Meta na mobilność? Też bądź mobilny! Sprawdź mobilne How2Win

Opowieść Sylasa, aktualizacje historii Lux i Garena

https://am-a.akamaihd.net/image?f=https%3A%2F%2Funiverse-meeps.leagueoflegends.com%2Fv1%2Fassets%2Fimages%2Fturmoil_bg.jpg&resize=1800:



Zamęt
Autor: Anthony Reynolds

— Po co nas tu przysłali? — jęknął jeden z żołnierzy, opierając się o ścianę strażnicy i krzyżując ramiona na piersi. — Ulicami Wielkiego Miasta płynie krew, a nas wysyłają na granicę?
Miał na imię Bakker. Cithria nigdy za nim nie przepadała — miał tendencję do dostrzegania w życiu samych negatywów, choć trzeba przyznać, że tym razem prawda była po jego stronie.
Reszta oddziału stała obok. Nikt nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z tej sytuacji.
Cithria milczała. Była najmłodszym z demaciańskich żołnierzy, choć zdecydowanie nie można było odmówić jej doświadczenia. W ciągu roku, który spędziła w ich szeregach, zdołała dowieść swojej siły i ponadprzeciętnych umiejętności szermierczych. Było jednak wiele chwil — takich jak ta — które ją przerastały i sprawiały, że traciła pewność siebie.
Miała na sobie pełny pancerz z lśniącej płyty, tak jak wszyscy. Przez plecy przewiesiła tarczę, hełm zaś trzymała pod pachą, dzięki czemu splecione w długi warkocz ciemne włosy zwisały swobodnie.
Żołnierze stali pod olbrzymią Szarą Bramą, która strzegła północno-wschodniej granicy Demacii. Nazwa była zwodnicza, bastion zbudowano bowiem ze śnieżnobiałego kamienia. Każdy wiedział jednak, że pochodziła ona od pobliskich klifów z szarych łupków — choć stacjonujący w tej okolicy żołnierze, zwłaszcza ci z południa lub z wybrzeża Demacii, narzekali, że więcej wspólnego miała z wiecznie zachmurzonym, północnym niebem.
Po obu stronach wieży ciągnęły się wysokie białe mury. Z blanek zwisały łopoczące na zimnym wietrze chorągwie, a strażnicy czujnie trzymali wartę, z twarzami zwróconymi na wschód.
— Powinniśmy być z resztą batalionu i przeczesywać lasy w poszukiwaniu tego zdrajcy i jego bandy — rzekł inny żołnierz.
Magowie — wycedził Bakker, nie kryjąc nienawiści. — Należy ich wytrzebić.
Ta rozmowa sprawiła, że Cithria poczuła się nieswojo. Sama nigdy nie spotkała się z magią, a przynajmniej tak jej się wydawało, ale wychowano ją w lęku i nieufności wobec tych, którzy potrafili nią władać. Wieści ze stolicy zdawały się usprawiedliwiać ten strach.
Minął zaledwie miesiąc, odkąd zbuntowany mag Sylas zbiegł z więzienia i rozerwał serce Demacii na strzępy. Ten opętany, przerażająco potężny wichrzyciel zapoczątkował falę zamieszek w całym królestwie, i teraz nawet Wielkie Miasto znajdowało się pod ścisłym nadzorem — wojsko patrolowało ulice, dbając o porządek.
Cithria zgadzała się, że bardziej przydaliby się gdzie indziej, ale jad w głosie towarzysza przyprawiał ją o dreszcze.
— Cała ta hałastra powinna… — zaczął Bakker, ale Cithria bezceremonialnie mu przerwała.
— Uwaga. Sierżant wraca.
Sierżant tarczowy Gunthar, człowiek o niskiej, przysadzistej sylwetce, szedł ku nim żwawym krokiem. Towarzyszyło mu dwóch zakapturzonych mężczyzn, po jednym u każdego boku.
— Kto z nim idzie?
— Nie wiem — odparła Cithria.
Żołnierze stanęli na baczność, gdy tylko sierżant i jego tajemniczy towarzysze się zbliżyli.
— Dobra, kompania — powiedział Gunthar. — Wiem, że wszyscy się zastanawiacie, dlaczego, na Protektora, wysłano was na to pustkowie.
Sierżant spojrzał po swoim oddziale.
— Do granicy wkrótce dotrze zagraniczny wysłannik z Arbormarku, a nam zlecono odprowadzenie go bezpiecznie do stolicy.
Eskorta?
To zadanie wydało się prozaiczne nawet Cithrii. Ani ona, ani żaden z pozostałych żołnierzy nie odezwali się jednak słowem. Wszyscy stali nieruchomo, uparcie wlepiając wzrok przed siebie.
— Bezpieczeństwo wysłannika to sprawa najwyższej wagi — podjął Gunthar. — Jeśli pod naszą opieką choćby włos spadnie mu z głowy, honor Demacii zostanie splamiony. Arbormarczycy są naszymi sojusznikami od dawna i nie możemy pozwolić, by cokolwiek zepsuło nasze relacje. Mamy wypełnić tę misję z honorem, wdziękiem i dobrą wiarą.
Gunthar spojrzał na swoich podwładnych surowo. — Choćbyśmy czynili to wbrew sobie — dodał.
Żołnierze byli doskonale zdyscyplinowani i nie dali nic po sobie poznać, ale Cithria była pewna, że tak jak ona odczuwali niepokój. Co to miało znaczyć?
Gunthar przywołał gestem swoich owiniętych płaszczami towarzyszy, którzy zrobili krok do przodu, zdejmując kaptury.
Oczy Cithrii rozwarły się w zdumieniu.
Jeden z mężczyzn był w średnim wieku. Krótko przystrzyżone włosy miał upstrzone siwizną, spojrzenie srogie, a twarz pooraną głębokimi zmarszczkami i bliznami. Drugi był młodszy, szczuplejszy i jakby nerwowy. Z jednej strony na twarz opadały mu długie, ciemne włosy.
Obaj mieli złote półmaski i okrągłe, rzeźbione przypinki z szarego kamienia, przytrzymujące im płaszcze na ramionach.
Cithria powoli wypuściła z płuc powietrze, nawet nie zdając sobie sprawy, że wstrzymywała oddech.
Łowcy magów.
— To Cadstone, starszy członek zakonu łowców magów, i jego towarzysz, Arno — przedstawił ich Gunthar. Mężczyźni ukłonili się nieznacznie. — Udadzą się wraz z nami w podróż do stolicy.
Ze szczytu strażnicy rozbrzmiał dźwięk rogów.
— Zbliżają się jeźdźcy pod chorągwią Arbormarku! — rozległo się wołanie wartownika z góry.
Sierżant tarczowy Gunthar kiwnął głową na strażników, którzy otworzyli wielkie wrota. Zawiasy zatrzeszczały pod ich ciężarem. Żelazna brona poszła w górę, szczękając łańcuchami, i spuszczono olbrzymi most zwodzony. Uderzył o ziemię z ogłuszającym hukiem. Światło poranka wlało się przez otwartą bramę.
— Za mną — zakomenderował Gunthar, idąc przodem z łowcami magów u boku. Cithria i reszta ruszyli za nimi z wyćwiczoną precyzją.







Cithria nie była do końca pewna, jak może wyglądać wysłannik, ale z całą pewnością nie spodziewała się postawnego, ciemnoskórego mężczyzny, który na nich czekał. Był odziany w niedźwiedzie skóry i dzierżył ciężki, drewniany kostur. Uśmiechnął się szeroko na widok wychodzących mu na spotkanie Demacian.
Cithria przyglądała mu się czujnie.
Dosiadał największego konia, jakiego w życiu widziała. Zwierzę było kruczoczarne, a podkute kopyta pokrywało mu grube włosie. Wysłannikowi towarzyszyło dwudziestu jeźdźców, ubranych w długie płaszcze łuskowe i uzbrojonych w topory oraz tarcze. Jeden z nich trzymał sztandar, na którym wyobrażono skrzyżowane topory — herb Arbormarku — widoczne również na tarczach.
Wysłannik zsiadł z konia i podszedł do Gunthara oraz jego świty, nie przestając się uśmiechać. Miał umięśnioną sylwetkę typową dla zaprawionego w bojach żołnierza, może kowala — zdecydowanie nie tego spodziewała się po magu. Zawsze wyobrażała ich sobie jako przebiegłych, podstępnych osobników, stawiających fortele i sztuczki ponad siłę fizyczną.
Mężczyzna zatrzymał się przed Demacianami i dotknął czoła wnętrzem lewej dłoni, którą następnie wyciągnął w stronę nieba. Cithria ścisnęła rękojeść miecza, sądząc, że czarownik odprawia jakieś tajemne gusła, nim zdała sobie sprawę, że było to oficjalne arbormarskie powitanie. Czując, jak płoną jej policzki, przeklęła się w duchu.
Sierżant tarczowy Gunthar odpowiedział własnym gestem.
— Nazywam się Arjen. Przyjmijcie pozdrowienia od pana Arbormarku — odezwał się wysłannik, pochylając głowę.
— Witajcie. Jestem sierżantem tarczowym siódmego batalionu, zwą mnie Gunthar. A to — dodał — jest Cadstone z zakonu łowców magów.
— Odwiedzałeś już Demacię, czyż nie? — spytał Cadstone, nawet nie siląc się na uprzejmość. — Znasz Prawa Skały?
— Tak, byłem tu kiedyś, szacowny łowco — odpowiedział Arjen — i jestem świadomy panujących w waszym królestwie zasad. Uszanuję Prawa Skały i nie zrobię użytku ze swoich… talentów podczas pobytu w waszej krainie. Daję wam moje słowo.
— Dobrze — odparł Cadstone. — Łowca Arno i ja będziemy ci towarzyszyć, dopóki nie opuścisz Demacii. Naszym zadaniem jest pilnowanie, byś dotrzymał obietnicy. Wiedz, że złamanie naszych praw będzie miało konsekwencje. Ale jeżeli powstrzymasz się od wykorzystywania swoich… talentów, jak raczysz je określać… wszystko będzie dobrze.
Arjen ukłonił się nisko, w dalszym ciągu się uśmiechając.
— Ruszajmy zatem w drogę — zdecydował Gunthar. — Wasza straż musi, rzecz jasna, zostać za granicą.
— Oczywiście, oczywiście — powiedział Arjen, nim się odwrócił, by odprawić swoich ludzi. — Sio! — zawołał. — Znikajcie mi stąd!
Cithria uśmiechnęła się pod nosem, dziwiąc się zachowaniu maga. Niewzruszeni jeźdźcy zawrócili, przy czym jeden z nich schwycił lejce wysłannika, i odjechali bez słowa.
— Ruszajmy zatem! — rzekł Arjen, klasnąwszy w dłonie.







Czekał ich trzygodzinny marsz na północny zachód do Roztopni, nadrzecznego miasteczka, gdzie czekał na nich statek, którym mieli dostać się do stolicy. Cithria była zaskoczona, że wysłannik z Arbormarku ich nie spowalniał. Z łatwością dotrzymywał narzuconego przez Gunthara morderczego tempa, a jego ciężki kostur mocno uderzał o ziemię przy każdym kroku.
Maszerowali przez smagane wiatrem trzęsawiska i doliny. Wiejący od mroźnej północy wicher przyprawiał Cithrię o dreszcze. Demacianie brnęli naprzód, ciasno opatulając szyje płaszczami, by zatrzymać choć trochę ciepła. Odziany w niedźwiedzie skóry wysłannik zdawał się nie przejmować pogodą.
Wbrew początkowym obawom Cithria odkryła, że Arjen jest życzliwym i sympatycznym człowiekiem. Postanowiła jednak, że to nie uśpi jej czujności. Czarownicy słynęli w końcu z zamiłowania do podstępów. Demacianie szli w milczeniu, wyraźnie skrępowani obecnością maga. Arjen zabijał zaś czas, opowiadając historie o swojej ojczyźnie. W większości z nich przewijało się żłopanie piwa, pokazy siły i naciągane heroiczne wyczyny, ale czarodziej był urodzonym gawędziarzem, a przy jego opowieściach czas mijał zdecydowanie szybciej niż w ciszy.
„…a wtedy bestia warknęła: »Nie przychodzisz tu, żeby polować, nieprawdaż?«
Mężczyzna zarechotał z własnego rubasznego dowcipu, uderzając dłonią o jedno ze swoich potężnych ud. Maszerująca u jego boku Cithria uśmiechnęła się wbrew sobie, kręcąc głową ze względu na niestosowność historyjki.
— Rozumiesz, dziewczyno? — Arjen zwrócił się bezpośrednio do Cithrii. — Powiedziała tak, bo myślała, że ten człowiek…
— Och, rozumiem — pospieszyła z odpowiedzią Cithria, unosząc dłoń, by powstrzymać Arjena przed dalszymi wyjaśnieniami.
W połowie drogi zaczął prószyć śnieg. Na początku płatki były drobne i lekkie, ale wkrótce stały się cięższe, aż widoczność drastycznie spadła. W niedługim czasie ziemia i droga zostały kompletnie przysypane. Śnieg tłumił wszelkie odgłosy. Cithria szła u boku wysłannika, który znajdował się w samym środku kolumny żołnierzy. Zerkając przez ramię, dostrzegła, że łowcy magów zostali kilka kroków w tyle — dość daleko, by ich nie słyszeć. Obaj założyli kaptury, by ochronić głowy przed zimnem.
— Jestem ciekawa… — zagaiła Cithria cicho w nadziei, że usłyszy ją tylko wysłannik.
— Ciekawość to potężna rzecz — rzekł Arjen. — Bywa, że niebezpieczna.
Idący obok żołnierz spojrzał na nią, jak gdyby chciał, by zamilkła. Cithria zawahała się, nie wiedząc, czy powinna dokończyć myśl, czy jednak dać sobie spokój. Ciekawość wzięła górę.
— Znacie Prawa Skały i macie pojęcie o tym, z jakimi… wyzwaniami mierzy się obecnie Demacia — powiedziała.
— Tak — odparł Arjen. Cała jego wesołość wyparowała, ustępując zasępieniu. — Z tego właśnie powodu przysłał mnie tu mój pan. Z tego powodu do waszej krainy ściągają wysłannicy ze wszystkich sojuszniczych krajów.
— Ale skoro wasz pan o tym wie, dlaczego wysłał właśnie ciebie?
Arjen spojrzał na nią, unosząc brew. — Jestem głównym doradcą na dworze Arbormarku, więc to mój obowiązek — odrzekł. Dostrzegł jej zdziwienie i uśmiechnął się krzywo. — Poza waszymi granicami jest inaczej. Gdybyś chciała porozmawiać o kuźni, wezwałabyś kowala, tak? W obecnej sytuacji któż sprawdzi się lepiej niż właśnie mag?
Cithria otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknęła.
Odprowadźmy go po prostu do stolicy, pomyślała.
Im szybciej wypełnią tę misję, tym lepiej.







Zapadał zmierzch, kiedy wkraczali pomiędzy białe mury miasteczka Roztopnia. Strażnicy przy bramie zasalutowali, a mieszkańcy rozstąpili się z szacunkiem, by przepuścić oddział główną arterią.
— Na następnym skrzyżowaniu dróg skręcimy na północny zachód — przykazał im Cadstone. Śnieg powoli odpuszczał. Mężczyzna zsunął kaptur i wskazał coś ręką. — Doki są u stóp tego wzgórza.
— A więc byliście tu kiedyś, panie łowco? — spytała Cithria, kiedy Gunthar rozkazał żołnierzom podążać we wskazanym przez łowcę kierunku. Łowca pokiwał głową.
— Mieszkała tu pewna dziewczynka — powiedział. — Potężna magiczka.
— Wyście ją… złapali? — zdumiała się Cithria.
— Sama się poddała — wtrącił się Arno. — Była łagodna. Zarejestrowana. Normalnie taka jak ona nie zostałaby pojmana, ale od czasu…
— Arno! — warknął Cadstone.
Młodszy łowca zamilkł zawstydzony.
— Ruszajmy — zdecydował Cadstone. — Lepiej się nie ociągać.







Wczesnym wieczorem wąska uliczka prowadząca do doków była niezwykle ruchliwa.
Po skończonej pracy rybacy wdrapywali się na wzgórze, by wrócić do domów lub udać się do jednej z licznych karczem, które można było spotkać po drodze. Dzieci ganiały w tę i we w tę, bawiąc się w berka na śniegu, a w ślad za nimi biegały dwa rozochocone psy. Handlarze stali w drzwiach sklepów, a uliczni przekupnie wykrzykiwali ceny swoich towarów.
Żołnierze nie pokonali nawet jednej trzeciej drogi w dół wzgórza, kiedy Cithria zauważyła, że atmosfera raptownie się zmienia.
Najpierw pojawiło się tylko kilka nieprzyjaznych spojrzeń i nieprzyjemnych słów wymamrotanych pod nosem. Mieszkańcy zaczęli tłoczyć się w grupkach przy drzwiach i w alejkach, rozmawiając ściszonymi głosami i wytykając żołnierzy palcami. Jeden z rybaków splunął siarczyście na ziemię, a w jego oczach zapłonął gniew.
— Zrób przejście, cywilu — warknął Gunthar. Mężczyzna odsunął się, aczkolwiek niezbyt chętnie.
Cithria była wstrząśnięta. Mimo wszystkiego, co działo się w stolicy, nie spodziewała się otwartej wrogości ze strony Demacian.
— Zewrzeć szeregi — rozkazał Gunthar, a żołnierze natychmiast wykonali polecenie, ukrywając maga i łowców w sercu kolumny.
W bok hełmu jednego z żołnierzy grzmotnął kamień. Kolejny, rzucony z innej strony, odbił się od czoła Cadstone’a, pozostawiając po sobie strużkę krwi.
Cithria przeklęła pod nosem wąską uliczkę. Nie mieli tu żadnej swobody ruchu i zaszli już zbyt daleko, żeby teraz zawrócić. Musieli iść dalej w kierunku doków.
— Unieść tarcze! — szczeknął Gunthar. Najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku. — Naprzód, żwawiej!
Żołnierze momentalnie przyspieszyli, brnąc w dół uliczki.
— Zejść z drogi, to rozkaz króla! Rozejść się! — krzyczał Gunthar. Większość mieszkańców usłuchała, przepuszczając żołnierzy, ale dalej w dole Cithria zobaczyła coś, co zmroziło jej krew w żyłach.
Z prostopadłych alejek wytoczono dwa wozy, by zagrodzić im drogę. Przed nimi zgromadził się rozjuszony tłum. Cithria rozejrzała się. Białe mury napierały na nich z obu stron niczym ściany rozpadliny. Zdała sobie sprawę, że drzwi zostały zaryglowane, a okiennice zamknięte.
— To zasadzka! — syknęła.
— Tak — odpowiedział Gunthar. Zaklął pod nosem.
— Stać! W tył zwrot! — zawołał sierżant tarczowy. Żołnierze błyskawicznie wykonali zwrot w miejscu. Wszyscy mieli uniesione tarcze, ale żaden z nich nie wyciągnął broni.
Łowcy magów stali tuż przy wysłanniku, po jednym z każdej strony. Cała trójka mogła czuć się bezpiecznie w samym środku szyku.
— To na nic! — krzyknęła Cithria. — Ta droga też jest zablokowana.
Patrząc w kierunku, z którego przyszli, dostrzegli, że mieszkańcy pospiesznie wypchnęli kolejny wóz, co uniemożliwiło im odwrót.
— Wydajcie go nam, a nikomu nie stanie się krzywda! — zawołał tęgi mężczyzna, stojący na wozie. Wyglądał na miejscowego kowala — miał na sobie gruby skórzany fartuch, a w ręku trzymał młotek.
— Zrobić przejście! — polecił Gunthar.
Kowal, którego najwyraźniej wybrano na przedstawiciela wściekłego tłumu, nie przejął się tym rozkazem.
— Zapomnij, kolego — rzekł, lekko uderzając młotkiem w otwartą dłoń, jak gdyby chciał dać mu coś do zrozumienia.
Część ludzi odsunęła się na bezpieczniejszą odległość, ale na obu krańcach ulicy pojawiło się jeszcze więcej mieszkańców. Wielu z nich dzierżyło narzędzia rolnicze, siekiery i inne rodzaje prowizorycznej broni, choć niejeden miał przy pasie miecz. Żołnierze przewyższali ich pod względem umiejętności, ale mieszkańców wcale to nie onieśmielało.
— Powtarzam: zróbcie przejście — odezwał się Gunthar.
W odpowiedzi o tarczę Cithrii uderzył kamień. Stojący przy niej żołnierz, Bakker, postanowił dobyć miecza. Ostrze zasyczało, gdy zaczął wysuwać je z pochwy.
— Żadnych ostrzy! — krzyknęła Cithria, kładąc dłoń na rękojeści jego miecza. — To Demacianie, przysięgaliśmy ich chronić!
Bakker, starszy wiekiem i stopniem od Cithrii, skrzywił się i chciał ją odepchnąć, ale sierżant go powstrzymał.
— Ona ma rację — warknął Gunthar. — Nikt nie wyciągnie miecza, dopóki nie rozkażę.
Tłum stawał się coraz agresywniejszy, krzycząc i zbliżając się złowróżbnie.
Spośród zgiełku Cithria wyłuskała kilka pojedynczych głosów.
— Zapłacisz, ty świnio! — wrzeszczała jakaś kobieta.
— Na niego, na niego! — grzmiał posunięty w latach mężczyzna. Sądząc po posturze, były żołnierz.
— Powinniśmy im go wydać — mruknął Bakker.
Cithria spiorunowała go wzrokiem. — Wysłannik Arjen znajduje się pod naszą ochroną! — warknęła. — Gdzie twój honor?
— To tylko mag — bąknął inny żołnierz, ale Cithria nie widziała który.
Ciężki gliniany słój uderzył w tarczę jednego z wojowników, rozpadając się na drobne kawałeczki. Ogromna cegła spadła z góry, trafiając kolejnego żołnierza w naramiennik i zwalając nieszczęśnika z nóg. Jego towarzysze szybko pomogli mu wstać, a Cithria dostrzegła, że na dachach zaczęli pojawiać się ludzie.
Zdążyła zauważyć, że jakiś zakapturzony mężczyzna coś rzuca. Instynktownie podniosła tarczę, by osłonić stojącego za nią wysłannika. Zardzewiała podkowa ze szczękiem odbiła się od wygiętej powierzchni tarczy, nim upadła na ziemię. Gdyby trafiła w cel, cios byłby śmiertelny.
Mag podziękował Cithrii kiwnięciem głowy. Już się nie uśmiechał.
— Nie pozwolimy cię skrzywdzić, przysięgam na honor — zapewniła Cithria.
Mieszkańcy otaczali ich coraz szczelniej, nadal krzycząc, choć żaden z nich najwyraźniej nie chciał zbytnio się zbliżyć. Cithria wiedziała jednak, że atak był już tylko kwestią czasu, i bała się tego, co może się wówczas wydarzyć.
— Musimy się stąd wydostać! — zawołała. Kolejne kamienie, cegły i odpady odbijały się od ich pancerzy.
— Jeżeli zaczniemy się przedzierać, nie obędzie się bez ofiar wśród cywili — powiedział sierżant tarczowy Gunthar.
— Możliwe, że to nasza jedyna szansa — rzekł Cadstone. Cithria musiała przyznać mu rację. Chyba że…
— Tamte drzwi! — Wskazała zabarykadowane drzwi do jednego z pobliskich sklepów.
— Warto spróbować — stwierdził Gunthar. — Półkole, przede mną!
Demacianie gładko zmienili szyk, formując wygięty mur tarcz, tyłem do sklepu.
— Cithria! Bakker! — zakomenderował Gunthar. — Wyważcie te drzwi!
Cithria i Bakker wyszli z szeregu. Łowcy magów i Arjen stali bezpiecznie otoczeni żołnierzami. Bakker niecierpliwie przepchnął się obok wysłannika.
— Z drogi, magu — zawarczał.
Cithria zobaczyła, jak Arjen bierze głęboki, uspokajający wdech, by powstrzymać się od riposty. Pospieszyła ku drzwiom, omijając czarodzieja i kiwając do Bakkera głową.
— Na trzy — zdecydował. — Raz, dwa, trzy!
Razem mocno kopnęli dwuskrzydłowe drzwi.
— Jeszcze raz!
Zaatakowali jeszcze trzy razy, wkładając w kopnięcia cały swój ciężar, aż w końcu usłyszeli głośny trzask i drzwi zapadły się do środka.
— Biegnijcie! — wrzasnął Gunthar. — Zabierzcie wysłannika oraz łowców i znajdźcie jakieś wyjście! Zatrzymamy ich!
Widząc, że obiekt ich nienawiści ucieka, mieszkańcy rzucili się naprzód, prosto na tarczowy mur.
— Chodźcie! — nakazała Cithria, wchodząc do ciemnego sklepu z uniesioną tarczą. — Na pewno jest tu jakieś tylne wyjście.
Sklep najwyraźniej należał do wytwórcy świec. Półki wypełniały setki świec woskowych, a w nozdrza uderzała mieszanina kwiatowych woni.
— Tutaj! — krzyknął Bakker, znikając na zapleczu.
— Trzymajcie się blisko — poleciła Cithria i wysłannik z Arbormarku, z łowcami magów u boku, podążył za nią i Bakkerem na tyły sklepu.
Drzwi, które znalazł Bakker, prowadziły do magazynu pełnego beczek, stert skrzyń i worków. Było tak ciemno, że Cithria ledwo widziała sylwetkę Bakkera, majaczącą kilka metrów przed nią.
— Gdybyśmy tylko mieli świecę… — skwitował Arjen. Cithria parsknęła i natychmiast zakryła usta dłonią, by się pohamować. To nie była pora na żarty.
Nagle usłyszała trzask pękającego drewna i magazyn zalało światło — Bakker rozprawił się z tylnymi drzwiami. Na zewnątrz było pusto.
Bakker ponaglił Cithrię i pozostałych.
— Chodźcie! — rzekł. — Będę osłaniał tyły!
Cithria kiwnęła głową i popędziła naprzód, prowadząc za sobą Arjena i łowców. Nie przeszła nawet dziesięciu kroków, kiedy ktoś wyszedł z cienia bocznej uliczki, zagradzając jej drogę.
Była to kobieta o kasztanowych włosach, z ciężką kuszą w rękach. Cithria zatrzymała się, unosząc rękę w geście ostrzeżenia. Kobieta wycelowała w nich broń.
Wydawało się, że czas zwolnił bieg.
Znów sypał śnieg — ciężkie płatki bezgłośnie opadały na ziemię. W cichej alejce poza główną arterią krzyki mieszkańców i żołnierzy były prawie niesłyszalne.
Cithria zauważyła, że oczy kobiety są zaczerwienione, tak jakby płakała, a na jej twarzy malowała się desperacja.
Co doprowadziło ją do takiego stanu? Z doświadczenia Cithrii wynikało, że jej rodacy nie byli agresywni i zawsze przestrzegali prawa. Dlaczego wszyscy w tym miasteczku byli tacy wściekli?
— Odsuń się — poprosiła kobieta, patrząc na Cithrię błagalnie. Głos łamał się jej pod ciężarem emocji. — Proszę.
— Ten człowiek jest wysłannikiem sojuszniczego kraju — wyjaśniła Cithria łagodnie, jak gdyby mówiła do narowistego konia. — Nie mogę pozwolić, by stała mu się krzywda.
— Co? — zdziwiła się kobieta, marszcząc brwi.
— Nie rób tego — przekonywała Cithria. — Ten człowiek znajduje się pod ochroną Demacii.
Kobieta wybuchła rozpaczliwym, niemal opętańczym śmiechem.
— To nie jego chcę — rzekła. — Wydaj mi łowcę. Tego.
Dopiero wówczas Cithria zdała sobie sprawę, że kusza wycelowana jest w Cadstone’a.
— Moja córka niczym nie zawiniła! — powiedziała kobieta. Po jej policzkach potoczyły się łzy. — Kyra sama zgłosiła się do łowców magów, by powiedzieć im o swojej mocy. Nie chciała, żeby ktoś wpadł przez nią w kłopoty ani żeby jej rodzina czy to miasteczko cierpieli. Wszyscy ją kochali! Te wszystkie problemy… to twoja wina!
— Zabraliście jej córkę… — powiedziała cicho Cithria, patrząc na Cadstone’a.
Łowca magów posępnie kiwnął głową.
— Musieliśmy — odparł. — Prawo uległo zmianie. Każdy posiadający magiczne moce obywatel, łagodny czy agresywny, musi zostać sprowadzony i osądzony. Każdy mag w królestwie.
— Była tylko małą dziewczynką! — krzyknęła kobieta, wykonując gwałtowny ruch kuszą w kierunku łowcy. — Zamknęliście ją! Razem z przestępcami! A może ją wygnaliście i tuła się gdzieś za granicą, całkiem sama! Skazaliście ją na śmierć!
Cithria wciągnęła powietrze, pewna, że bełt wystrzeli z kuszy… ale tak się nie stało. Przynajmniej na razie.
— Kyra nikomu nie zagrażała! — zawołała kobieta. — Wypłakiwała sobie oczy, marząc o tym, by być taka jak inni. A ty ją zabrałeś. Jesteś potworem.
— Prawo to prawo — rzekł Cadstone.
— A więc prawo jest błędne — odparła kobieta. — Była moim życiem, i ty mi je odebrałeś. Teraz ja odbiorę ci twoje.
Jej palec docisnął spust… ale zawahała się, gdy Cithria stanęła między nią a łowcą.
— Odsuń się, proszę — zapłakała kobieta. — Nie chcę, żeby ucierpiał ktokolwiek poza winowajcą.
— Nie mogę ci na to pozwolić — rzekła Cithria. — Odłóż kuszę.
Moje życie dobiegło końca — powiedziała kobieta. — Jego też powinno.
— Jeżeli to zrobisz, nie będzie odwrotu — stwierdziła Cithria. — Co się stanie, kiedy twoja córka wróci do domu, a ciebie tu nie będzie z powodu wyboru, którego teraz dokonasz?
— Ci, których zabierają łowcy, nigdy nie wracają — oznajmiła kobieta. — Kyra też nie wróci.
Słyszalna w jej głosie rozpacz chwytała za serce. Cithria poczuła, jak jej żal przeszywa ją na wskroś.
— Nie możesz tego wiedzieć — argumentowała Cithria. — Musisz tu być, kiedy wróci. Będzie cię potrzebowała.
Twarz nieznajomej wykrzywiła się w grymasie bólu. Kobieta mocno zacisnęła powieki, a po jej policzkach spłynęły łzy. Ale nie opuściła kuszy.
Cithria zrobiła krok naprzód, wyciągając do niej ręce.
— Pomogę ci — obiecała. — Przysięgam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by odnaleźć twoją córkę.
Cithria była pewna, że jej słowa nie odniosą skutku. Z tej odległości wystrzelony z ciężkiej kuszy bełt zwyczajnie przebiłby jej napierśnik.
— Proszę — powiedziała. — Musisz być silna. Dla Kyry.
Kobieta opadła na kolana, a cała jej determinacja gdzieś uleciała. Upadając na ziemię, pełna żalu i kompletnie wyczerpana, zacisnęła palec na spuście.
Usłyszeli szczęknięcie, suchy trzask, i kusza wystrzeliła.
Bełt ze świstem przeciął powietrze i odbił się rykoszetem od jednej z białych, kamiennych ścian uliczki. Cithria obróciła się w miejscu. Śmiercionośny pocisk śmignął obok Cadstone’a i Arno, mijając nerwowego młodziana o centymetry, i poleciał prosto w stronę Bakkera.
Cithria zobaczyła, jak wysłannik z Arbormarku wykonuje nieznaczny ruch palcami, delikatnie wykręcając dłoń. Bełt zmienił kurs, jak gdyby tuż przed Bakkerem wyrósł niewidzialny, wygięty koliście mur, i przeleciał mu nad ramieniem.
Cithria poczuła, jak na ten widok włosy stają jej dęba.
Oczy Bakkera otworzyły się szeroko. Bełt powinien trafić go w szyję i Cithria była pewna, że Bakker o tym wiedział. Odziany w niedźwiedzie skóry, kolosalny wysłannik puścił do niej oko.
Młody łowca magów leżał na ziemi, oddychając ciężko. Cadstone przylgnął do jednej ze ścian uliczki. Kobieta klęczała w śniegu, a jej ciałem wstrząsał szloch.
Cithria podbiegła do niej i delikatnie wyjęła kuszę z jej rozedrganych dłoni. Następnie objęła kobietę mocno.
— Nie aresztujcie jej — powiedziała Cithria, spoglądając na Cadstoneְ’a. — To był wypadek, nic więcej.
Łowca magów zawahał się. Na jego twarzy malowała się niepewność.
— Nikomu nie stała się krzywda — ciągnęła Cithria. — Dość się nacierpiała. Proszę.
Cadstone westchnął i potarł knykciami powieki.
— Ta sprawa nie ma związku z moim zakonem — zdecydował w końcu. — Skoro nie odprawiano tu żadnych czarów, decyzję pozostawiam wam.
Cithria dostrzegła wzrok Bakkera… ale jej towarzysz nic nie powiedział.







Mieszkańcy napierali na demaciański mur żołnierzy, kopiąc i szarpiąc. O tarcze i hełmy uderzały butelki i kamienie, ale żołnierze nadal nie wyciągnęli broni.
Rozległ się krzyk, kiedy Cithria wyszła ze sklepu ze świecami, obejmując rudowłosą kobietę, i tłum odrobinę się cofnął.
— Rosalyn? — zawołał rosły kowal.
— Kyra by tego nie chciała — powiedziała kobieta. — Nie chciałaby, żeby ktokolwiek przez nią ucierpiał.
Nagłe przybycie rudowłosej sprawiło, że tłum stracił rezon. Kilku mieszkańców walczyło dalej, próbując przepchnąć tarcze, ale inni odsunęli się, nie wiedząc, co czynić.
— Zrobić przejście! — ryknął Gunthar. — Odejdźcie teraz, a nie wyciągniemy konsekwencji!
Mieszkańcy spojrzeli na kowala.
— Zróbcie, co mówi — rzekł wreszcie. — To koniec.
Wściekłość i rozgoryczenie tłumu wyparowały niczym poranna mgła we wczesnych promieniach słońca. Po chwili mieszkańcy znów wyglądali jak zwyczajni ludzie, a ich twarzy nie wykrzywiała już złość. Wielu z nich mamrotało coś pod nosem i ze wstydem wbijało wzrok w ziemię.
Gunthar kiwnął głową i żołnierze wpuścili w swoje szeregi kowala, który wziął rudowłosą w ramiona.
— Reszta rozejść się do domów! — nakazał zbiorowisku Gunthar. Mógł ich wszystkich ustawić pod ścianą i skuć w kajdany, ale Cithria cieszyła się, że postanowił im darować.
Cithria rozejrzała się. Nie licząc kilku zadrapań i siniaków, na szczęście nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń — zarówno wśród żołnierzy, jak i mieszkańców Roztopni. Tubylcy rozeszli się do domów, ciągnąc za sobą wozy.
Sierżant spojrzał na Cithrię z ulgą.
— Nie wiem, co uczyniłaś — powiedział, kręcąc głową — ale cokolwiek to było, pomogłaś nam uniknąć katastrofy, żołnierzu.
Cithria nagle poczuła się niesamowicie zmęczona i nie miała siły odpowiedzieć. Pokiwała głową i opadła ciężko na pobliskie schody.
Żołnierze nieufnie przypatrywali się mieszkańcom, którzy nie opuścili jeszcze ulicy. Bakker stał w pobliżu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Cithria popatrzyła na łowców magów, którzy rozglądali się ponuro, a następnie na Rosalyn, płaczącą w objęciach kowala.
Wszyscy ci ludzie byli Demacianami i mieli dobre intencje, ale poróżniły ich ostatnie wydarzenia.
W Demacii nadchodzą trudne czasy, pomyślała.
Nie, poprawiła się.
Już nadeszły.


https://universe-meeps.leagueoflegends.com/v1/assets/images/sylas_color_bg_image.jpg






Rekrut
Słońce było w zenicie, dostatecznie wysoko, by rozświetlić obóz wygnańców położony głęboko w kanionie. Sylas z Ochłapiska siedział w cieniu i cierpliwie czekał, aż jego zwiadowczyni powróci. Wreszcie zobaczył, jak wychodzi zza rogu kamiennej iglicy stojącej u wejścia do rozpadliny i prowadzi młodego nieznajomego do obozu.
— To Happ — powiedziała zwiadowczyni. — Chce do nas dołączyć.
Sylas wyszedł ze swojego schronienia, mierząc młodzieńca wzrokiem. — Czyżby?
— Znam go z podziemi. Łowcy odebrali mu rodzinę. O mały włos sam by nie uciekł.
Sylas kiwnął głową, w milczeniu oceniając młodego mężczyznę. Czuł, że chłopak był obdarzony potężną magią — biło od niego coś mrocznego i zabójczego. Co do reszty jego osoby, Sylas nie widział nic.
— To dobry chłopak — zapewniła zwiadowczyni. — A do tego jest z Ochłapiska.
Przyjemnie zaskoczony Sylas uniósł brew, jak gdyby spotkał członka rodziny, o którego istnieniu nie wiedział.
Młodzieniec przedstawił się, dukając. — M… myślałem, że może… mogę się do pana… przyłączyć.
Cały obóz wygnańców zarechotał. Oczy chłopca skakały po szczerzących się twarzach, szukając najmniejszej oznaki tego, co zrobił źle.
— Tutaj nie ma „pana” — zaśmiał się Sylas. — No chyba że chcesz w ten sposób zwracać się do nas wszystkich.
— Tak, pa… Tak — powiedział młodzieniec, nieomal powtarzając swój błąd.
Zmieszany rekrut zdawał się zastanawiać, czy przyjście do obozu było dobrym wyborem. Sylas położył zakutą w ciężkie kajdany rękę na ramieniu chłopca, mając nadzieję stłumić jego wstyd.
— Spokojnie, Happ. Nikt nie będzie cię tutaj oceniać. Jesteśmy daleko od Ochłapiska.
Poczuł, jak młodzieniec się rozluźnił.
— Wiem, przez co przechodzisz. Zawsze cię obserwują, szczują, sprawiają, że czujesz się gorszy. Tutaj nic takiego cię nie spotka. Tutaj znajdziesz swoje miejsce.
Happ uśmiechnął się, ale wlepiał wzrok w swoje stopy, jakby czuł się niegodny nowo nabytej radości.
— Wiesz, dlaczego noszę te łańcuchy? — spytał Sylas.
Rekrut potrząsnął głową, zbyt nieśmiały, by spróbować zgadnąć.
— One nie są tylko bronią. Są przypomnieniem. Przypominają o naszym pochodzeniu. Przypominają o tym, do czego jesteśmy zdolni, i o wyzwoleniu, które nadejdzie. Nadążasz?
— Tak. Tak, chcę być wyzwolony.
— Świetnie — powiedział Sylas. — Dzisiaj zrzucisz własne łańcuchy.







Zapadał zmrok, a ciemne krzaki na skraju drogi były idealną kryjówką, w której można było urządzić zasadzkę. Sylas czekał w nich wraz z dziesiątką swoich najbardziej zaufanych magów. Obok Sylasa rekrut nerwowo obgryzał paznokcie.
— Nie martw się — powiedział Sylas, uśmiechając się przy tym pocieszająco. — Też się denerwowałem przy swoim pierwszym razie. Z czasem będzie ci to przychodzić tak naturalnie, jak oddychanie.
Zanim rekrut zdążył opanować nerwy, kopyta i koła powozu zagrzmiały w oddali niczym nadchodząca burza. W przeciągu sekund kareta z zawrotną prędkością zbliżyła się do kryjących się porywaczy.
Chwilę zanim konie przejechały przed krzakami, Sylas dał sygnał swoim towarzyszom i rozpoczęła się akcja.
Zapuszczony stary mag ruchem nadgarstka przyzwał grube żelazne pnącze, które wystrzeliło na wskroś drogi i owinęło kolana galopujących koni. Powstały zgiełk był ogłuszający — wierzchowce runęły w błoto, a kareta przeleciała nad nimi.
Magowie wystrzelili z kryjówki jak z procy, obezwładniając zdezorientowaną załogę karety za pomocą różnorakich broni i zaklęć. Sylas wskoczył na przewróconą karetę, skory do pojmania pasażerów pozostawionej bez ochrony kabiny.
— Idziemy, rekrucie — rzucił, gestem nakłaniając Happa, żeby do niego dołączył.
Happ wdrapał się na pudło i zaczął pomagać przy wyważaniu drzwi. Te otworzyły się z trzaskiem, ukazując bardzo potłuczonego arystokratę. W oczach Sylasa mignął złowrogi błysk.
— No proszę… i kto teraz jest na kolanach, mój panie? — powiedział Sylas, wyciągając rękę.
Arystokrata obruszył się. Choć był poważnie ranny, jego nienawiść wobec Sylasa pozostała niezmieniona.
— Nie zlęknę się takich jak ty.
— I dobrze — odparł Sylas. — Nie chciałbym, żeby cię to ominęło.
Po paru minutach cała straż arystokraty wraz z woźnicami stała ze skutymi rękami obok drogi. Sylas przeszedł się przed szeregiem, przyglądając się każdemu jeńcowi z osobna.
— Żal mi was wszystkich. Naprawdę — powiedział Sylas. — Jesteście jedynie zębatkami wprawiającymi ich koło w ruch.
Sylas przerwał, a jego ton zmienił się gwałtownie, gdy wskazał na związanego arystokratę.
— Ale zdecydowaliście się na służenie im… a więc służenie ich sprawie.
Odwrócił się do swojej bandy wygnańców, głośno stawiając pytanie.
— Bracia i siostry, ci ludzie służą świniom. Kim zatem są?
— Świniami! — odpowiedzieli wygnańcy.
— Czy powinniśmy puścić ich wolno?
— Nie! — wykrzyczeli magowie.
— A co, jeśli im się odwidzi? Co, jeśli obiecają, że już nie będą nas kłopotać? — zapytał Sylas, a kąciki jego ust wygięły się w szelmowskim uśmiechu.
— Na pewno skłamią! — wykrzyczał z krzaków zapuszczony, stary mag.
— Nie można im ufać! — zawtórował mu inny członek bandy.
— W takim razie jak należy z nimi postąpić? — spytał Sylas.
— Muszą zginąć! — wrzasnął młody mag z nieprzystającą do wieku nienawiścią.
Inni również podnieśli krzyk jak jeden mąż, aż jedno zdanie zaczęło nieść się na wietrze: Świnie muszą zginąć!
Sylas kiwał głową, jak gdyby powoli przekonywał się do tych słów.
— Tak więc będzie.
Delikatnie dotknął ramion swojego rekruta. Jego petrucytowe kajdany zaczęły dymić. Zamknął oczy, delektując się przejętą mocą.
Na ten widok jeńcy zadrżeli ze strachu. Wielu padło na kolana i zapłakało, błagając o oszczędzenie. Tylko arystokrata stał dumnie, nie bacząc na okoliczności, w jakich się znalazł, podczas gdy Sylas zwracał się do jego świty z ponurą ostatecznością.
— Boli mnie, że nie mogę pokazać wam pięknego świata, jaki nadejdzie.
Usłyszawszy te słowa, rekrut poczuł dreszcz przebiegający po plecach.
— Sylasie, nie — zaprotestował Happ. — To tylko… ludzie.
Ignorując błagania, Sylas wyciągnął przed siebie ręce, wyprostował palce i wyzwolił magię przechowywaną w swoich rękawicach. Gęsta, czarna chmura wystrzeliła z jego opuszek i zebrała się nad głowami świty arystokraty. Prawie równocześnie wszyscy zaczęli się dusić i łapać za gardła. Chwilę później padli martwi na ziemię.
Grobowa cisza ogarnęła magów po tym, jak pokornie obejrzeli egzekucję. Arystokrata cicho łkał, łzy spływały mu po zaciśniętych ustach. Jedynie rekrut wydał z siebie jakiś dźwięk.
— Nie… dlaczego? — powiedział Happ, padając na kolana.
Sylas pomógł mu wstać, pocieszając go ojcowską ręką.
— Happ, chciałeś przyczynić się do naszej sprawy. To właśnie ona! To nasze wyzwolenie…
Delikatnie popchnął rekruta w kierunku arystokraty i głową dał mu znak, żeby podszedł bliżej.
— …jeden martwy pan po drugim.
Happ spojrzał na arystokratę przez łzy. Wyciągnął trzęsącą się rękę, przygotowując się do odebrania mu życia. Potem opuścił ją.
— Nie… nie mogę.
Niewielkie pokłady cierpliwości Sylasa zaczęły się wyczerpywać.
— Ten mężczyzna nie jest twoim przyjacielem. Zdobył bogactwo na twoim cierpieniu. Prędzej pozwoliłby ci zawisnąć, niż okazał dobre serce.
Rekrut ani drgnął. Arystokrata wreszcie się przemógł.
— Jesteś potworem — powiedział łamiącym się głosem.
— Tak — odparł Sylas. — To właśnie mówili tobie podobni, gdy wtrącili mnie do ciemnego lochu.
Sylas wyciągnął rękę do przodu. Znajdujące się na niej kajdany wciąż blado świeciły. Magii, którą wziął od Happa, wystarczyło, by przyzwać jeszcze jedno pasmo czerni. Mała, czarna chmura owinęła twarz arystokraty i wydarła mu dech z piersi. Gdy ten skręcał się z bólu, Sylas spojrzał na rekruta, nie ze złością, ale z żalem.
— Przykro mi, Happ. Nie jesteś jeszcze gotowy na wyzwolenie. Idź. Wróć do swoich łańcuchów.
Sylas patrzył, jak Happ ze spuszczonym ze wstydu wzrokiem odwraca się, by odejść. Rekrut zerknął na strzaskany powóz przed sobą i długą, niewybrukowaną drogę, która wiodła do stolicy. Sylas prawie czuł myśli chłopaka, czuł, jak boi się udręki, która czekała na niego w jego starym życiu.
Happ schylił się, wyrwał sztylet z rąk martwego woźnicy i wrócił do leżącego na ziemi i wciąż walczącego o oddech arystokraty.
— Jestem gotów.
Gdy młodzieniec uniósł nóż nad arystokratą, smutek Sylasa przerodził się w niezmąconą radość. Nieważne, ile osób wyzwolił, zawsze się przy tym uśmiechał.

Lux
Pani Jasności

Luxanna (dla przyjaciół Lux) dorastała w Wysokiej Srebrzystej w Demacii wraz ze swoim starszym bratem Garenem. Urodzili się w dostojnym rodzie Obrońców Korony, którego członkowie od pokoleń służą jako obrońcy królów Demacii. Ich dziadek ocalił króla w Bitwie o Burzowy Kieł, zaś ich ciotka Tianna została przed narodzinami Lux mianowana przywódczynią pułku elitarnej Nieustraszonej Gwardii.
Garen przyjął swoją rolę w rodzinie z zapałem, wstępując do armii, kiedy był jeszcze młodym chłopakiem. Pod jego nieobecność Lux miała pomagać w zarządzaniu wieloma posiadłościami rodziny — było to zadanie, którego nienawidziła nawet jako dziecko. Chciała odkrywać świat i zobaczyć, co znajduje się za murami i granicami Demacii. Garen był jej idolem, a mimo to nie chciała słuchać jego rad o porzuceniu własnych ambicji.
Ku rosnącej frustracji nauczycieli, którzy chcieli przygotować ją do życia w pełnej obowiązków służbie na rzecz rodziny Obrońców Korony, Lux kwestionowała każdą z ich nauk, badała inne punkty widzenia i pożądała wiedzy dalece wykraczającej poza to, na co byli przygotowani. Mimo to niewielu było w stanie gniewać się na Lux, a to za sprawą jej radości życia i urzekającego optymizmu.
Nie wiedziano wtedy jeszcze, że nadchodzi czas zmian. Kiedyś magia doprowadziła Runeterrę na skraj wyniszczenia, a Demacia została założona jako miejsce, w którym takie moce były zakazane. Wiele baśni i ludowych podań w królestwie opowiadało o sercach, które, zwabione przez magię, stawały się mroczne. W istocie, wuj Garena i Lux został zabity przez zbuntowanego maga parę lat wcześniej.
Pojawiły się również szepty, pogłoski zza wielkich gór mówiące o tym, że magia znów budzi się do życia…
Pewnej pamiętnej nocy, gdy Lux jechała do domu, została zaatakowana przez watahę krwiożerczych wilków szablistych. W chwili przerażenia i desperacji młoda dziewczyna wypuściła nawałnicę magicznego światła głęboko z wnętrza siebie. Odpędziła bestie, ale i zaczęła drżeć ze strachu. Magia, zgroza z demaciańskich mitów, była taką samą częścią Lux jak jej rodowód Obrończyni Korony.
Zaczęły nękać ją obawy i wątpliwości. Czy stawała się zła? Czy była abominacją, którą należy wtrącić do więzienia bądź wygnać? W najlepszym przypadku, jeżeli jej moce zostałyby odkryte, dobre imię Obrońców Korony okryłoby się hańbą na zawsze.
Jako że Garen spędzał więcej czasu poza Wysoką Srebrzystą, Lux często bywała sama w komnatach ich rodzinnego domu. Z czasem coraz lepiej zaznajamiała się ze swoją magią, a bezsenne noce, które spędzała z zaciśniętymi pięściami, chcąc, by jej wewnętrzne światło zgasło, zdarzały się o wiele rzadziej. Zaczęła eksperymentować, w tajemnicy bawiąc się promieniami słońca na dziedzińcach i zmieniając je w ciała stałe, a nawet tworząc malutkie, świecące się postacie w swojej dłoni. Postanowiła utrzymać to w sekrecie na tyle, na ile mogła.
Kiedy Lux miała szesnaście lat, wraz z rodzicami, Pieterem i Augathą, wybrała się do ich wystawnej rezydencji w Wielkim Mieście Demacii, by być świadkiem wstąpienia Garena w dostojne szeregi Nieustraszonej Gwardii.
Miasto oczarowało Lux. Było pomnikiem szlachetnych idei królestwa, dbało o i chroniło każdego obywatela. Właśnie tam Lux dowiedziała się o Oświeconych, dobroczynnym zakonie religijnym, który pomagał chorym i biednym. Wypełniając dworskie powinności u boku swojej rodziny, zbliżyła się do przedstawicielki zakonu o imieniu Kahina, która uczyła też Lux sztuki wojennej i przeprowadzała z nią treningi oraz sparingi w ogrodach posiadłości Obrońców Korony.
Spędzając więcej czasu w stolicy, Lux wreszcie zaczęła uczyć się o szerszym świecie — o jego różnorodności i historii. Teraz rozumie, że demaciański sposób życia nie jest jedyny, a przejrzawszy na oczy widzi, że jej miłość wobec ojczyzny stoi na równi z jej chęcią uczynienia jej sprawiedliwszą… i być może trochę bardziej otwartą na magów takich jak ona.

Garen
Potęga Demacii

Urodzony w szlacheckiej rodzinie Obrońców Korony wraz ze swoją młodszą siostrą Lux, Garen od młodości wiedział, że przypadnie mu bronić tronu Demacii własną piersią. Jego ojciec, Pieter, był odznaczonym oficerem, a jego ciotka, Tianna, służyła jako Kapitan Miecza w elitarnej Nieustraszonej Gwardii — oboje byli wielce szanowani przez Króla Jarvana III. Zakładano, że Garen w swoim czasie będzie służył synowi króla w ten sam sposób.
Królestwo Demacii powstało z popiołów po Wojnach Runicznych, a w następnych stuleciach nękały je dalsze konflikty i waśnie. Jeden z wujów Garena, zwiadowca rycerstwa w demaciańskiej armii, opowiadał młodemu Garenowi i Lux historie o wyprawach za mury królestwa w celu ochrony jego mieszkańców przed zagrożeniami ze świata zewnętrznego.
Ostrzegał ich, że pewnego dnia coś bez wątpienia zakończy ten okres względnego spokoju — być może będą to zbuntowani magowie, a może stwory z otchłani albo inne niewyobrażalne potworności, których jeszcze nie znają.
Jak gdyby na potwierdzenie tych obaw, ich wuj poległ na służbie, zabity przez maga, zanim Garen skończył jedenaście lat. Garen dostrzegał ból, jaki ten incydent sprowadził na jego rodzinę, i strach w oczach swojej młodszej siostry. Był wtedy absolutnie przekonany, że magia jest pierwszym i największym zagrożeniem, z którym mierzyła się Demacia, i przysiągł, że nigdy nie wpuści jej za mury. Tylko wyznawanie ideałów przyświecających założycielom królestwa i okazywanie niezłomnej dumy mogło ochronić Demacię.
W wieku dwunastu lat Garen opuścił dom Obrońców Korony w Wysokiej Srebrzystej, by zaciągnąć się do armii. Jako że był giermkiem, dni i noce schodziły mu na treningach i studiowaniu wojennego rzemiosła. Ćwiczył ciało i umysł, by przybrały formę broni tak silnej i celnej, jakby była z demaciańskiej stali. Właśnie wtedy pośród innych rekrutów po raz pierwszy spotkał młodego Jarvana IV — księcia, któremu pewnego dnia miał służyć jako królowi — i stali się nierozłączni.
W następnych latach Garen zasłużył na swoje miejsce w pierwszej linii jako wojownik Demacii i szybko zyskał przerażającą reputację na polu bitwy. Zanim skończył osiemnaście lat, z honorem służył w kampaniach na granicy z Freljordem, odegrał kluczową rolę w wypędzeniu cuchnącego kultu z Milczącego Lasu i walczył u boku dzielnych obrońców pod Białą Skałą.
Sam Król Jarvan III przyzwał batalion Garena z powrotem do Wielkiego Miasta Demacii i uczcił jego członków przed rodziną królewską w Sali Odwagi. Obrończyni Korony Tianna, która niedawno otrzymała awans na stanowisko Wysokiego Marszałka, w szczególności wyróżniła swojego bratanka i zgłosiła go do prób potrzebnych do wstąpienia w szeregi Nieustraszonej Gwardii.
Garen powrócił do domu, żeby się przygotować, i został ciepło powitany przez Lux i swoich rodziców oraz przez zwykłych mieszkańców jego rodzinnej posiadłości. Choć z przyjemnością patrzył, jak jego siostra stawała się inteligentną i zdolną młodą kobietą, coś w niej się zmieniło. Garen zauważał to za każdym razem, gdy przyjeżdżał w odwiedziny, lecz teraz zmagał się z prawdziwym i dręczącym podejrzeniem, że Lux posiada magiczne moce… nigdy jednak nie pozwolił, żeby ten pomysł zbyt długo zaprzątał jego głowę. Sama myśl o Obrończyni Korony władającej tymi samymi zakazanymi czarami, które zabiły jego wuja, była dla niego nie do zniesienia.
Dzięki odwadze i umiejętnościom, Garen oczywiście zdobył miejsce w Gwardii. Gdy składał przysięgi przed tronem, przyglądała mu się jego rodzina i jego dobry przyjaciel książę.
Lux i jego matka spędzały dużo więcej czasu w stolicy w służbie królowi oraz skromnemu zakonowi Oświeconych — lecz Garen starał się trzymać na dystans najbardziej, jak tylko mógł. Chociaż zawsze kochał swoją siostrę ponad wszystko, jakaś cząstka jego serca nie pozwalała mu się do niej zbliżyć i starał się nie myśleć o tym, do czego zostałby zmuszony, gdyby jego podejrzenia kiedykolwiek się potwierdziły. Zamiast tego całkowicie oddał się swoim nowym obowiązkom, walczył i trenował dwukrotnie ciężej niż wcześniej.
Kiedy nowy Kapitan Miecza Nieustraszonej Gwardii poległ w bitwie, towarzysze broni Garena wysunęli jego kandydaturę na przywódcę i bez głosów sprzeciwu został przyjęty na to stanowisko.
Po dziś dzień z determinacją broni swojej ojczyzny przed wszelkimi wrogami. Jest kimś o wiele więcej niż najgroźniejszym żołnierzem Demacii, jest ucieleśnieniem wszystkich najwspanialszych i najszlachetniejszych ideałów, na których została ona zbudowana.
Jeśli zauważyłeś literówkę/błąd we wpisie - prosimy o zgłoszenie tego poprzez specjalny formularz kontaktowy - dzięki automatycznemu systemowi powiadomień będziemy mogli błyskawicznie usunąć błąd.