jej odejście, a następnie bez słowa ruszają na południe.

Rakan podchodzi do mnie. Czuję, że jego serce bije tak jak moje.

— Obiecaj mi, że między nami nigdy do czegoś takiego nie dojdzie, mieli — mówię.

— Nie jesteśmy jak oni, miella — zapewnia mnie Rakan. — Nigdy tacy nie będziemy.

Obserwuję, jak Coll znika pośród drzew.

— Dokąd teraz, Xayah?

— Zostańmy tu chwilę dłużej — mamroczę.

Chowam twarz w jego piersi. Obejmuje mnie ramionami i owija płaszczem. Moja głowa unosi się i opada wraz z jego oddechem. Mogłabym tak stać przez wieczność.

— Powtórz mi to — mówię.

— Nie jesteśmy jak oni — odpowiada. — Nie jesteśmy jak oni.

Uśmiecha się i całuje mnie w czoło. Przysięga, którą złożyliśmy przy wodospadzie Aphae, rozbrzmiewa głośno w moich myślach. Jego serce bije dla mnie, a moje dla niego. Dom jest tam, gdzie jego ramiona, oddech i uśmiech.

Nie ma nikogo lepszego od Rakana.

Jeśli zauważyłeś literówkę/błąd we wpisie - prosimy o zgłoszenie tego poprzez specjalny formularz kontaktowy - dzięki automatycznemu systemowi powiadomień będziemy mogli błyskawicznie usunąć błąd.