card_shurima_ph1_v2
Meta na mobilność? Też bądź mobilny! Sprawdź mobilne How2Win

Naprzód ku Shurimie! cz.3 -Sivir Pani Wojny, Skarner Kryształowy Strażnik i Amumu Smutna Mumia

SIVIR- PANI WOJNY

Pieniądze zapewnią ci pracownika, alenigdy nie zapewnią lojalności.

Sivir jest znaną poszukiwaczką skarbów i przywódczynią najemników, która oferuje swoje usługi na pustyniach Shurimy. Uzbrojona w swą legendarną, zdobioną klejnotami broń, stoczyła i wygrała niezliczoną liczbę bitew dla tych, których stać na pokrycie jej wygórowanego honorarium. Znana ze swej nieustraszonej determinacji i nieskończonej ambicji, z dumą trudni się odzyskiwaniem pogrzebanych skarbów z niebezpiecznych grobowców Shurimy – rzecz jasna za cenę sowitej nagrody. Teraz, kiedy pradawne siły na nowo trzęsą Shurimą w podstawach, Sivir znalazła się w sytuacji rozdarcia między kolidującymi ze sobą ścieżkami przeznaczenia.

Sivir wcześnie przekonała się, jak ciężkie potrafi być życie na pustyni. Cała jej rodzina została zabita przez grasujących po okolicy Kthaonów – jedno z najgroźniejszych plemion żyjących z najazdów. Pierwsze miesiące po masakrze przetrwała, kradnąc żywność na miejscowych targach i sprzedając drobiazgi wygrzebane z opuszczonych ruin.

Choć ruiny były już doszczętnie splądrowane przez złodziei, Sivir często znajdowała skarby, które inni przeoczyli. Dzięki bystremu oku i niezłomnej determinacji odkrywała sekretne przejścia i ukryte grobowce, rozwiązywała starożytne zagadki i wymykała się zabójczym pułapkom.

Czasem udawało jej się nakłonić inne dzieci, by razem z nią przeszukiwały grobowce, które ciężko byłoby plądrować w pojedynkę. Głodne sieroty, uzbrojone jedynie w zwoje liny i świece, schodziły z nią w głąb wąskich tuneli w poszukiwaniu czegokolwiek, co można by sprzedać.

Pewnego dnia Sivir i jej towarzysze zapuścili się do grobowca, który – jak przekonywała dziewczynka – aż pękał w szwach od nieprzebranych bogactw. Po wielu godzinach poszukiwań odkryli w końcu sekretne przejście, jednak ku ich rozczarowaniu korytarz prowadził do pustej komnaty. Mhyra, najstarsza w grupie dzieci, zirytowała się i zażądała od Sivir, by ta zrzekła się roli przywódczyni. Gdy Sivir odmówiła, między dziewczynkami wywiązała się zacięta walka. Mhyra była większa i silniejsza, więc szybko obezwładniła Sivir i zepchnęła ją z krawędzi ściany. Po kilku godzinach Sivir obudziła się sama w ciemności. Walcząc z paniką, po omacku odnalazła drogę powrotną i wydostała się na powierzchnię. Po powrocie do swej kryjówki odkryła, że jej zdradziecka towarzyszka uciekła, zabierając ze sobą wszystko, co należało do Sivir.

Poprzysięgła wtedy, że nigdy już nie padnie ofiarą zdrady. Pragnąc nauczyć się tajników walki, dołączyła do grupy najemników pod dowództwem legendarnej Ihy Ziharo. Z początku służyła wśród nich jako tragarz, przewodnik i posługaczka do ciężkich robót.

Przez lata kładła się spać ze sztyletem schowanym pod siennikiem. Nie ufała wojownikom Ziharo – dobrze wiedziała, że ich lojalność należy do tego, kto zaoferuje wyższą zapłatę. Starała się jednak przez cały czas jak najpilniej uczyć. Poznawała arkana walki i codziennie toczyła pojedynki z młodszymi najemnikami.

Jej niezłomna determinacja i szybko rosnące zdolności przykuły uwagę samej Ihy Ziharo. Wojowniczka wzięła dziewczynkę pod swoje skrzydła – był to zaszczyt, którego niewielu wcześniej doświadczyło. W ciągu kolejnych kilku lat Sivir sama stała się poważaną wojowniczką. Jako sierżant Ihy prowadziła najemników do boju z licznymi armiami, najeźdźcami i wojowniczymi plemionami. Gdy wojny się skończyły i najemnikom doskwierał brak zajęcia, Sivir organizowała wyprawy łupieżcze w głąb ruin Shurimy.

W końcu młodą kobietę zmęczyło życie w cieniu Ziharo. Przywódczyni zawsze zagarniała dla siebie lwią część złota i sobie przypisywała największe zasługi, mimo że wyprawy powodziły się w głównej mierze dzięki Sivir i jej znajomości shurimańskich grobowców. Na domiar złego Ziharo nie godziła się na służbę u możnowładców, których okrucieństwo kłóciło się z jej kodeksem honorowym. Dla Sivir natomiast złoto było złotem – nawet jeśli pochodziło z rąk splamionych krwią. Moralność nie grała dla niej większej roli w interesach.

Wielu najemników podzielało zdanie Sivir i zaczęło wspólnie z nią planować obalenie Ziharo. W przeddzień zamachu przywódczyni dowiedziała się jednak o planach swej uczennicy. Rozwścieczona udała się do miejsca, gdzie spała Sivir, by zabić ją we śnie. Sivir przewidziała taki obrót wydarzeń i przygotowała się do walki. Ostatecznie pokonała Ziharo w zaciętym pojedynku na noże. Zaskoczyło ją to, że nie potrafiła zabić swojej mentorki, pamiętając, jak Ziharo wzieła ją pod swoje skrzydła, gdy nie miała niczego. Porzuciła ją jednak na pustyni z napełnionym do połowy bukłakiem, jedną monetą i pustymi życzeniami powodzenia.

Pod przywództwem Sivir najemnicy szybko zaskarbili sobie reputację bezwzględnych, nieustraszonych wojowników i odkrywców legendarnych artefaktów. Z usług bandy Sivir korzystali pustynni baronowie, bogaci kupcy i kolekcjonerzy magicznych przedmiotów. Podróżnicy ochoczo płacili najemniczce za pomoc w przemierzaniu niebezpiecznych rejonów i badaniu starożytnych ruin Shurimy. Wodzowie najmowali jej wojowników do obrony ziem nękanych najazdami Noxian, zaś możni w szybkim tempie wygrywali z ich pomocą kampanie wojenne.

W Roku Tysiąca Burz władca starożytnego shurimańskiego miasta Nashramae zlecił Sivir odnalezienie niezwykłej broni w kształcie krzyża. Twierdził, że była to cenna pamiątka rodzinna. Aby zapewnić misji powodzenie, posłał z najemniczką swoją osobistą straż. Po wielu miesiącach poszukiwań Sivir w końcu udało się zdobyć broń. Wydobyła ją z pogrzebanego pod zwałami gruzu sarkofagu dawno zapomnianego bohatera. Towarzyszyło jej przy tym dziwne poczucie, że to najważniejszy moment jej dotychczasowego życia. Broń aż błyszczała od złota i szmaragdów. Choć była bardzo stara, jej ostrza w ogóle się nie stępiły. Pozostały tak ostre, jak gdyby dopiero co je wykuto.

Sivir znieruchomiała, urzeczona widokiem broni, która zdawała się na nią czekać. Gdy kapitan straży z Nashramae zażądał, by drużyna wracała z łupem do jego pana, kobieta zrozumiała, że nie może oddać zdobyczy. Cisnęła broń w kierunku swych towarzyszy i ze zdumieniem patrzyła, jak ostrza pozbawiają głowy nie tylko kapitana, ale i trzech stojących za nim ludzi, a następnie posłusznie wracają do jej ręki. Żadna broń, którą wcześniej dzierżyła, nie pasowała równie dobrze do jej dłoni i nie dawała jej podobnego poczucia potęgi. Szybko wywalczyła sobie drogę na powierzchnię, zostawiając za sobą zwłoki strażników władcy Nashramae.

Legendy o wyczynach i okrucieństwie Sivir krążyły w Shurimie już od dawna; teraz jednak jej sława zaczęła wykraczać poza pustynię. W Noxus opowieści o jej dokonaniach dotarły do uszu Cassiopei, ambitnej szlachcianki, która pragnęła zdobyć artefakt pogrzebany podobno w samym sercu pustyni. Nie przejmując się kosztami, kobieta wynajęła Sivir, by ta poprowadziła ją w głąb dawno zaginionej stolicy Shurimy.

Instynkt podpowiadał najemniczce, by nie ufać Cassiopei, jednak ostatecznie zwyciężyła wizja zysków. Podczas podróży przez kręte katakumby pogrzebanego miasta wielu towarzyszy Sivir poległo w szponach zabójczych pułapek; Cassiopeia jednak nie miała zamiaru zawracać. Po wielu dniach wyprawy w głąb ciemności kobiety natknęły się na ogromny relief przedstawiający starożytnych władców i Wyniesionych wojowników z głowami bestii. Większość budowli, które do tej pory mijały, była doszczętnie zrujnowana w wyniku tysiącleci spędzonych pod piaskami, jednak ta ściana oparła się działaniu czasu. Przyglądając się wyrzeźbionym w skale wizerunkom, Sivir miała wrażenie, że skądś je zna. Ostatecznie jej los przypieczętowała chwila nieuwagi.

Korzystając z zamyślenia towarzyszki, Cassiopeia zbliżyła się od tyłu i wbiła jej nóż w plecy. Sivir osunęła się na ziemię, a piach wokół poczerwieniał od jej krwi. Jej zmysły gasły niczym zduszony płomień świeczki. Zdążyła jeszcze tylko poczuć, jak Cassiopeia wyrywa jej broń z dłoni. Potem resztka ciepła opuściła jej ciało, a jej miejsce zajął chłód śmierci.

Przeznaczenie miało jednak wobec Sivir inne plany. Gdy piach pustyni nasycił się jej krwią, echa pokrewieństwa zbudziły jej zmarłego przed wiekami przodka, imperatora Azira. Wskrzeszony władca zaniósł jej ciało do Oazy Świtu, świętej sadzawki, w której niegdyś mieniła się uzdrawiająca woda. Choć Oaza pozostawała sucha od tysięcy lat, obecność imperatora sprawiła, że znów wypełniła się krystalicznym płynem. Gdy uzdrawiające wody otuliły ciało Sivir, śmiertelna rana zadana przez Cassiopeię natychmiast się zasklepiła.

Kobieta z trudem złapała oddech i otworzyła oczy, nie rozumiejąc, co się stało. Czuła się, jakby wyrwano ją z głębokiego snu. Ujrzała nad sobą dziwnie znajomą twarz, na której malowała się życzliwość. Mrugnęła, nie będąc pewna, czy wciąż żyje. Wszędzie wokół niej wznosiły się wiry piachu, z których wyrastały wyniosłe pałace, bogato zdobione świątynie i ogromne place. Starożytna stolica Shurimy wracała do życia w pełni blasku, zwieńczona złotym dyskiem, jaśniejącym mocniej niż południowe słońce. Powrót Azira przywrócił miastu dawny majestat.

Sivir pamiętała zasłyszane w dzieciństwie opowieści o legendarnych Wyniesionych, ale dotychczas była przekonana, że dawali im wiarę tylko głupcy i dzieci. Teraz jednak, gdy wokół niej wznosiło się miasto, które jeszcze przed chwilą spoczywało pod piaskami pustyni, a dawno zmarły imperator opowiadał jej o przetrwaniu swego rodu i wizji odbudowy królestwa, najemniczka zaczęła wątpić w swoje przekonania. Wszystko, w co do tej pory wierzyła, przestało być wiarygodne.

Słowa imperatora dźwięczały w jej uszach na długo po tym, jak powróciła do życia najemniczki, starając się znaleźć ukojenie w codzienności życia z wojaczki. Ciężko było jej uwierzyć, że mogłaby być dziedziczką tronu zapomnianego imperium. Starała się za wszelką cenę odsunąć od siebie takie myśli. Wiedziała, że nawet gdyby słowa Azira okazały się prawdą, nikt i tak nie zdołałby zjednoczyć zwaśnionych plemion Shurimy. Nawet najpotężniejszym władcom udawało się – kosztem wielkich nakładów złota i wojsk – jedynie na jakiś czas zapanować nad niewielkimi obszarami krainy. Mieszkańcy tych ziem nigdy nie stanęliby do walki pod jednym sztandarem i nie pokłoniliby się jednemu człowiekowi – nawet gdyby naprawdę był starożytnym imperatorem.

Podczas gdy Azir stara się odbudować swe niegdyś potężne imperium, w Sivir narastają wątpliwości, czy kiedykolwiek będzie w stanie w pełni powrócić do dotychczasowego życia. W jej świecie zaczynają pojawiać się nieznane siły, a przeznaczenie najwyraźniej postanowiło dać jej drugą szansę.

Najemniczka musi wybrać ścieżkę, którą podąży, by zbudować własne dziedzictwo.

WODA

Gardło Sivir sprawiało wrażenie jakby pokrywało je potłuczone szkło. Spierzchnięte usta zdawały się płonąć. Oczy odmawiały posłuszeństwa. Dałam im dość czasu na odejście.

Wychyliła się zza kamienia. Karawana wciąż przebywała przy źródle i nie wyglądało, żeby miała się ruszyć.

Dlaczego musieli to być Kthaonsowie? Spośród wszystkich plemion, które pragnęły jej śmierci, Kthaonsowie wyróżniali się uporczywością.

Sivir przyjrzała się im, szukając śladów wskazujących na to, że karawana wyjedzie z koryta rzeki i ruszy w dalszą podróż. Poruszyła ramionami, aby sprawdzić, czy mięśnie nadają się do walki z półtuzinem mężczyzn. Musiałaby wziąć ich z zaskoczenia, żeby mieć szansę.

Ta przeklęta Noxianka mnie zaskoczyła…

Sivir potrząsnęła głową, chcąc oczyścić umysł. Teraz nie był czas na takie przemyślenia. Z odwodnienia tracę nad sobą panowanie. Czemu nie wzięłam więcej wody?

W mieście było jej pełno. Szerokie strumienie wylewały się z posągów na rozkaz Starożytnego. Wyleczył moją ranę i uratował mi życie. Potem powrócił do odbudowywania świątyń znajdujących się wokół niego, przemawiając w dziwnym, starożytnym dialekcie, który ledwo rozumiała. Mówił do siebie w wymarłym mieście wypełnionym piaskiem. Musiałam stamtąd uciekać, zanim czarodziej postanowiłby ponownie je pogrzebać – lub stwierdził, że jestem mu dłużna.

Przełknięcie śliny sprowadziło ból. Sivir ponownie spojrzała na źródło – niewielka kałuża brązowej wody w samym środku karawany.

Dałam im dzień, stwierdziła. Albo zginę ja, albo oni. Za kilka kropli wody lub kilka złotych monet. Tak wygląda życie na pustyni.

Biegnąc w stronę pierwszego strażnika przygotowała broń. Czy zdąży dobiec, zanim się obróci? Zmierzyła odległość. Czternaście kroków. Dwanaście. Dziesięć. Nie może wydać z siebie dźwięku. Dwa kroki. Skoczyła. Ostrze przecięło mu kark i wbiło się w ramię.

Krew trysnęła, gdy na nim wylądowała. Pęd rzucił ich za skały, na których stał. Sivir chwyciła go za ramiona. Szarpał się z nią, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że już nie żyje. Krew strażnika oblała Sivir, gdy wydał z siebie ostatnie tchnienie. Nie musiał umierać.

Sivir przypomniała sobie ostrze Cassiopei. Umarłam. To powinno coś znaczyć.

Z dala dobiegło dudnienie. Konie? Osunięcie piasku? Nie było czasu na zastanawianie się, co to było. Sivir przeczołgała się po kamieniach. Niedługo spostrzegą nieobecność strażnika. Następny cel wędrował po grani. Musiała go trafić, zanim odejdzie od krawędzi. Rzut musiał być idealny. Cisnęła swoją bronią.

Trafiła drugiego strażnika, przecinając go na pół. Lecące ostrze skierowało się ku górze, a gdy osiągnęło wierzchołek lotu, zwolniło i zawróciło. Gdy leciało w jej stronę, trafiło trzeciego mężczyznę w szyję. Teraz nie było już czasu na kolejny rzut – ostrze zakończyło lot po łuku i teraz zmierzało w sam środek wody. Musiała do niego dobiec w porę. Ten manewr był stary jak świat. Miała złapać ostrze i zabić pozostałą trójkę podczas jednego skoku.

Jednak gdy biegła, jej nogi zrobiły się ciężkie i nie mogła nabrać powietrza w obolałe płuca. Trzydzieści kroków. Musiała pokonać tę odległość, zanim ciało drugiego mężczyzny uderzy o ziemię. Dwadzieścia kroków. Dostała skurczu w nogach, które odmówiły posłuszeństwa. Piętnaście kroków. Zaczęła się zataczać i potykać. Nie. Jeszcze nie.

Wtedy, wcześniej, niż się spodziewała, ciało drugiego mężczyzny uderzyło o skały. Tego dźwięku nie dało się przeoczyć.

Jeden błąd wystarczył. Kthaonsowie byli ludźmi pustyni. Pozostali strażnicy dobyli broni, zanim wykonała kolejny krok.

Jej broń wpadła do wody między nią i strażnikami. Pięć kroków od nich. Dziesięć od niej.

Dam radę. Każda cząstka ciała Sivir nakazywała jej ruch. Zamiast tego zatrzymała się, prawie padając do przodu.

Niezabranie ze sobą dość wody. Oczekiwanie zbyt długo na przypuszczenie ataku. Zła ocena odległości. Nie popełniam takich błędów. Dlaczego? Część umysłu Sivir odpowiedziała. Przypomniała sobie moment, gdy sztylet Cassiopei wbił się w jej plecy – nie czuła samego ostrza. Zamiast tego poczuła nagły ucisk, który zdawał się skraść jej dech i miażdżyć płuca.

– Zabiłam trzech z was, zanim mnie usłyszeliście – wycharczała Sivir.

– Nie masz broni – rzekł największy z Kthaonsów.

– Tylko dlatego, że nie chciałam w wodzie waszej krwi – skłamała.

Trzej mężczyźni wymienili spojrzenia. Rozpoznali mnie.

– Rok temu zabiłam waszego wodza i dwa tuziny najlepszych wojowników za mieszek złota. To była niska cena za ich życie. Napotkała wzrok całej trójki. Rozchodzili się na boki, chcąc ją otoczyć.

– Wiecie, co zrobiłam z tym złotem? – zapytała. – Przegrałam je w jeden wieczór.

– Pomścimy ich i tę obrazę – odparł największy z nich.

– Nie powinnam była ich zabijać, nie za to złoto – odparła. – Nie zmuszajcie mnie, żebym zabiła was za kilka łyków wody.

Przywódca Kthaonsów nerwowo poprawił chwyt na broni.

– Mówię wam, że zdążę dobiec do broni, zanim się ruszycie – wyjaśniła Sivir. – A jeżeli mi się to uda. Zginiecie wszyscy. Wskazała na brązową wodę. Wasze życia są warte więcej niż to.

– Zginiemy więc z honorem – odparł największy z nich, chociaż jego towarzysze nie wyglądali na zbyt pewnych.

– Czy potrzebowałam tej broni, aby zabić dwudziestu mężczyzn, których chcecie pomścić? Sivir ich ostrzegła. Jest was za mało.

Trzej mężczyźni zawahali się. Znali reputację Sivir. Pozostała dwójka odciągnęła największego mężczyznę na bok, a następnie skierowali się do swoich wierzchowców.

Sivir podeszła do wody.

– Powrócimy z innymi członkami plemienia i zemścimy się.

– Wielu próbowało – powiedziała. – Nigdy im nie wyszło.

Sivir przytknęła opuchnięty język do podniebienia, pragnąc zaznać ulgi. Chciała paść na kolana i zacząć pić. Muszę zaczekać, aż miną odległą wydmę.

Gdy mężczyźni wspięli się na siodła i odjechali, dudnienie zabrzmiało ponownie. Było głośne i stawało się jeszcze głośniejsze. To nie konie czy ruchome piaski. Sivir zwróciła się w stronę, z której dobiegało, i zobaczyła, jak wysoka fala krystalicznie czystej wody płynęła korytem. Woda z miasta.

Tuż przed tym, jak woda uderzyła w Sivir, poczuła chłodne i wilgotne powietrze pędzące przed powodzią. Poraziło ją, jak nagły pocałunek.

Pierwsza fala prawie zwaliła ją z nóg. Uderzenie poraziło ją zimnem, ale gdy woda otaczała jej nogi i talię, stała się przyjemnie chłodna. Sivir leżała na wodzie, pozwalając, aby ją obmywała. Czuła, jak zmęczenie ją opuszcza, gdy jej włosy rozpływały się po powierzchni.

Umarłam. Muszę sprawić, że to będzie coś znaczyło.

SKARNER- KRYSZTAŁOWY STRAŻNIK

Stanowimy jedność. Nie da się naroztrzaskać.

Skarner to olbrzymi kryształowy skorpion pochodzący z ukrytej doliny w Shurimie. Należy do starożytnej rasy brackernów, która słynie z wyjątkowej mądrości i głębokiej więzi z ziemią. Dusze brackernów są połączone z potężnymi kryształami mieszczącymi w sobie myśli i wspomnienia ich przodków. Wieki temu przedstawiciele tej rasy zapadli w sen, który uchronił ich przed niechybną śmiercią w wyniku potężnych magicznych zawirowań, jednak złowieszcze wydarzenia niedawnych dni przebudziły Skarnera. Jako jedyny przebudzony brackern Skarner stara się bronić swych pobratymców przed wszelkimi zagrożeniami.

Na długo zanim pierwsi ludzie wkroczyli na gorące pustynie Shurimy, piaski tej krainy jaśniały od pierwotnej, swobodnie krążącej magii. W odległej dolinie otoczonej przez strome urwiska i poszarpane skały pradawna rasa brackernów drążyła piaszczyste głębiny w poszukiwaniu kryształów. Każde z tych szlachetnych stworzeń budowało więź z pojedynczym kamieniem, który przechowywał jego świadomość na długo po śmierci ciała.

Śmierć zdarzała się w gronie brackernów niezwykle rzadko, ponieważ długość ich życia sięgała tysięcy lat, a nawet gdy następowała, nie oznaczała wcale ostatecznego końca. Gdy obumierała śmiertelna powłoka brackerna, pozostali członkowie społeczności zakopywali jego kryształ pośród piasków doliny, gdzie był bezpieczny do czasu, aż miał zostać odkryty przez kolejnego młodego kopacza. Zwyczaj ten służył ochronie delikatnych kryształów oraz zaklętej w nich mądrości przodków.

Ponieważ liczba kamieni była ograniczona, każdy młodzy brackern musiał odnaleźć kryształ, który był mu przeznaczony. Zaklęta w krysztale świadomość sama wybierała kolejnego spadkobiercę i wzywała go do siebie. Podczas uświęconego rytuału kamień zespajał się w jedność z kryształowym ciałem, nasycając umysł brackerna wspomnieniami i wiedzą przodków oraz napełniając stworzenie przedwieczną magią. Żaden brackern nie przetrwałby długo bez siły, długowieczności i mocy, którą zapewniał mu kryształ.

Młody brackern o imieniu Skarner poświęcił wiele lat na poszukiwanie kryształu, który byłby mu przeznaczony. Obawiając się, że zginie, zanim odnajdzie swój kamień, z każdym miesiącem oddawał się poszukiwaniom z coraz większą desperacją. Kopał dniami i nocami, drążąc w piaskach doliny i okolicznych wzgórzach skomplikowane spirale.

Pewnego dnia, gdy był już bliski zwątpienia, niespodziewanie poczuł w swym umyśle zew pradawnej świadomości. Zaczął drążyć jeszcze głębiej, zapuszczając się coraz bliżej serca świata, które powoli rozgrzewało jego skorupę. Mijały dni, a zew w jego głowie wciąż przybierał na sile i pchał go do przodu. W pewnym momencie jego szczypce natrafiły na nadgryziony zębem czasu kamień. W tej samej chwili w jego umyśle rozbrzmiał ochrypły szept. Choć głos był słaby, Skarner od razu poczuł głęboką więź z napotkaną świadomością. Wiedział, że odnalazł swój kamień.

Skarner w całym życiu nie widział większego kryształu. Kamień był przy tym niesłychanie stary – tak stary, że jego blask przeistoczył się w ledwie dostrzegalną poświatę. Jego powierzchnia zmatowiała pod wpływem tysięcy lat spędzonych pod ziemią, a do tego nosiła liczne pęknięcia. Skarner uniósł kamień z wielką ostrożnością, obawiając się, że naruszy pradawne znalezisko. Kryształ zdawał się reagować na jego obecność, pulsując słabym światłem.

Skarner rozpoczął rytuał zespolenia. Na wiele tygodni zaszył się z kryształem głęboko pod ziemią, nie zabrawszy ze sobą żadnych zapasów. Choć doskwierało mu wyczerpanie, a jego kończyny marniały z głodu, nie czuł strachu – głos dobiegający z głębi kryształu napełniał go otuchą. Gdy kamień ostatecznie zespolił się z jego ciałem, jego myśli wypełniły pradawne wspomnienia i mądrość. Ogarnęła go fala silnych emocji. Doświadczał niewypowiedzianej radości i skrajnej rozpaczy, które były niegdyś udziałem jego przodków. Czuł, że otacza go potężna magia, a jego ciało dostraja się do cichego, nieprzerwanego szumu, za pomocą którego minione pokolenia przekazywały mu pozbawione słów pozdrowienie.

Gdy przez świat przetaczały się niszczycielskie siły Wojen Run, brackernowie zaczęli się obawiać, że wojenny chaos doprowadzi ich rasę do wyginięcia. Postanowili wprowadzić się w stan uśpienia do czasu, aż ludzkość ulegnie samounicestwieniu, a wszystko wskazywało, że tak właśnie się stanie. Zamierzali wyjść na powierzchnię piasków dopiero, gdy na świecie znów będzie bezpiecznie.

Kryształowe skorpiony zakopały się w głębinach shurimańskiej pustyni. Najmłodsi i najbardziej wojowniczy członkowie społeczności zapadli w sen najbliżej powierzchni ziemi, gotowi w każdej chwili przebudzić się i bronić swych pobratymców w obliczu zagrożenia. Dzięki mocy ogromnego kamienia Skarner był silniejszy niż większość brackernów, w związku z czym złożył swe ciało do snu jako jeden z ostatnich.

Mijały stulecia – brackernowie spali w odosobnieniu i nic nie zakłócało ich spokoju. Pewnego dnia jednak Skarner przebudził się w swej płytkiej jamie, czując narastający strach. Ziemią wstrząsały ogłuszające eksplozje, których celem najwyraźniej byli jego pobratymcy. Wybuchy pozbawiły przytomności stworzenia śpiące najbliżej powierzchni. Okazało się, że miejsce spoczynku brackernów napadła banda złodziei pragnących wykraść cenne kryształy. Skarner, ocalały dzięki mocy swego kamienia, natychmiast wydostał się na powierzchnię piasku i ruszył do walki z bandytami, raniąc ich ostrymi szczypcami i zatrutym żądłem. Złodziei było wielu, jednak udało mu się zabić znaczną część, a reszta uciekła w panice. Skorpion z przerażeniem odkrył, że tylko on przebudził się podczas ataku, przez co bandytom udało się zabrać wiele kryształów.

Starał się zbudzić swych towarzyszy, ale bezmyślny napad złodziei uszkodził tyle kamieni, że kilku brackernów zmarło chwilę po przebudzeniu, a niektórych w ogóle nie dało się ocucić. Całymi tygodniami pogrążony w żałobie Skarner przemierzał piaski, pod którymi spoczęli jego bracia. Jednocześnie był pewien, że skradzione kryształy szybko zniszczeją w rękach bandytów, i ubolewał również nad tą stratą.

Pewnego ranka, wiele tygodni później, w jego umyśle znów rozbrzmiały odległe echa. Głos był słaby, jednak donośnie niósł się przez dolinę. Skarner usłyszał pełne strachu wołanie zaginionych kamieni; wzywały go, by pomógł im na nowo zjednoczyć się z właścicielami. Skorpion zawahał się; nie wiedział, czy powinien ruszyć na poszukiwanie skradzionych kryształów, czy też zostać i pilnować pozostałych przy życiu braci. Kolejne tygodnie spędził, zacierając wszelkie ślady pozostawione przez brackernów na powierzchni piasku. Coraz trudniej było mu znieść napływające do jego umysłu świadectwa udręki, na jaką bezmyślni złodzieje skazali jego towarzyszy. Postanowił, że musi odzyskać kryształy.

Wkrótce potem rozpoczął żmudne poszukiwania, mając nadzieję, że żadni inni ludzie nie dowiedzą się o miejscu spoczynku jego braci. Choć wędruje samotnie, zdarza mu się usłyszeć zew zaginionego kryształu, który prosi o ratunek. W takich momentach przepełnia go zarówno radość, jak i cierpienie. Stara się jednak przekuć smutek w żelazną determinację i wie, że nie spocznie, dopóki nie odzyska wszystkich skradzionych kamieni.

SENNA PIEŚŃ

Miękkoskórzy przerwali nasz sen trwający od tysięcy obrotów.

Od wielu wieków wyczuwałem wirujące ruchy tego świata. Gwiazdy wybuchały i umierały w górze, mimo że ich nie widziałem. Czułem ciepło słońca, którego promienie wypełniały piasek życiem.

Ale wszędzie dookoła byli członkowie mojej rasy. Wyczuwałem, jak krzątają się we śnie. Słuchałem ich cichych szeptów kierowanych do mnie i sennych pieśni o wspaniałych światach. Miejscach bez miękkoskórych, bez strachu, bólu oraz wątpliwości. Miejscach pełnych pokoju.

W piasku wszyscy byliśmy złączeni – śniliśmy jak jedność. Nie tylko śpiewacy, ale wszystkie żywe istoty: robaki wijące się wokół skał, krety kopiące tunele, aby rodzić młode, a nawet rodzina pająków, która zagrzebała się w ziemi na noc.

Myślałem, że skały będą nieruchome, zimne i obojętne. Ale one także są częścią nas. Kamienie były ciepłe, a im głębiej się zakopywaliśmy, tym bliżej rozgrzanego serca tego świata się znajdowaliśmy. Za każdym razem, gdy podziemia gotowały się z wściekłości, byłem tam. Ich wstrząsy poruszały piachem, dopóki nie odpowiedziałem swoim gniewem. Jesteśmy jednością, jesteśmy razem. Wasz gniew jest moim gniewem. Słyszałem wdzięczność w porze deszczowej, gdy krople wsiąkały w piach i czyniły ziemię pulchną i pełną.

Gdy przyszli miękkoskórzy, ziemia odczuwała wyłącznie ból. Nasze pieśni przeszły w płacz, gdy byliśmy rozdzierani, miażdżeni i rozrzucani. Słyszałem pieśń pełną żalu, gdy miękkoskórzy odkrywali moich pobratymców. Odrywali kryształy od naszych ciał i kradli je, a my krzyczeliśmy głośniej niż trzęsienia ziemi. Śpiewałem przez wiele nocy, dopóki moje serce nie stało się puste i zimne, ale nie powrócili.



Dziś jestem sam na powierzchni. Dziś suchy wiatr pali moją skórę. Z każdym krokiem piach ociera się o mnie w ramach protestu. Zwalczam chęć zagrzebania się w odmętach głębokiego mroku. Nie jestem indywidualnością. Należę do jedności, a nie do tego, co jest poza nią.

Z daleka dociera do mnie pieśń bólu i strachu. Jej ton jest słaby, ale rozpoznaję melodię i wysyłam pieśń mojego smutku. Nuta nadziei rozbrzmiewa w moim umyśle, czysta i dźwięczna. Prawie, prawie.

Kolejne gwiazdy raz za razem wirują w górze. Nieskończenie lśniący wszechświat spogląda na mnie. Czuję się przytłoczony ciężarem tego, co znajduje się nade mną. Powinienem być na dole, ale jestem tu, samotny w chłodnym powietrzu.

Jestem na powierzchni od trzech księżyców. Mrugnięcie okiem, moment egzystencji. Rozgrzewający szept przemyka w ciszy pod ziemią – jednakże na powierzchni odczuwam wieczną samotność.

Przed sobą słyszę miękkoskórych. Oni nie śpiewają, tylko krzyczą. Ich głosy skrzeczą i trzeszczą bez żadnego składu i melodii. Palą mięso nad ogniem. Jego tłuszcz zanieczyszcza powietrze i krztuszę się odorem. Czemu robią coś takiego? Ziemia jest obfita, dóbr wystarczy dla wszystkich.

Melodia wzywa mnie słabo. Prawie. Kryształ jest blisko.

Muszę im wyjaśnić, miękkoskórzy nie rozumieją. Ich rasa jest młoda, istnieje od trzech obrotów. Dopiero zaczęli kopać, ledwo co odkryli to, co kryje podziemie. Mówią, ale jeszcze nie słyszałem, jak śpiewali. Nauczą się.

Śpiewam w ich umysłach pieśń o spokojnej krainie, aby poznali piękno, które czeka na nas we śnie. Śpiewam o moich pobratymcach, aby wiedzieli, co nam ukradli.

Miękkoskórzy nie odpowiadają pieśnią. Zdają się mnie nie słyszeć, więc mój głos rozbrzmiewa głośniej w ich głowach. Śpiewam o naszych kryształach, niesłusznie nam odebranych. Oddajcie je, należą do nas. Zamordowaliście już jedną grupę. Nie odbierajcie nam przyszłości. Śpiewam do nich błagalnie. Pozwólcie mi zabrać kryształy w głęboki mrok, aby mogły się z nami ponownie połączyć. Śpiewam, aby uleczyć tę rozdartą ranę.

Miękkoskórzy wciąż do siebie krzyczą. Jeden z nich wydaje z siebie rytmiczny dźwięk… śmiech? Czuję, że moje ciało jest miażdżone przez powietrze, więc zagrzebuję się w ziemi. Ciężar wokół mnie dodaje mi otuchy.

Jak mogą nie widzieć zniszczenia, które spowodowali? Jesteście okrutni, jesteście nieokrzesani. Jak możecie nas tak odcinać?

Moja skorupa robi się biała z gniewu. Nie pozwolę, aby miękkoskórzy nas zniszczyli.

Słyszę, jak krzyczą, gdy wyłaniam się spod piasku. Przywołuję energię z ziemi i kumuluję moc w swoim ciele. Miękkoskórzy ciskają we mnie bronią, która trafia mnie w nogę i roztrzaskuje się na mojej lśniącej skorupie. Śpiewacie tylko o śmierci. Ja także potrafię zaśpiewać tę pieśń. Wypuszczam z siebie słoneczny blask i ostre kryształy wyskakują spod ziemi, dziurawiąc ciała i miażdżąc kości.

W skutek paniki ogień zaczyna się rozprzestrzeniać. Ich prymitywne budowle z gałęzi i skór płoną w ciemności, a oni sami wpadają w płomienie. Dym unosi się w górę, niczym ofiara dla mrugających gwiazd. Miękkoskórzy uciekają w panice, ale ja jestem szybszy. Okrążam ich, jednego z nich atakuję i rozcinam go na pół moimi szczypcami. Kolejnego miażdżę nogą. Krew zabarwia piasek. Ryczę ze smutku, nie jest to pieśń, lecz płacz. Wasza krew nie jest godna, aby dotykać jedności i wszystkich.

Macham ogonem na lewo i prawo, powalając kolejnych miękkoskórych. Ponownie przywołuję słoneczny blask i kolejne kryształy wyskakują z piasku, dziurawiąc ciała. Więc jednak słyszycie moją pieśń…

Jestem okrutny jak oni. Jestem przemocą. Jestem śmiercią.

Gdy śnię, widzę tylko szał. Nie jestem już godny głębokiego mroku. Ale nie mogę przestać.

Pozostaje tylko jeden. Miękkoskóra potyka się, trzymając w ręku rzecz z drewna i metalu. Chce mnie zabić. Fałszywy blask słońca wydobywa się z przedmiotu i przebija moją skorupę, paląc wnętrzności. Światło odbija się w moim krysztale i paraliżuje mnie. Potworny ból rozlewa się po moim ciele. Nie mogę się ruszyć. Jestem zniszczony. Jestem skończony.

Zanikająca pieśń rozbrzmiewa w moim umyśle. Prawie, prawie. Jesteśmy jednością.

Ponownie celuje we mnie bronią, a mną wstrząsa przerażenie, gdy widzę przytwierdzony do niej jeden z naszych kryształów. Jej broń pozbawia nas energii życiowej. Marnują kryształy, aby zasilić swoją okrutną pieśń. Czuję, że wybuchnę furią i bólem, ale zamiast tego pobieram energię z ziemi. Ryczę i uderzam żądłem, przebijając miękkoskórą, która zwija się niczym robak. Chwytam broń i miażdżę ją szczypcami. Rozsypuje się w pył i pozostaje z niej tylko biały kryształ.

Umieszczam go w paszczy, gdzie będzie bezpieczny. Jestem tu, jesteśmy jednością.

Zwijam moje żądło i ona upada. Nie wracajcie. Nie zabierajcie naszych kryształów. Nie jesteśmy wasi. Jesteśmy wszystkim. Należymy tylko do głębokiego mroku.

Pozostawiam ją przy życiu. Ucieka. Żyje nie dzięki mej litości, lecz dzięki temu, że usłyszała moją senną pieśń i nie ma innego wyboru, jak ją śpiewać.

AMUMU – SMUTNA MUMIA

Samotność może być gorsza od śmierci.

Amumu, samotna i melancholijna istota z antycznej Shurimy, przemierza świat w poszukiwaniu przyjaciela. Skazany na wieczną samotność przez starożytne zaklęcie, jego dotyk przynosi śmierć, a jego sympatia – ruinę. Ci, którzy twierdzą, że widzieli Amumu, opisują go jako żywego trupa o niewielkiej posturze, całkowicie owiniętego bandażami w kolorze porostu. Nikt jednak nie wie, jaki naprawdę jest Amumu. Prawda i fikcja przeplatają się ze sobą wśród przekazywanych z pokolenia na pokolenie mitów, bajań i legend zainspirowanych jego postacią.

Hardy lud Shurimy zgadza się ze sobą w wielu kwestiach: poranny wiatr zawsze wieje z zachodu; pełny brzuch przy nowiu księżyca to zły omen; zakopany skarb kryje się pod najtwardszym kamieniem. Nie zgadza się jednakże w kwestii historii Amumu.

Powszechnie znana historia kojarzy Amumu z pierwszym wielkim rodem władców Shurimy, który dotknięty został chorobą, niszczącą ciało w zastraszająco szybkim tempie. Najmłodsze dziecko, Amumu, poddano kwarantannie w jego komnatach, gdzie przez ścianę zaprzyjaźnił się z młodą służącą, która usłyszała jego niewyraźny płacz. W wolnych chwilach mówiła samotnemu księciu, co dzieje się na dworze, i opowiadała mu o mistycznych mocach swojej babki.

Któregoś dnia dziewczyna przyniosła Amumu wieść, że jego ostatni brat pożegnał się z życiem, co czyniło z niego Imperatora Shurimy. Zmartwiona jego samotnością w tej smutnej i szczególnej chwili otworzyła drzwi do jego komnat i wbiegła do środka, by ofiarować mu swoje towarzystwo. Amumu rzucił jej się na szyję, lecz natychmiast odskoczył, gdy zorientował się, że skazał ją tym na ten sam straszliwy los, który odebrał mu rodzinę.

Wkrótce dziewczyna umarła, a jej babka, w której oczach młody imperator jawił się jako morderca jej ukochanej wnuczki, rzuciła na niego złośliwą klątwę. W jej wyniku Amumu został uwięziony w tej chwili cierpienia niczym owad w sidłach bursztynu.

Druga historia także opowiada o księciu, lecz tym razem niezwykle próżnym, bezwzględnym i okrutnym. W tym przekazie Amumu został koronowany na Imperatora Shurimy w bardzo młodym wieku. Był przekonany, że został pobłogosławiony przez słońce, zmuszał więc poddanych do oddawania mu czci godnej boga.

Bezduszny imperator oddał się poszukiwaniom Oka Angoru, starożytnego artefaktu ukrytego w złotej krypcie, które według legend dawało życie wieczne każdemu, kto spojrzał w nie bez strachu. Polował na skarb przez całe lata w otoczeniu tłumu niewolników, którzy nosili go przez labirynty katakumb i poświęcali swe życie, by uchronić imperatora przed śmiertelnymi pułapkami. W końcu Amumu dotarł do ogromnego korytarza o złotym sklepieniu, a dziesiątki kamieniarzy pracowało dzień i noc, by otworzyć zamknięte drzwi.

Gdy tylko im się udało i młody imperator rzucił się do środka, by spojrzeć w Oko Angoru, jego niewolnicy dostrzegli niepowtarzalną szansę pozbycia się znienawidzonego władcy i zamknęli za nim kamienne wrota. Powiadają, że Amumu trwał przez całe lata w nieprzeniknionych ciemnościach, aż samotność doprowadziła go do szaleństwa i sprawiła, że zdrapał z siebie całą skórę i zmuszony był owinąć się bandażami. Nieśmiertelny dzięki mocy Oka Amumu, skazany na smutne życie w samotności, podjął się medytacji i zrozumiał, jak wiele zła wyrządził.

Kiedy potężne trzęsienie ziemi naruszyło fundamenty grobowca, imperator wydostał się ze swojego więzienia. Nieświadomy, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz stąpał w świetle słońca, wyruszył w świat, by zadośćuczynić krzywdom, które wyrządził dawno temu.

Według jeszcze innej opowieści Amumu był pierwszym i ostatnim władcą Shurimy rasy Yordl, który wierzył w czystość i dobro ludzkiego serca. Wielu kpiło z jego naiwnej wiary. Aby udowodnić im, że się mylą, poprzysiągł żyć jako żebrak, aż nie pozna osoby, która stanie się jego prawdziwym przyjacielem. Był przekonany o tym, że wśród ludności Shurimy wielu znajdzie się takich, którzy pomogą rodakowi.

Jednak mimo tysięcy ludzi przechodzących obok zaniedbanego Yordla, nikt się nie zatrzymał, by wyciągnąć do niego pomocną dłoń. Smutek Amumu rósł z każdym dniem, aż w końcu umarł z pękniętym sercem. Jednak jego śmierć to nie koniec tej historii. Podobno Yordl wciąż przemierza pustynię w poszukiwaniu kogoś, kto przywróci mu wiarę w ludzkie dobro.

Te trzy jakże różne historie łączy kilka wspólnych cech. Niezależnie od okoliczności, Amumu skazany jest na pustkę egzystencji w wiecznej samotności bez przyjaciół. Pisane mu jest wieczne poszukiwanie towarzysza, lecz jego obecność jest przeklęta, a jego dotyk niesie śmierć. W długie, zimowe wieczory można czasem usłyszeć wycie smutnej mumii, zawodzącej z rozpaczy nad nigdy niezaznaną przyjaźnią.

Nieważne, czego szuka Amumu – pokuty, braterstwa czy pojedynczego przejawu dobroci – jedna rzecz jest tak pewna jak to, że poranny wiatr wieje z zachodu: jeszcze tego nie odnalazł.

CHCIWOŚĆ I ŁZY

– Bogowie się zezłościli i wstrząsnęli krainą. Pęknięcia spustoszyły ziemię – powiedział stary Khaldun, którego twarz pokrytą bruzdami oświetlał ogień. – Do jednego z tych pęknięć zawędrował młody mężczyzna. Do jednego z tych pęknięć zawędrował młody mężczyzna. Znalazł szczelinę – wejście do grobowca ukryte od niepamiętnych czasów. Miał rodzinę, o którą musiał zadbać, więc wkroczył do środka, zwabiony okazją.

Zarówno dorośli, jak i dzieci zgromadzili się, aby wysłuchać opowieści starca. Wszyscy byli zmęczeni – tego dnia przebyli długą drogę, a shurimańskie słońce świeciło bezlitośnie – ale opowieści Khalduna były wyjątkowe. Zaciągnęli płaszcze na ramiona, aby osłonić się przed chłodem nocy, i nachylili się bliżej.

Powietrze w grobowcu było chłodne i przynosiło ulgę od upału panującego na zewnątrz. Młody mężczyzna zapalił pochodnię. Jej światło sprawiło, że zatańczyły przed nim cienie. Kroczył ostrożnie, uważając na pułapki. Był biedny, ale nie był głupcem.

Ściany z gładkiego obsydianu pokrywały starożytne napisy i obrazy. Nie potrafił czytać, gdyż był prostym człowiekiem, ale oglądał obrazy.

Widział młodego księcia, siedzącego ze skrzyżowanymi nogami na słonecznym dysku podtrzymywanym przez służących i uśmiechającego się szeroko. Skrzynie z monetami i błyskotkami piętrzyły się przed nim. Były to dary od dziwnie ubranych emisariuszy.

Widział inne obrazy, ponownie przedstawiające uśmiechniętego księcia, gdy przechadzał się wśród poddanych. Ich czoła były przyciśnięte do ziemi. Stylizowane promienie słońca promieniowały z jego korony.

Przed jednym z tych obrazów znajdował się mały, złoty posążek. Sam posążek był wart więcej, niż mógłby zarobić przez dziesięć żywotów. Mężczyzna zabrał go i umieścił w torbie.

Nie chciał zostawać tam dłużej. Wiedział, że wkrótce inni odkryją to miejsce. Gdy do tego dojdzie, chciał znajdować się daleko. Chciwość robi głupców nawet z najwspanialszych ludzi, a on wiedział, że inni chętnie przeleją jego krew, aby położyć ręce na złotym posążku – oraz innych bogactwach, które niewątpliwie znajdowały się głębiej. Jednakże chciwość nie była jedną z cech młodzieńca. Nie czuł potrzeby zagłębiania się dalej. Pozostałe skarby były przeznaczone dla kogoś innego.

Spojrzał na ostatni obraz, zanim opuścił grobowiec. Pokazywał martwego księcia, leżącego na noszach pogrzebowych. Osoby znajdujące się najbliżej lamentowały… ale znajdujący się dalej ludzie świętowali. Czy młody książę był uwielbiany, czy też był tyranem? Nie wiedział tego.

Wtedy coś usłyszał: odgłos w mroku, po którym przeszły go ciarki.

Rozejrzał się, szeroko otwierając oczy i świecąc pochodnią. Nic.

– Kto tam? – zapytał. Odpowiedziała mu cisza.

Młodzieniec potrząsnął głową. – To tylko wiatr, głupcze. – pomyślał. – Tylko wiatr.

Wtedy usłyszał to ponownie, tym razem znacznie wyraźniej. W głębi grobowca płakało dziecko.

Gdyby usłyszał go gdziekolwiek indziej, jego instynkt ojcowski nakazałby mu podążać za dźwiękiem. Ale w grobowcu?

Chciał uciec… ale tego nie zrobił. Płacz go poruszył. Przepełniały go cierpienie i rozpacz.

Czy to możliwe, że było drugie wejście do grobowca? Czy mały chłopiec odnalazł je i się zgubił?

Uniósł pochodnię wysoko i ruszył przed siebie. Płacz trwał dalej, roznosząc się echem w mroku.

Dotarł do dużej komnaty. Jej podłoga była czarna i lśniąca. Złote artefakty oraz wyłożone klejnotami ściany błyszczały. Ostrożnie wkroczył do komnaty.

Szybko się cofnął, gdy stworzył stopą zmarszczki na podłodze. Woda. Podłoga nie była zrobiona z lśniącego obsydianu – była pokryta wodą.

Uklęknął, nabrał jej w dłoń i wypił. Wypluł ją natychmiast. Woda była słona! Tu, w samym sercu Shurimy, tysiące kilometrów od najbliższego morza!

Ponownie usłyszał płacz, tym razem znacznie bliżej.

Trzymając pochodnię przed sobą, zauważył sylwetkę na skraju światła. Wyglądała jak dziecko siedzące plecami do niego.

Ostrożnie wszedł do pomieszczenia. Woda na podłodze nie była głęboka. Włosy stały mu dęba, a strach ściskał pierś, ale nie uciekł.

– Zgubiłeś się? – zapytał, podchodząc bliżej. – Jak się tu dostałeś?

Mroczna postać nie obróciła się… ale przemówiła.

– JA… Nie pamiętam. – odpowiedziała. Głos rozszedł się echem po komnacie. Chłopiec mówił ze starym dialektem. Słowa były dziwne… ale zrozumiałe. – Nie pamiętam, kim jestem.

– Spokojnie, chłopcze. – powiedział mężczyzna. – Wszystko będzie dobrze.

Podszedł bliżej i sylwetka ujawniła się przed nim. Jego oczy się rozszerzyły.

Była to figura boga wyrzeźbiona w onyksie. Nie była źródłem płaczu ani dziecięcego głosu.

Wtedy chwyciła go drobna, wysuszona dłoń.

Najmłodszy słuchacz wciągnął powietrze i szeroko otworzył oczy. Pozostałe dzieci roześmiały się w pokazie fałszywej brawury. Stary Khaldun uśmiechnął się, a złoty ząb zalśnił w świetle ogniska. Po chwili kontynuował.

Młody mężczyzna spojrzał w dół. Owinięte w bandaże zwłoki małego księcia stały obok niego. Blade, widmowe światło wydobywało się z oczodołów chłopca, mimo że cała jego twarz była zawinięta. Martwy chłopiec trzymał mężczyznę za rękę.

– Czy będziesz moim przyjacielem? – zapytał chłopiec głosem stłumionym przez bandaże.

Mężczyzna szarpnął się w tył, uwalniając się z chwytu dziecka. Z przerażeniem spojrzał na swoje ramię. Jego ręka marszczyła się i więdła. Efekty wyniszczającego dotknięcia zaczęły rozchodzić się po ramieniu.

Odwrócił się i uciekł. Z przerażenia i pośpiechu upuścił latarnię. Zasyczała, gdy wpadła w jezioro łez i zapadła ciemność. Jednakże widział przed sobą światło dnia. Biegł w jego stronę, mimo śmiercionośnego dotyku, który kierował się ku jego sercu.

Przez cały czas spodziewał się, że martwy chłopiec chwyci go ponownie… ale tego nie zrobił. Po chwili, która zdawała się wiecznością, wypadł z mroku na palące piaski pustyni.

– Przepraszam. – usłyszał zasmucony głos dobiegający z mroku za nim. – Nie chciałem.

– I tak oto odkryto Grobowiec Amumu i wypuszczono martwe dziecię na świat – rzekł stary Khaldun.

– Wszyscy wiedzą, że on nie jest prawdziwy! – krzyknęło najstarsze z dzieci, po krótkiej ciszy.

– Amumu jest prawdziwy! – rzekło najmłodsze. – Wędruje po świecie w poszukiwaniu przyjaciela!

– Jest prawdziwy, ale nie jest chłopcem – powiedziało inne. – Jest yordlem!

Khaldun roześmiał się i podniósł się z pomocą swojego kostura.

– Jestem stary, a jutro czeka nas długa droga – powiedział. – Już dawno powinienem był spać.

Widownia się rozeszła, uśmiechając się i rozmawiając cicho, ale jedna dziewczynka się nie ruszyła. Wpatrywała się w Khalduna, nie mrugając.

– Dziadku – rzekła. – Jak straciłeś ramię?

Stary Khaldun spojrzał na pusty rękaw spięty przy ramieniu, a potem uśmiechnął się szeroko.

– Dobranoc, mała – powiedział, posyłając jej mrugnięcie.

Artykuły premium


Jeśli zauważyłeś literówkę/błąd we wpisie - prosimy o zgłoszenie tego poprzez specjalny formularz kontaktowy - dzięki automatycznemu systemowi powiadomień będziemy mogli błyskawicznie usunąć błąd.