novela-backdrop
Meta na mobilność? Też bądź mobilny! Sprawdź mobilne How2Win

Taliyah – Ptak i Gałąź

I

„Twoja moc miała niszczyć. Nie chcesz z niej korzystać? Niech będzie. Pójdziesz na dno jak kamień”.

To były ostatnie słowa, które Taliyah usłyszała z ust noxiańskiego kapitana, zanim zanurzyła się pod powierzchnią słonej wody. Słowa, które wciąż ją prześladowały. Minęły cztery dni od chwili lądowania na plaży, z której uciekła. Z początku biegła, a gdy nie słyszała już odgłosu łamanych kości ioniańskich farmerów i noxiańskich żołnierzy, zaczęła iść. Podążała wzdłuż wysokich gór, nie oglądając się na masakrę, która odbywała się daleko za nią. Śnieg zaczął padać dwa dni temu. A może trzy – nie pamiętała dokładnie. Tego ranka, gdy mijała pusty ołtarz, posępny wiatr zaczął wiać w dolinie. Teraz przybrał na sile i przebił się przez chmury, odsłaniając jasne, błękitne niebo. Jego kolor był tak czysty, że wydawało jej się, że znowu tonie. Znała to niebo. Gdy była młodsza, widziała, jak rozpościera się nad pustynią. Ale to nie była Shurima. Tutejszy wiatr nie był przyjazny.

Taliyah otuliła się ramionami, próbując przypomnieć sobie ciepło domu. Płaszcz zatrzymywał śnieg, ale zimne powietrze i tak przenikało do środka. Niewidzialna samotność zakradła się do niej i przeniknęła do kości. Myśl o tym, jak daleko znajdują się jej bliscy, powaliła ją na kolana.

Wepchnęła ręce głęboko do kieszeni, a jej drżące palce obracały kilka kamyków, aby się rozgrzać.

– Jestem głodna. O to się rozchodzi – Taliyah powiedziała to do nikogo i wszystkich jednocześnie. – Zając. Mały ptak. Wielka Tkaczko, wystarczy mi nawet mysz, jeżeli się pojawi.

Jak na rozkaz, niewielka kupka śniegu zatrzeszczała kilka kroków od niej. Winowajcą okazała się mała kulka szarego futra, nie większa niż jej dwie pięści, która wynurzyła łebek z nory.

– Dziękuję – wyszeptała, szczękając zębami. – Dziękuję. Dziękuję.

Zwierzątko spojrzało na Taliyah z zaciekawieniem, a ona wyciągnęła jeden z gładkich kamieni z kieszeni i wsunęła go do procy. Nie była przyzwyczajona do rzucania kucając, ale jeżeli Wielka Tkaczka obdarowała ją w taki sposób, to nie zmarnuje tego.

Małe zwierzątko przyglądało się dalej, gdy rozkręcała procę. Zimno wdarło się w ciało Taliyah i sprawiło, że nie do końca czuła rękę. Gdy uzyskała odpowiednią szybkość, cisnęła kamieniem i, niestety, potężnie kichnęła.

Kamień odbił się od śniegu, blisko mijając jej niedoszły posiłek. Taliyah odchyliła się do tyłu i dała upust swojej frustracji, wydając z siebie gardłowy ryk, który zakłócił otaczającą ją ciszę. Wzięła kilka głębokich, oczyszczających oddechów. Zimne powietrze paliło jej gardło.

– Jeżeli przypominasz piaskowe króliki, to w pobliżu powinno być was więcej – rzekła z powracającym optymizmem w kierunku miejsca, w którym przebywało zwierzątko.

Oderwała wzrok od nory i spojrzała na ruch w głębi doliny. Zaczęła cofać się po swoich śladach wijących się w śniegu. Gdy je minęła, zbliżyła się do sosen, za którymi dojrzała mężczyznę i wstrzymała oddech. Gdy siedział, jego ciemne włosy powiewały na wietrze, a głowę opierał na piersi. Albo spał, albo medytował. Odetchnęła z ulgą. Żaden Noxianin nie robiłby żadnej z tych czynności. Przypomniała sobie chropowatą powierzchnię ołtarza, gdy dotykała go wcześniej.

Głośny trzask wyrwał Taliyah z rozmarzenia. Wtedy zaczęło rozbrzmiewać dudnienie. Przygotowała się na zbliżające się trzęsienie ziemi, które nie nadeszło. Dudnienie zamieniło się w ciągłe, okropne zgrzytanie ubitego śniegu o kamień. Taliyah zwróciła się w stronę góry i ujrzała ścianę bieli zbliżającą się w jej stronę.

Zerwała się na nogi, ale nie miała gdzie uciekać. Spojrzała w dół na skałę wystającą spod brudnego lodu i pomyślała o małym stworzonku, które siedziało bezpiecznie w norze. Skupiła się, pociągając za krawędzie widocznej skały. Szereg grubych kolumn wyłonił się spod ziemi. Kamienna blokada sięgnęła wysoko ponad jej głową, idealnie w momencie, w którym lawina uderzyła w nią z głośnym łubudu.

Śnieg wspiął się po nowopowstałym nachyleniu i rozlał się lśniącą falą w dolinę poniżej. Taliyah obserwowała, jak zabójczy koc przykrywa niewielki wąwóz i znajdującą się w nim świątynię.

Tak szybko, jak się zaczęła, lawina się zakończyła. Nawet wiatr ustał. Przytłumiona cisza zaciążyła na niej. Mężczyzna z czarnymi włosami zniknął, uwięziony pod zwaliskiem lodu i skał. Bezpiecznie skryła się przed śniegiem, ale jej żołądek ścisnął się, gdy zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła: nie tyle skrzywdziła niewinną osobę, co pogrzebała ją żywcem.

– Wielka Tkaczko – Taliyah powiedziała to do nikogo i wszystkich jednocześnie. – Co ja zrobiłam?

II

Taliyah szybko schodziła po wzgórzu pokrytym śniegiem, ślizgając się w niektórych miejscach i głęboko brodząc w innych. Nie uciekła przed noxiańską flotą inwazyjną tylko po to, aby zabić pierwszego spotkanego Ioniańczyka.

– Znając moje szczęście pewnie był duchownym – rzekła.

Sosny w dolinie zamieniły się w niewielkie krzaki, o połowę mniejsze niż na początku. Tylko czubek ołtarza wystawał spod powierzchni śniegu. Flagi modlitewne pozwijały się w supły, oznaczając miejsce, w którym kończył się wąwóz. Taliyah rozejrzała się dookoła, szukając jakichkolwiek śladów mężczyzny, którego przysypała lodem. Gdy widziała go po raz ostatni, siedział pod dachem świątyni. Być może go osłonił.

Gdy zbliżała się do świątyni, trzymając się blisko drzew, ujrzała dwa palce, które przebiły się na powierzchnię.

Pół brnęła, pół biegła w kierunku bladych palców. – Proszę, bądź żywy. Proszę, bądź żywy. Proszę…

Taliyah padła ostrożnie na kolana i zaczęła odkopywać lodowy proszek. Odkryła palce twarde jak stal. Sięgnęła i chwyciła mężczyznę za nadgarstek swoimi rękami, które odmawiały posłuszeństwa. Jej zęby szczękały, a jej ciało drżało, przez co nie mogła wyczuć żadnych oznak życia u mężczyzny.

– Jeżeli jeszcze żyjesz – rzekła do mężczyzny pod śniegiem – to musisz mi pomóc.

Rozejrzała się dookoła. Nie było tam nikogo. Była jego jedyną szansą.

Taliyah puściła palce i odeszła kilka kroków. Położyła zdrętwiałe dłonie na powierzchni śniegu i spróbowała sobie przypomnieć, jak wyglądała powierzchnia doliny przed lawiną. Leżące luzem kamienie, żwir. Wspomnienia napłynęły i wypełniły jej umysł. Były ciemne chropowatą czernią z białymi plamkami, jak broda wuja Adnana.

Taliyah skupiła się na tej wizji i pociągnęła z miejsca znajdującego się głęboko pod powierzchnią śniegu. Skorupa lodu eksplodowała tuż przed nią, a chwilę później wynurzyła się spod niej wstążka granitu, unosząca ciało. Nagle elastyczny kamień zachwiał się na szczycie, jakby prosił ją o pokierowanie. Niepewna co do miejsca, które zapewniłoby bezpieczne lądowanie, Taliyah skierowała go w stronę sosen, licząc, że złagodzą upadek.

Granitowa wstążka przechyliła się, upadając w śnieg, ale zielone ramiona złapały mężczyznę, a następnie spokojnie opuściły go na powierzchnię.

– Jeżeli żyłeś, to proszę, nie umieraj teraz – rzekła Taliyah, pędząc w jego kierunku. Światło słoneczne przygasło nad jej głową. Ciemne chmury zaczęły gromadzić się nad doliną. Wkrótce miało spaść więcej śniegu. Za drzewami zobaczyła wejście do niewielkiej jaskini.

Taliyah dmuchnęła na ręce i potarła je, aby przestały drżeć. Nachyliła się ku mężczyźnie, sięgając do jego ramienia. Wydał z siebie bolesne chrząknięcie. Zanim Taliyah zdążyła się cofnąć, poczuła szybki podmuch i zobaczyła blask stali. Ostra, zimna krawędź miecza mężczyzny przyciskała się do jej gardła.

– Jeszcze nie pora na śmierć – wyszeptał. Zakaszlał, a jego oczy się zapadły. Miecz opadł na śnieg, ale mężczyzna go nie puścił.

Pierwszy płatek śniegu przeleciał obok spierzchniętej twarzy Taliyah. – Wygląda na to, że nie tak łatwo cię zabić – rzekła. – Ale jeżeli dopadnie nas zamieć, możemy przekonać się, ile w tym prawdy.

Oddychał płytko, ale przynajmniej żył. Taliyah chwyciła go pod ramię i pociągnęła w kierunku jaskini.

Wiatr powrócił.

III

Taliyah schyliła się, aby podnieść okrągły kamień w kolorze i rozmiarze niewielkiego kłębka wełny. Zadrżała i spojrzała w głąb jaskini. Mężczyzna wciąż opierał się o ścianę, a jego oczy były zamknięte. Przeżuła kawałek suszonego mięsa, które znalazła w torbie mężczyzny, mając nadzieję, że właściciel prowiantu nie będzie miał nic przeciw temu, jeżeli przeżyje.

Cofnęła się w głąb ciepłej jaskini. Ułożone przez nią kamienie wciąż lśniły ciepłem. Kucnęła. Taliyah nie była pewna, czy sztuczka z rozgrzewaniem kamieni w kieszeni zadziała z czymś większym. Młoda Shurimanka zamknęła oczy i skupiła się na stosie kamieni. Przypomniała sobie słońce palące pustynię. Ciepło przepełniające ziemię nawet późno w nocy. Zrelaksowała się i rozpięła swój płaszczy, gdy ciepło osiadło wokół niej, następnie zabrała się do pracy nad kamieniem w ręku. Obróciła go, wypaczając go za pomocą myśli, dopóki nie przybrał kształtu miski. Zadowolona z siebie, udała się do wejścia do jaskini z nowo utworzonym naczyniem.

– Jak jaskółka zbierająca okruchy – jęknął męski głos za nią.

– Nawet jaskółki robią się spragnione – odpowiedziała, nabierając śniegu do miski. Zimny wiatr wirował wokół niej. Taliyah postawiła naczynie na stosie rozgrzanych kamieni.

– Zbierasz kamienie rękami? To dość monotonne zajęcie dla kogoś, kto potrafi tkać kamień.

Policzki Taliyah rozgrzały się i nie miało to nic wspólnego z ciepłem emitowanym przez kamienie.

– Nie jesteś zły, prawda? Chodzi mi o śnieg i…

Mężczyzna roześmiał się i chwycił za bok, wydając jęk. – To, co zrobiłaś, mówi mi wszystko, co muszę wiedzieć – lekko uśmiechał się przez zaciśnięte zęby. – Mogłaś zostawić mnie na śmierć.

– To przez mój błąd znalazłeś się w niebezpieczeństwie. Nie mogłabym zostawić cię pogrzebanego pod śniegiem.

– Dziękuję ci. Chociaż mogłem obejść się bez upadku przez drzewa.

Taliyah skrzywiła się i otworzyła usta. Mężczyzna wyciągnął rękę, aby ją powstrzymać. – Nie przepraszaj.

Z wysiłkiem stanął na nogi, uważnie przyglądając się Taliyah i ozdobie w jej włosach.

– Shurimańska jaskółka. Zamknął oczy i rozluźnił się. – Jesteś daleko od domu, ptaszyno. Co sprowadza cię do opuszczonej jaskini w Ionii?

– Noxus.

Mężczyzna uniósł brew, ale nie otworzył oczu.

– Powiedzieli, że zbiorę razem mieszkańców Noxusu. Że moja moc wzmocni mury. Ale chcieli, żebym tylko niszczyła. – Jej głos przepełniało obrzydzenie. – Mówili, że będą mnie uczyć…

– No i nauczyli, ale tylko połowy – rzekł bez emocji.

– Chcieli, żebym pogrzebała wioskę. Zamordowała ludzi w ich własnych domach. – Taliyah parsknęła z niecierpliwością. – Uciekłam, a potem zrzuciłam ci górę na głowę.

Mężczyzna uniósł miecz i spojrzał wzdłuż jego długiego ostrza. Lekka bryza oczyściła je z pyłu. – Zniszczenie. Tworzenie. Żadne z nich nie jest w pełni dobre albo złe. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Najważniejszy jest zamiar, to, dlaczego wybierasz swoją drogę. To jest jedyny wybór, jaki mamy.

Taliyah wstała, zdenerwowana kazaniem. – Moja droga prowadzi z dala od tego miejsca. Z dala od wszystkich, dopóki nie nauczę się kontrolować tego, co we mnie siedzi. Nie ufam sobie, że kogoś nie skrzywdzę.

– Ptak nie ufa gałęzi, na której siedzi.

Taliyah przestała słuchać. Stała przy wejściu do jaskini, otulając się płaszczem. Wiatr świszczał jej w uszach.

– Spróbuję znaleźć nam coś do jedzenia. Mam nadzieję, że nie zrzucę na ciebie reszty góry.

Mężczyzna oparł się plecami o ścianę, zwracając się cicho do nikogo i wszystkich jednocześnie. – Jesteś pewna, że to z górą chcesz się zmierzyć, młoda jaskółko?

IV

Ptak skubał pobliską sosnę. Taliyah kopnęła śnieg, przez pomyłkę wrzucając go sobie do buta. Nerwowo szarpnęła nogawką, wściekła na słowa mężczyzny i roztapiający się lód, który ściekał jej po kostce.

– Dlaczego wybrałam tę drogę? Opuściłam swój lud i swoją rodzinę, aby chronić ich przede mną.

Zatrzymała się. Zapadła nienaturalna cisza. Wszelka zwierzyna, która znajdowała się w pobliżu, uciekła na dźwięk jest kroków. Nie wyczuwając żadnego zagrożenia ze strony dziewczyny, mały ptaszek gniewnie ćwierkał na nią z gałęzi. Teraz nawet on zamilkł.

Taliyah stanęła, zachowując ostrożność. W gniewie zawędrowała od jaskini dalej, niż zamierzała. Bardziej przyciągały ją kamienie niż drewno i w zamyśleniu podążała wzdłuż odkrytej grani, aż zorientowała się, że spogląda na kamienisty klif. Nie sądziła, że mężczyzna za nią podąży, ale wyczuła, że coś ją obserwuje.

– Kolejne kazania? – zapytała z oburzeniem.

W odpowiedzi usłyszała mrożący krew w żyłach wydech.

Wsunęła jedną rękę do płaszcza, a drugą sięgnęła po procę. Trzy kamienie zagrzechotały jej w kieszeni. Chwyciła jeden z nich, gdy zgrzytanie żwiru zdradziło pozycję jej prześladowcy.

Taliyah odwróciła się, aby spojrzeć na istotę znajdującą się za jej plecami. Zobaczyła stąpającego ostrożnie wielkiego ioniańskiego śnieżnego lwa.

Nawet stojąc na czterech krępych nogach, górował nad nią. Cielsko bestii było dwukrotnie dłuższe od ciała dziewczyny, a jej gruby kark pokrywała krótka, biała grzywa. Lew obserwował dziewczynę. Wypuścił z paszczy dwa świeżo zabite zające i zlizał strużkę czerwieni z kła większego niż jej przedramię.

Przed chwilą widok z klifu, na którym stała, zapierał jej dech w piersi. A teraz była przez niego uwięziona. Gdyby zaczęła uciekać, bestia dopadłaby ją natychmiast. Taliyah przełknęła ślinę, próbując opanować panikę, bo strach ściskał ją za gardło. Umieściła kamień w procy i zaczęła nią kręcić.

– Wynoś się stąd – powiedziała. W jej głosie nie było słychać przerażenia, które odczuwała w środku.

Lew podszedł o krok bliżej. Dziewczyna cisnęła kamieniem z procy. Trafiła bestię w pobliżu grzywy, a futro złagodziło uderzenie. Zwierzę zawarczało z niezadowolenia, a Taliyah nie mogła rozróżnić wibracji od dudnienia swojego serca, które chciało wyrwać się z piersi.

Umieściła kolejny kamień w procy.

– No dalej! – krzyknęła, udając odwagę. – Powiedziałam, żebyś się wynosił!

Taliyah cisnęła kolejnym kamieniem.

Wygłodniały warkot drapieżnika stał się głośniejszy. Ptak siedzący na sośnie uznał, że z tego spotkania nie wyniknie nic dobrego i odleciał.

Taliyah sięgnęła do kieszeni po ostatni kamień. Ręce trzęsły jej się z zimna i strachu. Kamień wyślizgnął jej się z palców i upadł na ziemię, odtaczając się na bok. Spojrzała do góry. Głowa lwa zakołysała sie między umięśnionymi barkami, gdy zrobił kolejny krok w jej stronę. Kamień znajdował się poza zasięgiem dziewczyny.

– Zbierasz kamienie rękami? – słowa mężczyzny rozbrzmiały w jej głowie. Może był inny sposób. Taliyah sięgnęła po kamień za pomocą myśli. Kamyk zadrżał, ale w ziemi poniżej dało się odczuć mocniejsze drgania.

Konar obok niej wciąż poruszał się po tym, jak ptak z niego odleciał. Ptak nie ufa gałęzi. Wybór był jasny: mogła stać nieruchomo, targana wątpliwościami, i dać się pożreć bestii albo skorzystać ze swojej mocy i zaryzykować.

Taliyah, dziewczyna urodzona w pustynnym kraju znajdującym się daleko od zaśnieżonej Ionii, skupiła się na obrazie ptaka i kiwającej się gałęzi. W tym momencie zapomniała o grożącej jej śmierci. Samotność, która ją gnębiła, zniknęła i została zastąpiona jej ostatnim tańcem pośród piasków. Poczuła, jak jej matka, ojciec, Babajan – całe plemię ją otacza. Przypomniała sobie, jak wyszeptała obietnicę powrotu, gdy wreszcie opanuje swój dar.

Spojrzała bestii prosto w oczy. – Poświęciłam zbyt wiele, żebyś mnie powstrzymał.



Kamienie pod jej stopami zaczęły wykrzywiać się w hipnotyzujący sposób. Skupiła się na cieple tego ostatniego uścisku i skoczyła.

Dudnienie narastało poniżej, głośniejsze od warczenia bestii. Lew próbował się wycofać, ale było za późno. Ziemia pod jego łapami rozsypała sie w kaskadę wirującego żwiru, a ciężar bestii pociągnął ją w dół rozsypującego się klifu.

Przez chwilę Taliyah unosiła się ponad opadającą ziemią. Skały pod jej nogami rozpadały się na tysiące małych kawałków i nie były dość stabilne, aby je kontrolować. Wiedziała, że nie będzie w stanie utrzymywać tego w nieskończoność. Zaczęła spadać. Zanim zdążyła pożegnać się z rozpadającym się wokół niej światem, uniósł ją potężny podmuch wiatru. Silne palce chwyciły kołnierz jej płaszcza.

– Nie przypuszczałem, że mówisz poważnie o zrzucaniu góry, młoda jaskółko. – Z jękiem mężczyzna wciągnął Taliyah na nowo powstałą półkę. – Teraz rozumiem, dlaczego większość twojej pustyni jest płaska.

Roześmiała się. Ucieszyła się na dźwięk jego pouczającego głosu. Taliyah spojrzała za krawędź klifu i podniosła się. Otrzepała się, podniosła upuszczone przez lwa zające i lekkim krokiem zaczęła wracać do jaskini.

V

Taliyah przygryzła dolną wargę. Rozejrzała się po zajeździe, z ekscytacją podskakując na swoim miejscu. Był późny wieczór i przy stołach siedziało niewiele osób. Minęło dużo czasu, od kiedy przebywała pośród ludzi. Spojrzała na swojego ponurego kompana, który nalegał, aby usiąść w zaciemnionym rogu. Mężczyzna, który stał się jej nauczycielem, był jej jedynym towarzyszem. Grymas na jego twarzy, który pojawił się od chwili, gdy zgodził się na posiłek w znajdującym się na uboczu zajeździe, nie wywoływał zbyt przyjaznej atmosfery.

Gdy okazało się, że jest tak samo nieznajomy, jak pozostali ludzie, zrelaksował się i rozsiadł w cieniu, opierając się plecami o ścianę i trzymając napój w ręku. Teraz, gdy już nic nie rozpraszało jego uwagi, zwrócił się do niej.

– Musisz się skupić – rzekł. – Nie możesz się wahać.

Taliyah przyglądała się liściom, które wirowały na spodzie jej kubka. Dzisiejsza lekcja była trudna. Nie poszła dobrze. Skończyło się na tym, że oboje byli pokryci pyłem i odłamkami skał.

– Niebezpieczeństwo pojawia się, gdy twoja uwaga jest rozproszona – powiedział.

– Mogę kogoś skrzywdzić – odparła, spoglądając na nowe rozdarcie w ubraniu mężczyzny, tuż obok jego szyi. Jej odzienie nie wyglądało lepiej. Spojrzała na swój nowy płaszcz i podróżną spódnicę. Żona gospodarza zlitowała się nad nią i dała jej to, co udało jej się znaleźć, pozostawione przez poprzednich klientów. Musiała się przyzwyczaić do długich rękawów w ioniańskim stylu, ale cały strój był wytrzymały i dobrze utkany. Zatrzymała swoją prostą tunikę, wyblakłą od noszenia, nie chcąc pozbywać się ostatniej rzeczy, która wiąże ją z domem.

– Wszystko, co zostało zniszczone, można naprawić. Kontrolę zdobywa się przez trening. Stać cię na znacznie więcej. Pamiętaj, że idzie ci lepiej.

– Ale… co jeżeli poniosę porażkę? – zapytała.

Spojrzenie mężczyzny skierowało się na otwierające się drzwi zajazdu. Weszła przez nie para kupców, otrzepując się z kurzu. Gospodarz skierował ich do wolnych stolików obok Taliyah i mężczyzny. Pierwszy zaczął zmierzać w ich stronę, a drugi czekał na zamówiony napój.

– Wszyscy ponoszą – rzekł towarzysz Taliyah. Drobny grymas frustracji przemknął po jego twarzy, psując jego spokojną aparycję. – Porażka to tylko moment w czasie. Musisz się ruszać i on w końcu minie.

Jeden z kupców usiadł przy pobliskim stoliku i przyglądał się Taliyah, a jego oczy przeskakiwały od jej wyblakłej, lawendowej tuniki do kamienno-złotej ozdoby w jej włosach.

– Czy to shurimańskie, dziewczyno?

Taliyah starała się jak najlepiej go ignorować. Zauważył ochronny wzrok jej towarzysza i roześmiał się.

– Kiedyś byłoby to rzadkie – rzekł kupiec.

Dziewczyna patrzyła się na ręce.

– Teraz jest trochę bardziej pospolite, skoro pojawiło się wasze zagubione miasto.

Taliyah poderwała wzrok. – Co?

– Podobno rzeki płyną do tyłu. – kupiec pomachał ręką w powietrzu, wyśmiewając tajemnice odległego ludu, który uważał za prosty. – Wszystko dlatego, że wasz ptasi bóg powstał z grobu.

– Czymkolwiek on jest, nie robi różnicy. To wszystko zagraża handlowi – drugi kupiec dołączył do pierwszego. – Podobno chce zebrać swój lud. Tęskni za swoimi niewolnikami i takie tam.

– Dobrze, że jesteś tu, a nie tam, dziewczyno – dodał pierwszy kupiec.

Drugi kupiec spojrzał znad swojego piwa, nagle dostrzegając towarzysza Taliyah. – Wyglądasz znajomo – rzekł. – Widziałem już twoją twarz.

Drzwi zajazdu otworzyły się ponownie. Do środka wkroczyła grupa strażników, uważnie rozglądając się po pomieszczeniu. Mężczyzna w środku, wyraźnie będący jakimś kapitanem, zauważył dziewczynę i jej towarzysza. Taliyah wyczuła narastającą w pomieszczeniu panikę, gdy kilku gości wstało i szybko skierowało się do wyjść. Nawet kupcy wstali i wyszli.

Kapitan przeszedł pomiędzy pustymi stołkami w ich kierunku. Zatrzymał się w odległości na wyciągnięcie miecza od ich stolika.

– Morderca – rzekł.

VI

– A więc tu się ukrywałeś – powiedział kapitan. – Rozkoszuj się tym trunkiem. To twój ostatni.

Taliyah stanęła, gdy usłyszała zgrzyt wyciąganej stali. Obejrzała się i zobaczyła, jak jej nauczyciel spogląda na pomieszczenie pełne strażników.

– Ten mężczyzna, Yasuo – kapitan wypluł to słowo – jest winny zabójstwa członka starszyzny wioski. Taka zbrodnia karana jest śmiercią. Kara ma być wymierzona natychmiast.

Jeden ze strażników wycelował z kuszy. Kolejny umieścił strzałę na cięciwie łuku prawie tak wysokiego jak dziewczyna.

– Chcecie mnie zabić? – rzekł Yasuo. – Możecie spróbować.

– Chwila – krzyknęła Taliyah. Jednakże zanim słowo wydobyło się z jej ust, usłyszała odgłos spustu oraz wibrujący dźwięk zwalnianej cięciwy. W następnej chwili wnętrze karczmy wypełnił potężny podmuch. Wydobył się z mężczyzny siedzącego obok niej, przewracając porzucone szklanki i resztki jedzenia. Dosięgnął strzał, łamiąc je w locie. Szczątki upadły na ziemię z głuchym stukotem.

Zbliżyli się kolejni strażnicy z obnażonymi mieczami. Taliyah stworzyła pole ostrych kamieni, wyciągając je przez podłogę, aby utrzymać mężczyzn z daleka.

Yasuo przemknął przez tłum żołnierzy uwięzionych w pokoju. Zaczęli wymachiwać bronią, próbując niezdarnie sparować ciosy miecza, który wirował wokół nich niczym burza. Było na to za późno. Ostrze Yasuo błyskało między nimi, pozostawiając za sobą ślady czerwieni. Gdy wszyscy, którzy po niego przyszli, leżeli na podłodze, Yasuo się zatrzymał, oddychając głęboko. Spojrzał na dziewczynę i zamierzał przemówić.

Taliyah wyciągnęła ostrzegawczo rękę. Za jego plecami podniósł się kapitan z obłędem w oczach i szalonym uśmiechem. Unosił miecz obiema rękami, aby utrzymać jego zakrwawioną rękojeść.

– Zostaw go! – Taliyah pociągnęła za kamienną podłogę zajazdu, a płaskie kamienie wystrzeliły w górę, wyrzucając kapitana w powietrze.

Gdy ciało kapitana znalazło się w powietrzu, Yasuo już na nie czekał i przeciął je trzema błyskawicznymi ciosami. Upadło na podłogę i już się nie poruszyło.

Z zewnątrz dobiegały głośne krzyki. – Musimy iść. Natychmiast – rzekł Yasuo. Spojrzał na dziewczynę. – Dasz radę. Nie wahaj się.

Taliyah skinęła głową. Ziemia zadudniła, potrząsając ścianami, aż kryty strzechą dach zaczął wibrować. Dziewczyna próbowała powstrzymać moc, która narastała pod podłogą zajazdu. W myślach ujrzała wizję. Jej matka, obszywająca brzeg tkaniny, śpiewająca do siebie. Jej równe ściegi pojawiały się na powierzchni, a palce ruszały się błyskawicznie.

Ziemia pod zajazdem eksplodowała wielkimi, krągłymi łukami. Kamienne kolumny wyłaniały się spod ziemi niczym fala. Taliyah wyczuła, jak ziemia się podnosi, unosząc ją w ciemną noc. Yasuo podążał tuż za nią na podmuchach wiatru.

VII

Yasuo spojrzał na odległy zajazd. Okrągłe kamienne ściegi zablokowały drogę i uniemożliwiły pościg. Zyskali trochę czasu, ale świt był coraz bliżej. A wraz z nim więcej ludzi, którzy chcą ich dopaść. Dopaść jego.

– Znali cię – głos Taliyah był cichy. – Yasuo – zatrzymała się na tym słowie.

– Musimy ruszać.

– Chcieli cię zabić.

Yasuo wypuścił powietrze. – Wiele osób chce mnie zabić – powiedział. – A teraz niektórzy będą chcieli zabić i ciebie. Jeżeli ma to jakieś znaczenie, nie popełniłem zbrodni, o którą mnie oskarżają.

– Wiem.

Yasuo nie było imieniem, które podał podczas podróży, ale nie miało to znaczenia. Nie pytała go o przeszłość podczas wspólnych wędrówek. Po prawdzie nie pytała go o nic, poza tym, czy mógłby ją uczyć. Teraz przyglądała się mentorowi i wydawało się, że jej zaufanie sprawia mu ból. Być może nawet większy, niż gdyby uważała go za winnego. Odwrócił się i zaczął się od niej oddalać.

– Dokąd idziesz? Shurima jest na zachodzie – w jej głosie rozbrzmiewało zakłopotanie.

Yasuo nie odwrócił się, by na nią spojrzeć. – Shurima nie jest miejscem dla mnie. Ani dla ciebie. Jeszcze nie teraz – jego słowa były chłodne i wyważone, jakby przygotowywał się na nadchodzącą burzę.

– Słyszałeś tych kupców. Zaginione miasto się pojawiło.

– To historyjka, aby wystraszyć kupców i podbić ceny shurimańskiego płótna – powiedział.

– A jeżeli prawdziwy bóg kroczy pośród piasków? Nie wiesz, co to oznacza. Zechce odzyskać wszystko, co utracił. Ludzi, którzy kiedyś mu służyli, plemiona… – głos Taliyah przepełniały emocje tego wieczora, słowa wydobywały się szybko z jej ust. Odeszła tak daleko, aby ich chronić, a teraz znajdowała się po drugiej stronie świata, gdy jej potrzebowali. Wyciągnęła rękę, chcąc pociągnąć go za ramię, aby zwrócił na nią uwagę i wysłuchał.

– On zniewoli moją rodzinę – jej słowa odbiły się echem od otaczających ich skał. – Muszę ich chronić. Nie rozumiesz tego?

Zerwał się podmuch, który poruszył kamyczki na ziemi i zawiał włosy Yasuo na twarz.

– Chronić – rzekł szeptem. – Czy twoja Wielka Tkaczka nie roztacza nad nimi opieki? – słowa dobywały się zza zaciśniętych zębów. Mężczyzna, jej nauczyciel, zwrócił się ku swojej uczennicy, a przerażający ją gniew lśnił w jego oczach. – Nie zakończyłaś szkolenia. Ryzykujesz życiem, jeżeli do nich pójdziesz.

Stanęła twardo i zwróciła się ku niemu.

– Są warci mojego życia.

Wiatr zawirował wokół nich, ale dziewczyna się nie ruszyła. Yasuo wydał z siebie długie westchnięcie i spojrzał na wschód. Blask światła zaczął przebijać się przez ciemnoniebieską noc. Wiatr się uspokoił.

– Mógłbyś iść ze mną – zaproponowała.

Mężczyzna rozluźnił zaciśniętą szczękę. – Ponoć pustynne napitki są bardzo dobre – rzekł. Lekki wietrzyk rozwiał włosy dziewczyny. A potem ta chwila minęła, ponownie zastąpiona bolesnym wspomnieniem. – Ale muszę jeszcze coś zrobić w Ionii.

Taliyah przyglądała mu się uważnie, a następnie sięgnęła do wnętrza tuniki i urwała długą nitkę. Wręczyła mu kawałek ręcznie przędzonej wełny. Spojrzał na niego podejrzliwe.

– To tradycyjna forma podziękowania pośród mojego ludu – wyjaśniła Taliyah. – Wręczenie jakiejś części siebie oznacza bycie zapamiętanym.

Mężczyzna ostrożnie sięgnął po nitkę i związał nią sobie włosy. Ostrożnie wypowiedział następne słowa.

– Podążaj tędy do następnej doliny rzecznej, a tą rzeką do morza – powiedział, wskazując niewielką ścieżkę. – Mieszka tam samotna rybaczka. Powiedz jej, że chcesz zobaczyć Freljord. Daj jej to.

Ze skórzanej sakiewki przy pasie wydobył wysuszone nasionko klonu i wcisnął jej w dłoń.

– Na mroźnej północy żyją ludzie, którzy opierają się noxiańskim rządom. Dzięki nim może powrócisz do swojej pustyni.

– Czym jest ten… Freljord? – zapytała, powtarzając słowo.

– Lodem – rzekł. – I skałami – dodał, mrugając okiem.

Teraz ona się uśmiechnęła.

– Będziesz się szybko poruszać, mając pod sobą góry. Wykorzystaj swoją moc. Tworzenie. Zniszczenie. Zaakceptuj je. W całej rozciągłości. Twoje skrzydła zaniosły cię daleko – powiedział. – Może nawet zaniosą cię do domu.

Taliyah spojrzała na ścieżkę prowadzącą do doliny rzecznej. Miała nadzieję, że jej plemię jest bezpieczne. Być może zagrożenie istniało tylko w jej głowie. Gdyby zobaczyli ją teraz, co by sobie pomyśleli? Czy w ogóle by ją poznali? Babajan powiadali, że niezależnie od koloru nitki ani tego, jak gruba lub cienka była po umieszczeniu na wrzecionie, wełna zawsze pozostawała tym, czym była na początku. Taliyah przypomniała sobie o tym i to ją pocieszyło.

– Wierzę, że utkasz coś wspaniałego. Bezpiecznej podróży, młoda jaskółko.

Taliyah odwróciła się, aby spojrzeć na swojego towarzysza, ale już zniknął. Jedynym śladem jego obecności były źdźbła trawy kołyszące się w porannym wietrze.

– Jestem pewna, że Wielka Tkaczka ma plany także w stosunku do ciebie – rzekła.

Taliyah umieściła nasionko klonu w kieszeni płaszcza i ruszyła ścieżką prowadzącą do doliny, a kamienie pod jej stopami unosiły się z radości, aby ją powitać.

Artykuły premium


Jeśli zauważyłeś literówkę/błąd we wpisie - prosimy o zgłoszenie tego poprzez specjalny formularz kontaktowy - dzięki automatycznemu systemowi powiadomień będziemy mogli błyskawicznie usunąć błąd.